Reklama

Reklama

Moonspell "Hermitage": W pustelni. Pazur spiłowany. Czekamy sobie. Nie spieszymy się [RECENZJA]

Hitchcock powiedział, że "film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć". Moonspell postanowili jednak pójść kompletnie inną drogą.

Hitchcock powiedział, że "film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć". Moonspell postanowili jednak pójść kompletnie inną drogą.
Okładka płyty "Hermitage" grupy Moonspell /

Nie owijajmy w bawełnę, wydany cztery lata temu album "1755" w całości poświęcony Wielkiemu Trzęsieniu Ziemi w Lizbonie, mimo ambitnych założeń, szczególnie udany artystycznie nie był. Chłopaki przesadnie dali do pieca, a przynajmniej od "The Butterfly FX" wiadomo, że na tle konkurencji, agresja i bezkompromisowość ich forte nie są i właściwie nigdy nie były.

Z tej perspektywy cieszy, że na "Hermitage" postanowili grać raczej na swoich atutach, to jest melodiach, sumiennym i nienastawionym na efekt tkaniu nastrojów. "Hermitage" jest bodaj najbardziej progresywnym albumem formacji od czasu eksperymentalnego i, wbrew obiegowej opinii i wynikom sprzedaży, bardzo udanego "Sin/Pecado". I jeśli to właśnie, bardziej elektroniczne, mniej dosłowne i dobitne, oblicze portugalskiej grupy sobie cenicie, ich nowy album nie powinien was zawieść.

Reklama

Zamiast bowiem przedzierzgać się w wilkołaki-piwniczniaki z kłami i szponami kupionymi na odpuście w sanktuarium Chrystusa Króla w Almadzie, Fernando Ribeiro i spółka postanowili najwyraźniej wziąć do serca słowa Nietzschego, wygnać się na pustynię i przez jakiś czas żywić skarabeuszami, czy - żeby powiedzieć prościej - zrozumieli, że czasem mniej to więcej. A atłasową czarną opończą głodu nie zabijesz, choć byś nie wiem jak ją memlał. I tak to, nie spiesząc się nigdzie i wyraźnie nie poprawiając stabilności kręgosłupa przez instalację kija w otworze ciała, uzyskali znakomity efekt.

Już otwierający (i pilotujący) album "The Greater Good" przekonuje, że kiedy odrzucić nachalność i spinę, można odkryć postradane w toku kariery pokłady niewymuszonej kreatywności. "A co gdybyśmy znaleźli nową ziemię / gdzie nie ma zamiarów i celów" - wyśpiewuje delikatnie Ribeiro, chwilę później zastanawiając się kiedy trzymać coś mocno, a kiedy - zwyczajnie - to puścić. Odpuścić. A czyż nie bliższa taka koszula ciału, niż plastikowe zęby? Dobrego wrażenia nie zaciera tu nawet jak zwykle nieporadny ribeirowski growling.

Nastrój utrzymuje się w  dosyć klasycznie gotycko rockowym (bo nawet nie metalowym) "Common Prayers", by kulminować w "All for Nothing", brzmiącym jak... Mazzy Star. Nie robię sobie jaj, gdyby w tym numerze ściszyć nieco gitary i zamiast głosu Ribeiro dać wokal Hope Sandoval, wszystko nadal trzymałoby się kupy.

Powrót na manowce złego to dopiero utwór tytułowy. Rozumiem, że akcenty trzeba dozować i na metalowej płycie wypada powrzeszczeć i potupać, ale na poziomie tego kawałka słychać chyba czego Moonspell powinni unikać. Brzmi to bowiem jak wczesne Neurosis minus polot. Szczęśliwie zaraz przychodzi startująca czystym jazzem, świetnie napisana piosenka "Entitlement" i niemal barowo-bluesowe "Solitarian" z gitarkami ze szkółki Davida Gilmoura. W "Hermit Saints" Ribeiro dowodzi, że nie bez kozery w każdym wywiadzie powołuje się na Ulver jako swój ulubiony zespół. I nawet jeśli o poziom Norwegów się nawet nie ociera, a idzie odczuć wietrzyk tanioszki, to ciężko odmówić temu numerowi uroku.

Kapitału sumiennie budowanego przez całą długość płyty udaje się chłopakom, szczęśliwie, nie przeputać już do końca. I mam nadzieję, że stanie się to dla nich jakimś przyczynkiem do refleksji, jakimś spóźnionym, bo spóźnionym, ale reality checkiem. Że może nie było jednak sensu ulegać presji, wycofywać się ze w miarę odważnej próby redefinicji własnego stylu dwadzieścia lat temu i ścigać się z cieniem oraz własnymi, nie zawsze przystającymi do rzeczywistości wyobrażeniami o sobie.

I pomyśleć, że gdyby nie ta recenzja, najpewniej bym po "Hermitage" nie sięgnął. Tymczasem Moonspell w swojej pustelni po prostu fajnie się odnaleźli i nawet jeśli nie jest to w żaden sposób płyta wielka, to na pewno najlepsze ich nagranie od dwóch dekad.

Moonspell "Hermitage", Mystic

7/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy