Reklama

Reklama

Recenzja New Model Army "Winter": Justin mówi jak jest. A nie jest dobrze

Ciężko byłoby znaleźć w muzyce rockowej idealistę z tak zakutym łbem, jak Justin Sullivan. Sęk w tym, że ten naiwniak nadal potrafi porwać do tańca i do rewolucji.

"Winter" chwyta praktycznie wszystko, co w duchu New Model Army najważniejsze

A przynajmniej chęci rewolucji, bo ciężko jednak w 2016 roku bawić się w Trockiego, czy Jakuba Szelę. Tym niemniej po kontemplacyjnym, mniej niż zazwyczaj rockowym "Between Dog and Wolf" New Model Army znów grają tak, że nóżka sama skacze, a człowiek chciałby wystąpić przeciw całemu złu świata i nieść temu złu "butelki z benzyną i kamienie". Jest to oczywiście idealizm naiwny do tego stopnia, że co bardziej cyniczne ludzkie odpady mogą naigrywać się, że Sullivana należy pocieszyć lizakiem i pluszakiem, ale nośności odmówić nowym nagraniom New Model Army niepodobna. To już 22 lata takiego nawoływania do rewolucji w imię dobra, a równie prawdziwy i bezkompromisowy na post-punkowej brytyjskiej scenie jest może najwyżej Jaz Coleman z Killing Joke. Zresztą z wiekiem panowie i z twarzy coraz bardziej są do siebie podobni. No, ale dosyć tych pozamerytorycznych wynurzeń.

Reklama

"Winter" chwyta praktycznie wszystko, co w duchu New Model Army najważniejsze. Mamy tu mnóstwo punkowego angstu, rockowych przestrzeni, a w dodatku momentami numery galopują, jak - nie przymierzając - na "Thunder & Consolation" (1989), moim ulubionym albumie grupy. Zagadką jest dla mnie z kolei fakt, że przy tak nośnych kompozycjach Justin Sullivan i spółka nie są dziś w absolutnej ekstraklasie stadionowego rocka. Choć tego akurat sami mogliby nie chcieć. Czy brak chęci, czy fakt, że Sullivan bez zęba nie jest tak piękny jak Bono, zespół jest gdzie jest i jak słychać czuje się w tym miejscu znakomicie, co rusz chlaszcząc po uszach ultraprzebojowym refrenem, który aż się prosi o memoryzację i odśpiewywanie w trakcie prac domowych, ogrodowych, czy rewolucyjnego spiskowania. Plus wielość klimatów. Kroczący militarnie, psychodeliczny, ocierający się o wspomniane Killing Joke "Devil" sąsiaduje tu z delikatnym akustycznym "Die Trying" jakby żywcem wyjętym z ogniskowej imprezy ZHP. Jest miejsce na proste, ładnie post-punkowo nabite "Echo November" trwające trzy minuty, ale i na epickiego, mrocznego openera w postaci siedmiominutowego "Beginning", w którym gitary brzmią jak zajumane od jakiejś zaginionej w mrokach czasów kapeli z nowojorskiej sceny no wave przy błogosławieństwie LaMonte Younga.

A teraz czas na narzekanie. Raz. Kto na post-punku nie wyrastał, nie polubił NMA już dawno, dawno temu, może się kompletnie odbić od muzycznej formuły. Może mu myszą nie pachnieć, a wręcz śmierdzieć. Może nie łyknąć stadionowych tendencji w tych wszystkich podpartych chórkami wokalnych frazach w refrenach. Może w końcu dojść do wniosku, że skoro Sullivan mając na karku sześć dych i grając muzykę od 36 lat nie ma jeszcze jakiegoś congo-bongo apartamentu w Kalifornii, albo chociaż pałacyku na brytyjskiej wiosze, jest nie rozczulającym idealistą, ale zwyczajnie lamusem i przegrywem. Prawda jest zapewne, jak zwykle, gdzieś pośrodku. Ja "Winter" kupuję nie chcąc reszty. Resztę niech chłopaki przeznaczą na kolejne muzyczne butelki z benzyną i kamienie, albo ocieplenie swojego szałasu w lesie, skąd nadal będą swoimi piosenkami podgryzać przeżartą złem cywilizację.

New Model Army "Winter", Mystic

7/10

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: New Model Army

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje