Reklama

Reklama

Recenzja Bryan Adams "Get Up": Mówi "wstań!", a sam leży

Kiedy nie ma prawdziwych sztosów, Bryan Adams ucieka się do rzeczy w których teoretycznie z definicji jest mocny. Efekt mocno poniżej oczekiwań.

Kiedy nie ma prawdziwych sztosów, Bryan Adams ucieka się do rzeczy w których teoretycznie z definicji jest mocny. Efekt mocno poniżej oczekiwań.
"Get Up" Bryana Adamsa to materiał krótki, słaby i wysilony /

Siedem lat, żeby nagrać dziewięć piosenek. Słabo brzmi taka matematyka. Szczególnie jeśli chodzi o faceta, który ongiś był istną fabryką przebojów. Na "Get Up" z dawnego talentu do rzucania w świat megastadionówek zostało niewiele. Prędzej obietnica, niż realizacja. Dodatkowo wydaje się, że ktoś chciał tu zaczarować rzeczywistość i "wmówić" kawałkom przebojowość powyżej ich faktycznego potencjału. Startujemy singlowym, rockabilly'owatym "You Belong to Me" i zrazu czuć, że jest to jakaś makabryczna siermięga. Numer nijak nie jedzie, prędzej wlecze się na przepalonym silniku, wydalając przy tym brzydki dźwięk i smrodek. Nie ratuje go też akustyczna wersja dodana pod koniec płyty.

Reklama

"Go Down Rockin'" miało być deklaracją przywiązania do rockandrollowego lifestyle'u, afirmacją niezależności i wolności. Jest jednak numerem tak przewidywalnym i sformatowanym, że tekst staje się niezamierzoną autoironią. Balladka "We Did It All" ma w sobie coś nieznośnie dansingowego, jakiś brudny eurowizyjny potencjał, konglomerat wzruszeń dla gospodyń domowych w średnim wieku. "That's Rock and Roll" może i ma w sobie odrobinę energii, ale znów jest to energia, którą w lepszym wydaniu znajdziemy od płyt McCartneya z Wings, przez Toma Petty, po wczesną Sheryl Crow. Kwadratowe to i wysilone.

W miarę ładną kompozycją jest odsyłające do przełomu lat 50. i 60. "Don't Even Try", choć to raczej na zasadzie, że "na bezrybiu i rak ryba", niż coś naprawdę kunsztownego albo mającego w sobie iskierkę geniuszu. Płyta ma też jakieś dziwnie ciasne brzmienie. Tam, gdzie dawniej u Adamsa było dużo przestrzeni, numery były w miarę otwarte, teraz pojawia się jakiś kompletnie kanciasty klaustrofobiczny klimat, na dłuższą metę mocno męczący. Inna sprawa, że rozróżnić jedną z tych fantastycznych kompozycji od drugiej wymaga nielichych umiejętności. Strach pomyśleć, co by się tu działo, gdyby nie podjęto słusznej decyzji, żeby numery z rzadka trwały dłużej, niż trzy minuty.

Smutne jest też, że na płycie trwającej 36 minut, cztery numery to akustyczne wersje tego, co wcześniej mamy podane w zelektryfikowanej wersji. Widać ostatnimi czasy Adams z weną pod rękę nie chodzi. Dodatkowo udział kompozytorski Jima Vallance'a, machera od hitów Aerosmith, Roda Stewarta, Tiny Turner czy Joe Cockera tylko podkreśla oględność i uśrednienie materiału. Te piosenki mógłby nagrać i zaśpiewać każdy. Każdą z nich słyszeliśmy też w przeciągu ostatnich trzydziestu-czterdziestu lat już jakiś milion razy. Nie, żebym wymagał od rocka, czy pop rocka wyważania drzwi, szczególnie że te dawno są już wyważone, ale to, co znajdujemy na "Get Up!", to po prostu kompozytorskie i producenckie mielizny. Przy całej mojej sympatii do wykonawcy, jest to niestety materiał krótki, słaby, wysilony. Niepotrzebny. Jeśli czegoś dowodzący, to najwyżej fatalnej artystycznej formy Adamsa. Polecam omijać.

Bryan Adams "Get Up", Universal Music Poland

3/10


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL