Reklama

Reklama

Pusha T "It's Almost Dry": Wypchaj się [RECENZJA]

Kiedyś był rap, teraz nie ma rapu, jest mamrotanie, pianie i rozczulanie się nad sobą? Weź nie mów tego głośno. A zresztą, mów co chcesz, Pusha T i tak będzie lepiej słychać.

Kiedyś był rap, teraz nie ma rapu, jest mamrotanie, pianie i rozczulanie się nad sobą? Weź nie mów tego głośno. A zresztą, mów co chcesz, Pusha T i tak będzie lepiej słychać.
Okładka albumu "It's almost dry" /materiały promocyjne

Rano groźne wrzaski na drillowych bitach i broń palna, w środku dnia impreza, poza na multimilionera oraz europejska dyskoteka w tle, a wieczorem benzodiazepiny, szloch na autotune i jedwabne poduszki mokre od łez. Gdzieś pomiędzy producenci, goście, reżyserzy klipów i prowadzący sociale robiący za raperów całą faktyczną robotę. Tak często wydaje się wyglądać ta branża. A obok stoi Pusha T, z pogardą omiata scenę swoim spojrzeniem drapieżnika i powtarza za Jayem-Z: Posłuchajcie mnie uważnie, jeśli się mnie boicie, powiedzcie, że się boicie, chrzanić te bajki.

Reklama

Pusha sieje popłoch i kręci swój niekończący się sezon "Narcos" od dwudziestu lat. Czasy się zmieniają, a Malice - brat i partner z zespołu Clipse - oraz Pharrell wciąż są obok. Czasy się zmieniają, a to nadal rap oparty na nieprawdopodobnej pewności siebie, ulicznej wiarygodności i przede wszystkim ostrych, bezbłędnie napisanych wersach. Tak dobry, że jakoś nikt za głośno nie narzeka, że to już było, że nikt tak nie nagrywa i że to cały czas o tym samym.

Pusha T to nie ten handlarz śmiercią z telenoweli TVP, przez którego twoja ciocia krócej sypia. Facet z Wirginii mógłby zdawać maturę z historii mafii, geografii Japonii i błyskotliwej impertynencji ("Jeżeli nigdy nie sprzedałem ci towaru / to należysz do 95 procent, tylko czego?"). Gdyby grał w scrabble z Kendrickiem Lamarem, nie wiedziałbym na kogo postawić, taki posiada wokabularz. I tak jak Lamar ma wachlarz styli, tak Pusha ma to czucie bitu do mikrosekundy, ładuje słowa tak jak DJ Premier ładuje skrecze - idealnie w punkt. Poziom jadu, dramaturgii i inteligencji zawsze się zgadza. 

"Call my bluff" byłoby innym numerem, gdyby nie minimalizm i ten bas dobijający się do drzwi tak, że aż musisz otworzyć. Cięty ostro "Let the smokers shine the coupes" to nie bit, to ragnarok. Ale choć płytę "It's almost dry" produkuje głównie Kanye i Pharrell, zaś na streamingach są nawet oficjalne wersje płyty z kawałkami ułożonymi tak, żeby to podkreślić, to nie oni są tu gwiazdami. West wyjmuje wokalne sample jak kiedyś, łapie się nawet za Johna Lennona (w wersji Hathawaya). Williams pielęgnuje swój ascetyzm. Czasem produkcja jest tak drugoplanowa, że mamy wrażenie, że to szkic albo - patrz "Diet Coke" - recykling muzycznego odpadku, który na siłę trzeba bronić, że to takie lo fi.

W sumie byłoby na co jeszcze ponarzekać. "Scrape it off"Uzi Vertem to numer tak miękki, że pozostaje zapytać, czy ktoś w wytwórni nie pomylił tu płyt i wykonawców? Na melodyjnym trapie "Neck & Wrist" Jay-Z kradnie gospodarzowi show nie tylko lepszymi linijkami ("Rappers liars, I don’t do satire" zamyka temat), ale i szerszym polem widzenia, większą dojrzałością. Te pchane wyżej końcówki wersów to nie jest zresztą najlepszy pomysł na flow.

Ale to nie te momenty stają przed oczami, gdy trzeba dążyć do konkluzji i wystawić "It's almost dry" finalną ocenę. Przypomina mi się bezbłędna nonszalancja w wykonaniu "Call my bluff", ten mentalny terroryzm "Hear me clearly" i ta ostra, superwyrazista artykulacja w "Just so you remember". Rozpamiętuję wejście Malice'a po kościelnych chórach "I Pray for you" i "Dreamin of the past", gdzie Pusha rymuje "Rozdania nagród to jedyny sposób na to, byście mnie, szmaty, okradły". I nie chcę raperowi niczego odmawiać i niczego zabierać. Dlatego, że to bardzo dobra płyta i dlatego, że się go trochę boję.

Pusha T "It's almost dry", wyd. Universal

8/10   

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama