Reklama

Reklama

Eros Ramazotti "Battito Infinito": Panie w średnim wieku pozostają niepocieszone [RECENZJA]

Za Villonem: "ach gdzież są niegdysiejsze śniegi?". Gdzież jest Eros, który strzałą swojego talentu niejedną niewiastę na wylot przekłuł? No nie ma go. I nie masz na to sposobu na całej Ziemi.

Za Villonem: "ach gdzież są niegdysiejsze śniegi?". Gdzież jest Eros, który strzałą swojego talentu niejedną niewiastę na wylot przekłuł? No nie ma go. I nie masz na to sposobu na całej Ziemi.
Eros Ramazzotti na okłade płyty "Battito Infinito" /Universal Music Polska /materiały prasowe

Eros był bogiem. Nie tylko w mitologii greckiej, ale również na światowym rynku popowym. Sprzedawał płyty w absurdalnych nakładach, bywały momenty, że jego single - także u nas - zdawały się czyhać nawet w naszych własnych pawlaczach, lodówkach, schowkach na miotły. Kto nie znał "Piu Bella Cosa", ten po prostu nie kochał własnej matki. Kluczowym w tym kontekście wyrazem jest jednak "był".

Gdzieś u progu nowego tysiąclecia kariera sympatycznego skądinąd Włocha poczęła przygasać i o ile w latach dziewięćdziesiątych swobodnie radził sobie na rynkach międzynarodowych, to po 2002 roku zwinęła się na powrót raczej do ligi okręgowej, to jest rynku lokalnego. Przy czym na owym dalej obrastał w platynę, więc - sami rozumiecie - to "zwijanie się" to jednak rzecz mocno relatywna.

Ale jedną rzeczą popularność i nakłady. Inną jakość artystyczna. A ta jednak pozwala uznać, że jest dziś Eros cieniem samego siebie z czasów świetności. Wiele srok próbuje tu za ogon złapać. Zdecydowanie zbyt wiele. Zdarzy się salsa ("Madonna"), zdarzy się niekoniecznie udane podprowadzanie brzmienia z french touchu po linii Daft Punka albo i nawet Stardust ("Ritornare"), niemal dancepunkowe w sekcji "Ama" z refrenem może najlepiej z całej zawartości albumu przypominającym za co ongiś go pokochały go panie w średnim wieku na całym świecie."Eccezionali" to z kolei randomowy, udający synthwave/synthpop numer z rozdzielnika, który niejeden pewnie chętnie zabrałby na jakąś Eurowizję czy inne Bolesławieckie Święto Ceramiki, bo w takich miejscach ów ostatnio występuje. Niczego nie umniejszając Bolesławcowi. Ani ceramice.

Reklama

Zabawnym z kolei dla osoby nieznającej języka włoskiego jest pasaż w "Sono", gdzie Eros pyta na ****, tzn. po co mu ta ryba. Mnie chce się zapytać na... po co mi ta płyta? A właściwie po co komukolwiek, bo o ile dawniej również nie słuchało się raczej jego albumów w całości, a dla kilku singli, tak tu nawet i tyle ciężko byłoby z płyty wykroić.

Największym jednak problemem "Batitto" jest bezpieczna, zachowawcza i zwyczajnie nudna produkcja. Eros miał okazję być urokliwie niedzisiejszy. Producenci mu ją bezlitośnie zmarnowali. Ale z drugiej strony, w epoce jego wielkiej sławy też próżno było szukać u niego wyważania nowych drzwi. Tylko to była inna epoka. I to były inne - o dziewięć piekieł lepsze - piosenki.

Inną zupełnie kwestią jest wokal. Tu Eros nie zmienił się ani na jotę. Nadal kozłuje tak, że koncertować powinien na pochyłym drzewie. Czego sympatycznemu Włochowi, póki nadal jest na niego popyt, serdecznie życzymy. Bo czemu nie? Może następnym razem się uda?

Eros Ramazotti "Battito Infinito", Universal

4/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL