Lianne La Havas "Lianne La Havas": Rozstanie z klasą [RECENZJA]

Dawid Bartkowski

Przez wiele lat próbowali dogonić Stany Zjednoczone. Gonili, aż w końcu im się udało. Od kilku lat reprezentanci Wysp Brytyjskich nagrywają równie ciekawy, a często również bardziej angażujący soul od Amerykanów. Nowy album Lianne La Havas jest tego najlepszym przykładem.

Lianne La Havas na okładce swojej imiennej płyty
Lianne La Havas na okładce swojej imiennej płyty

Musieliśmy czekać 5 lat na kolejną płytę brytyjskiej wokalistki. Lianne La Havas zbytnio nie wysiliła się z tytułem nowego dzieła, ale na szczęście zupełnie inaczej jest z jej muzyką. Bardziej dojrzałą, angażującą i wymagającą, dlatego "Lianne La Havas" trzeba podziwiać w wielu momentach. Piękne są kompozycje, a zmysłowy głos wokalistki hipnotyzuje. Imponuje również jej artystyczny rozwój i trzeba przyznać, że on jest tutaj najważniejszy.

"Lianne La Havas" jest zupełnie inne od swojego świetnego poprzednika "Blood", zarówno pod względem brzmienia, w wielu miejscach bardziej oszczędnego, organicznego, ale ciągle z bijącym ciepłem, jak samych tekstów, bardziej intymnych i będących jeszcze bliżej słuchacza. Odważnym krokiem Brytyjki jest zaproszenie do własnego świata, ujawnienie kilku sekretów i dzielenie się doświadczeniami z ostatnich lat, kiedy jej życie dzielone było między kontynentami i balansowało na krawędzi samotności i związku z drugą osobą.

"Lianne La Havas" to płyta o miłości, związkach, wzlotach i upadkach. Relacje damsko-męskie zostały przedstawione w delikatny sposób - bez przelewania czary goryczy i szukania win. Bez potrzeby odsłaniania zbyt wielu kart i bez oglądania klisz z przeszłości. Wokalistka nie rzuca złego światła i wspomina minione lata z nostalgią, jak w pięknym "Read My Mind" - "Czysta radość / Kiedy dziewczyna spotyka chłopaka / Czysta chemia".

Wiele z jej retrospekcji jest gorzkich, ale znaczna ich część została przedstawiona w lżejszej formie. Czasami można również odnieść wrażenie, że zostały skryte pod przykrywką słodyczy, co doskonale przedstawia "Paper Thin" z chwytającym "Kochanie, możesz biec wolny / Proszę, nie zapomnij o mnie". Proste, a jakże piękne.

Sama Lianne La Havas urzeka, ale równie ciekawie i intrygująco jest w jej kompozycjach, których część powstała przy współudziale m.in.: Mura Masy, Matta Halesa i Beniego Gilesa. Większość piosenek została zdominowana przez delikatną gitarę, jednak inspiracji jest tu bardzo dużo - od akustycznych utworów, przywołujących na myśl twórczość Miltona Nascimento czy Joni Mitchell ("Green Papaya"), przez klasyczne soulowe dokonania Isaaca Hayesa i Eryki Badu ("Paper Thin" i "Courage"), aż po piosenki ocierające się o najntisowe r'n'b ("Can't Fight").

Pełno tu odniesień do klasyki, ale również do bardziej współczesnych dzieł z pogranicza neo soulu i jazzu, a nawet... flamenco, którego elementy zostały przemycone w "Seven Times". Chwalić trzeba również ejtisowe "Weird Flashes", wyjątkowy cover Radiohead, w którym chłodne, gitarowe solówki idealnie współgrają z mechanicznie wybijanym rytmem przez perkusję.

Nowego w soulu wymyślić się za bardzo nie da. Jednak są jeszcze takie płyty, które ujmują swoją szczerością i zapraszają do swojego uniwersum. "Lianne La Havas" to nie tylko ukłon w stronę największych, świadectwo rozwoju artystki, ale i, co wydaje się być najważniejsze, rozmowa w cztery oczy ze słuchaczem. Pełna refleksji, nie tylko o problemach, ale i szukaniu pozytywów tam, gdzie znaleźć je najtrudniej. Dlatego tak dobrze się tego słucha.

Lianne La Havas "Lianne La Havas", Warner Music Poland

8/10

INTERIA.PL
Masz sugestie, uwagi albo widzisz błąd na stronie?
Dołącz do nas