Reklama

Ero Kosi "BlackBook": Hip hop jak malowany [RECENZJA]

Dwóch członków warszawskiej ekipy JWP postanowiło przypomnieć, że w hiphopowej kulturze graffiti i rap to równoprawne elementy. Styl, w jakim to zrobili zasługuje prawie wyłącznie na oklaski.

Okładka płyty "BlackBook" duetu Ero Kosi

Rapowa społeczność czekała na zapowiadaną od wielu lat solową płytę Ero, niekoronowanego króla gościnnego występu i nieformalnego, mikrofonowego lidera JWP/BC. Sam zainteresowany podgrzewał ciśnienie, aż przyłożył znienacka wydawnictwem "BlackBook", nagranym wespół z przyjacielem z lat 90., weteranem Kosim. Tytułowa czarna książka to odpowiednik szkicownika, ale też pamiętnika.

Reklama

"Przed nastaniem cyfrowej fotografii <czarne książki> były przenośnym sposobem na pokazanie swoich pomysłów innym malującym. Przekazywano je między ludźmi, którzy wpisywali się sobie na stronach. Niczym graficzne roczniki pokazywały kogo właściciel spotkał, a skomplikowanie pracy wskazywało na zażyłość między nim a spotkanym. Można się było dowiedzieć w jakiej ekipie maluje i jak bardzo jest utalentowany" - pisała Elizabeth K. Harris na portalu Don't Take Pictures.

Ero (malujący jako Eros) i Kosi (Josk) byli (i są) bardzo utalentowani pracując na grafficiarską renomę JWP i WTK. "Kiedy zaczęliśmy robić więcej muzyki, przestaliśmy robić tyle graffiti. Mamy rodziny, dużo zajęć, ciężko jest zajmować się wszystkim. Są w ekipie JWP osoby, które czynnie malują pociągi do dzisiaj, my malujemy z Michałem ściany, zrobimy ich parę w roku. Nie da się utrzymać tempa z lat 90." - tłumaczył mi Kosi dwa lata temu, w wywiadzie dla "Gazety Magnetofonowej".

"Obaj mamy black booki, rysujemy. Graffiti się u nas nie skończy, może nie być co najwyżej tak intensywne i do***ane jak kiedyś. A może dojdziemy do wniosku, że odpuszczamy sobie na chwilę rap i bardziej skoncentrujemy się na malowaniu? Kto wie?" - zawieszał pytanie w powietrzu. No to w 2019 roku skoncentrowali się na rapowaniu o malowaniu. Ze świetnym skutkiem.

Co jest lepsze od dwójki kozackich mistrzów ceremonii na znakomitych bitach? EPMD czy Method Man z Redmanem powiedzą wam, że nic i będą mieli rację, ale odpowiedź można uzupełnić. Bo temat, który tak duet szczególnie pasjonuje, jeszcze ich uskrzydli. A tu są wysokie loty od początku, od kawałka tytułowego, gdzie do łamiącego się bębna, do wtóru pianin i skreczu, raperzy będą przekonywać, że "graffiti jest sexy".

Jasnych punktów mamy sporo. Większość. "Miejska komunikacja" celebruje nawiązanie, rzecz w rapie świętą, odnosząc się na ciężkim, łomoczących bicie do "Slangu" Pezeta (który z kolei inspirował się "Ebonics" Big L-a) i "Jak się poruszać po mieście" Starego Miasta. "PTTM" to wchodzący sobie w słowo Kosi i Ero z zestawem porad dla młodych writerów i całą masą branżowych pozdrowień (dla laików wskazówek odnośnie tego, jakich ksywek mają szukać patrząc po murach czy pociągach). Opatrzony buzującym basem "Mydlak" ma dość luzu, by Kuba Knap mógł się dograć, i jeszcze staroszkolny refren. Ucztą według przepisu z czasów Public Enemy jest drapieżny, zbasowany, nerwowy "Hymn writerów", z ostro rapowanym wersami pokroju "Co nam obce crew wzięło, farbą odbierzemy" i "szacunek za te bomby, psy by chciały znać nasze mordy".

Zwykle chwali się Ero, już on sam wie najlepiej za co (nazwa zapowiadanej solówki to "Elvis Picasso"), ale chciałbym zwrócić uwagę na jego starszego kompana - Kosiego. To on kradnie "Nie mam czasu" wersami kalibru "Nie mamy czasu, lecz nie mów mi jak mam z tym walczyć / Twoje wskazówki wracają z Tobą na tarczy". On wjeżdża w "Klinikę" jak w masło, nie pozostawiając złudzeń: "Dobra, wchodzę, widzę japą twą bezczelną / choć panie wchodzą przodem, to nie byłeś tu przede mną". Potem zgrabnie operuje homonimią ("rap jest nałogiem, ty mów mi profesor nauk", "To jest muzyka rozrywkowa i rozrywa cię na strzępy"). O ewolucji stylu Kosiego ciekawie powiedział Wujek Samo Zło w CGM Rap Podcast na Tidalu - stwierdził, że twórca dąży do tego, żeby w rapie być jak w malowanych przez siebie literach, a więc krąglejszym, staranniejszym. Udaje się.

"BlackBook" może podpadać pod ironiczny paragraf "kiedyś to było", zwłaszcza tym, którzy wyrywali studentki na Oasis, kiedy JWP wyrywało się sokistom. Oczywiście, że jest bardziej z OGC i Redmana niż z Drake'a, ale "No Name" i "Wieczność" zrywają ze schematem płyty "nowojorskiej". Niepotrzebnie, bo to słabsze momenty krążka - zwłaszcza ten pierwszy zwalnia tempo, za bardzo wchodzi w rejony niemal ambientowe i jeszcze ma refren, który przypomina młodych raperów usilnie pracujących nad tym, żeby rap był nowym popem, ale za mało pracujących nad śpiewem. Przecież ta ekipa naprawdę nie musi sobie niczego udowadniać, zwłaszcza po bardzo progresywnym producencko Jetlagz.

Tak, z mojej perspektywy nic by się nie stało, gdyby płyta po skicie "Chrom + bitex" prowadziła do kończącego, zbierającego JWP/BC "C.H.C.G.W.". Tak jak większość bitów (m.in. Magiera, Szczur i The Returners) podpada pod amerykańskie słowo "anthemic", nie tylko buja się przy nich głową, ale też salutuje do czapki, tak Falcon1 przygotował kompozycję ładną, na której czterech panów (obok gospodarzy Łajzol i Siwers) na spokojnie, trochę gorzko rozlicza szpanerów ("Już nie wracam do przeszłości, ona tu też nie wróci / Dziś raperzy strasznie jęczą, dusi ich pasek Gucci"). Po wszystkim, wbrew narzekaniom sprzed chwili, chciałbym do rozszyfrowań JWP chciałbym dopisać kolejne - Jeszcze Więcej Poproszę. I nie ma co licytować się z "BlackBook" na hiphopowość, przykro mi.

Ero Kosi "BlackBook", RHW Records

8/10


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Ero Kosi | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje