Reklama

Reklama

Porcupine Tree "Closure/Continuation": Cicha woda brzegi rwie [RECENZJA]

10 lat tworzenia płyty w tajemnicy przed wszystkimi i nieustanne zaprzeczenia, że do pełnoprawnej reaktywacji projektu Porcupine Tree kiedykolwiek dojdzie. I co? I dostaliśmy naprawdę solidny kawał płyty.

10 lat tworzenia płyty w tajemnicy przed wszystkimi i nieustanne zaprzeczenia, że do pełnoprawnej reaktywacji projektu Porcupine Tree kiedykolwiek dojdzie. I co? I dostaliśmy naprawdę solidny kawał płyty.
Okładka albumu Porcupine Tree "Closure/Continuation" /materiały prasowe

Biorąc pod uwagę nadaktywność muzyczną Stevena Wilsona, wszyscy wierzyli, że prędzej czy później projekt Porcupine Tree zostanie wyrwany z limbo, do którego został zrzucony w 2010. Nawet jeżeli sami muzycy wciąż temu zaprzeczali. W końcu mówimy o zespole, który stanowi ważny element krajobrazu progrockowego w latach 90., Marillion przyczyniając się do powrotu popularności tego gatunku. A było to wyzwanie, gdyż ten spychany był z głównego nurtu - nie bez powodu - przez zjadanie własnego ogona. Tego jednak, że nowa płyta Porcupine Tree zaczęła powstawać w zupełnej tajemnicy już 10 lat temu, mało kto się spodziewał.

Reklama

Ale choć to Wilson jest ewidentnym liderem grupy, nie można nie wspomnieć o pozostałych muzykach. Zespół stał się triem: powracają również klawiszowiec Richard Barbieri (czy to nie jego kariera okazała się najbardziej owocna ze wszystkich byłych członków legendarnego Japan?) oraz perkusista Gavin Harrison. Ku rozczarowaniu fanów, w aktualnym line-upie grupy nie znajdziemy natomiast basisty Colina Edwina. Jego obowiązki przejął sam lider grupy.  

To tylko jedna z wielu obaw, które mogą się malować na niebie. Ostatnia dekada bowiem sporo zmieniła w muzyce Stevena Wilsona, który mimo piosenkowych inklinacji już w pierwszych fazach swojej kariery, poszedł w ten trend w pełni na solówkach. Czy przez to Porcupine Tree straciło coś ze swojego niespotykanego klimatu? Na szczęście nie, ale nie obyło się bez paru znaczących modyfikacji, z czego najważniejsza to fakt, że tylko dwie z dziesięciu piosenek (w wersji deluxe) na płycie zostały napisane przez samego Stevena Wilsona.

Czy to wiele zmienia? Biorąc pod uwagę to, jak eklektyczny w swojej twórczości jest lider zespołu, nie aż tak bardzo. Ale niewątpliwie bywa słyszalne - chociażby w minimalistycznym "Walk the Plank", w którego charakterystycznym brzmieniu i zabawach plumknięciami z syntezatora momentalnie można odczuć klimat późnych płyt Japan/Rain Tree Crow, do której to grupy należał Richard Barbieri.

W utworach dzieje się naprawdę sporo. Otwierająca piosenka rozpoczyna się sfuzzowaną, choć zaskakująco funkującą partią basu, która brzmi jakby odpowiadał za nią Justin Chancellor. I nawet jeżeli Wilson wokalnie dwoi i się troi, to szybko rozbija się o zbyt oczywiste rozwiązanie refrenu jak na kanwy gatunku. "Herd Culling" nieustannie przeskakuje od industrialnej kompozycji pełnej elektronicznych subtelności, której zaskakująco blisko do twórczości Puscifer, do ciężkiej, rockowej cegły z mocnymi bębnami. I te kontrasty działają aż miło.

Ale jeżeli miałbym szukać czegoś, co zwali was z nóg, postawiłbym na "Chimera's Wreck", którego inspirację stanowiła śmierć ojca lidera zespołu. Owszem, początkowo utwór może wydawać się nieco anachroniczny w duchu. Ale to, co zaczyna dziać się mniej więcej w połowie zasługuje na brawa: zabawy rytmem, radioheadowe wyciszenie ze świetną partią basu kontrastujące doskonale z agresywną solówką gitarową, wokalne przeskoki od falsetów po motywy musicalowo-teatralne. Tu się dzieje tyle, że spokojnie dałoby się obdzielić tym kilka utworów.  

Słabsze momenty? Postawiłbym tu z pewnością na ugrzecznione "Of The New Day", któremu można zarzucić to słynne nagromadzenie patosu będące jedną z przyczyną upadku rocka progresywnego. Można też zastanawiać nad "Dignity" - owszem, początek brzmi jakby wykrawał go David Gilmour na spółkę z Rogerem Watersem, ale czy te nabrzmiałe chóry to już nie za dużo jak na tak delikatną kompozycję? Na szczęście druga połowa ratuje utwór, zahaczając między innymi o space rock i berlińską szkołę.   

"Closure/Continuation" to niewątpliwie udany powrót zespołu. Może nie rzuca na kolana, nie sprawia wrażenie misternie uszytego, ale na pewno stanowi odpowiednią podstawę do usprawiedliwienia powrotu zespołu. Fani Porcupine Tree i ci, którzy ze łzami w oczach kupują na winylu tysięczne podróby Genesis z lat 70. ze złudną nadzieją, że coś jeszcze ich ożywi, będą zadowoleni. Kawał solidnej płyty.

Porcupine Tree, "Closure/Continuation", Sony Music

8/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL