Recenzja Dr Misio "Pogo": Hej dziewczyno, spójrz na misia

Faceci po przejściach śpiewają smutne piosenki o miłości i śmierci. A trzeba im przyznać, że robią to całkiem przystępnie.

Spójrzmy prawdzie w oczy. Chwilowe podekscytowanie faktem, iż Arkadiusz Jakubik, został liderem zespołu rockowego, szybko dobiegło końca. Wiele osób uznało Dr Misia za projekt temporalny, który zakończy działalność w momencie, gdy grający główne skrzypce aktor zajmie się kolejnymi wyzwaniami związanymi z jego karierą filmową.

Reklama

Wszyscy utwierdzeni w przekonaniu, że Dr Misio zamknie swoją działalność jedną płytą i kilkoma okazyjnymi koncertami, musieli być lekko zaskoczeni z faktu, iż formacja wraca z nowym materiałem. Co więcej, wszystkim sceptykom mogę od razu zdradzić, że jest to materiał dużo spójniejszy oraz bardziej przemyślany od debiutanckiego albumu "Młodzi".

Stylistyczne "odnalezienie się" zespołu to bez wątpienia najważniejsza zmiana, jaką słuchacz odczuje, obcując z "Pogo". Dr Misio przestał być grupą, która pozwala sobie na całkowitą dowolność i ogromny rozstrzał gatunkowy. Stał się natomiast zespołem, który stara się wykształcić swój własny styl oraz działa w sposób bardziej zdyscyplinowany (oczywiście, nie zabijając przy tym pokładów kreatywności). Transformacja składu nie miałaby najmniejszej szansy powodzenia, gdyby nie osoba Olafa Deriglasoffa, który został nie tylko producentem płyty, ale także jej mężem opatrznościowym, rozwiązującym wszystkie palące problemy związane z aranżacjami.

Zmiany odbiły się na bardzo korzystnie na brzmieniu grupy. Formacja przestała wcielać w życie zasadę "trzy akordy, darcie mordy" i zorientowała się, że są lepsze sposoby na trafienie do słuchacza niż samo wydzieranie się. Można robić to przecież za pomocą dużo bogatszego brzmienia i eksperymentowania z tak szerokim gatunkiem jakim jest rock. Na "Pogo" znajdziemy inspiracje m.in. hard rockiem ("Klub Trup"), rockiem psychodelicznym ("Parada"), garażowym graniem, a nawet grungem oraz rapcorem.

Zmiany w brzmieniu nie pociągnęły za sobą, na całe szczęście, lirycznej zmiany warty. W dalszym ciągu Dr Misio korzysta z usług sprawdzonych tekściarzy - Marcina Świetlickiego oraz Krzysztofa Vargi - i jak można się przekonać na "Pogo", jest to współpraca bardzo owocna. Jej efektem są niezwykle depresyjne, nawet jak na Dr Misia, teksty o trudnej miłości, przemijaniu i samotności. Oczywiście nie mogło obyć się także bez subtelnych (lub mniej subtelnych jak w wypadku "Września") nawiązań do życia politycznego i historii Polski. Jedynym tekstem, który nie wyszedł spod ręki duetu Varga - Świetlicki, jest utwór "Ona wie", interpretacja wiersza Cypriana Kamila Norwida. Zresztą gdybym miał się skłaniać do wybrania faworyta na całej płycie, to byłby to niewątpliwie właśnie ten numer.

Druga płyta Dr Misia na pewno nie jest materiałem, który powala na kolana, jednak 12 kompozycji znajdujących się na "Pogo" nie rozczarowuje. Co więcej, muzyków czeka jeszcze odrobina pracy, przy tworzeniu własnego, niepowtarzalnego stylu. Niemniej gdy Dr Misio okrzepnie, może stać się jedną z ciekawszych kapel na polskiej scenie muzycznej. Czego im gorąco życzę.

Dr Misio "Pogo" Universal Music Polska

7/10

Czytaj recenzje płytowe na stronach Interii!

Dowiedz się więcej na temat: Dr Misio | Arkadiusz Jakubik | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje