Reklama

Nikt nie powie, że jest miękki

Common "The Dreamer, The Believer", Warner Music Poland

Tym razem nie uświadczymy żadnych ekstrawagancji. Na swojej dziewiątej płycie Common nie wydziwia, znajdując idealną proporcję między hiphopowym etosem a rozbudzoną, artystyczną wrażliwością. Efekt jest rewelacyjny.

Reklama

Ciekawa sprawa z tym Commonem, bo sporo osób widziało w nim już czarnego derwisza gotowego przywiązać się za brodę do drzewa, żeby myśleć nad losem afroamerykańskiej społeczności. Nim jednak rozczulimy się nad sumieniem gett i zajmiemy wydestylowywaniem z płyt poezji i eksperymentu w czystej postaci, warto przypomnieć sobie, że mówimy o raperze. Że Common miał kiedyś ogromne poczucie humoru i jeszcze większe - własnej wartości. Że umiał (werbalnie rzecz jasna) dokopać gangsterskiemu Ice Cube'owi, a sam był na tyle ostry, by oskarżać go chociażby o mizoginię. Pod tym względem jest "The Dreamer, The Believer" powrotem do przeszłości.

Naprawdę nie ma co obawiać się zbytniej górnolotności. Gospodarz uduchowiony i transcendentny jest tu niejako mimochodem, wręcz słychać, że zależy mu na prostym, czytelnym komunikacie. "To jest moja 'Incepcja', piszę moje sny / Aston Martin king, Luther z marzeniami" - rymuje błyskotliwie, choć może nie do końca stosownie. Rzecz jasna nie do końca zatracił filozoficzne zacięcie i gdzieś w środku czai się - jak sam mówi - "beznadziejny hiphopowy romantyk". Na tej płycie stać go jednak na wersy o tym, że "potrzebuje baby, co dobrze wygląda i dobrze gotuje / kopciuszka ze sznytem getta". Wreszcie to, co rymuje liczy się na równi z tym jak to robi. Niesamowite zabawy słowem, gry porównań, flow obejmujący nucenie, rwanie wyrazów czy jamajski toasting w "Lovin' I Lost" to absolutny triumf formy. "The Dreamer..." jest albumem na którym śmiało można umieścić takie "Cloth", leniwy imprezowy numer z wybitnie nierozsądnym refrenem, i zupełnie nie zastanawiać się czy będzie pasować.

Dziewiąty album w dorobku Commona ma dwóch bohaterów, bo nie można zapominać o No I.D., producencie towarzyszącemu artyście właściwie od początku (acz z przerwami). Jego zasługą są bity proste, analogowe, przestrzenne i ciepłe. Zawsze w dobrym guście, nawet jeśli sięgają po tak ryzykowne sample jak ten z "Mr. Blue Sky" Electric Light Orchestra. Ażurowe refreny i ładne melodie łączą się z wycieczkami w stronę, jazzująco-soulowo, dusznego, niebanalnego stylu. Brzmi to wszystko klasycznie, ale w żadnym razie anachronicznie. Świetnie.

Związany z Chicago Common przyznaje, że zaczynał na tych samych ulicach, co Derrick Rose, dzisiejsza gwiazda koszykarskiej drużyny Chicago Bulls. Doszedł do podobnego punktu. Jest MVP w najlepszej lidze świata.

9/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Common | recenzja | Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje