Reklama

Reklama

Cleo "VinyLOVA": Retro-kłamstewka [RECENZJA]

Po licznych perturbacjach w końcu otrzymaliśmy nową płytę Cleo. Tę retro, tę oldschoolową, tę ukazującą inspiracje klasyczną czarną muzyką, ukazującą to, co artystce gra w sercu, tak? Problem w tym, że nie do końca.

Po licznych perturbacjach w końcu otrzymaliśmy nową płytę Cleo. Tę retro, tę oldschoolową, tę ukazującą inspiracje klasyczną czarną muzyką, ukazującą to, co artystce gra w sercu, tak? Problem w tym, że nie do końca.
Okładka albumu Cleo "VinyLOVA" /materiały promocyjne

Niestety, będę brutalny: "VinyLOVA" stoi dla mnie oszustwem. Pozycja zapowiadana była jako retro soulowo-funkowy album, stojący w opozycji do "SuperNOVEJ" z 2020 roku, stawiającej na elektroniczny, nowoczesny pop. Płyty miały zresztą zostać wydane jednego dnia, stanowiąc swoistą, kontrastującą ze sobą dylogię, ukazującą różne twarze Cleo.  

Plany wydawnicze zostały jednak zweryfikowane i "VinyLOVĄ" - po licznych przesunięciach - dostajemy po niemal 2 latach od pierwotnej daty premiery. Obawiam się jednak, że tak długi czas oczekiwania wynikał nie tylko z powodu sytuacji pandemicznej i zmiany wytwórni, ale również z mocnej modyfikacji zawartości, względem tego, co miało ukazać się w 2020 roku.

Reklama

Skąd takie stwierdzenie? "VinyLOVA" to pozycja zaskakująco krótka, składająca się zaledwie z 33 minut. Owszem, dzięki temu zawartość zmieści się bezproblemowo na płycie winylowej, ale patrząc na długość poprzednich albumów, sugeruje to pewne cięcia. I jeżeli uważacie to za poważne oskarżenie, to co powiecie na to, że zapowiadane retro nie dominuje tak bardzo jak było to zapowiadane?

Żeby nie topić się od razu w negatywizmie: pierwsze minuty "VinyLOVEJ" nie pozwalają wątpić w deklaracje. "Szyk" to w końcu pełnoprawny soul z odpowiednimi przeciągnięciami fraz wybrzmiewających w nieco sportowym śpiewie oraz dużym udziałem dęciaków w warstwie instrumentalnej. Nawet jeżeli bliżej mu do estetyki niebieski oczu oraz gum balonowych dzieł wychodzących z Motown Records, to w vintage'ową stylizację wpisuje się idealnie.

Bliższe klasycznemu motownowemu brzmieniu jest "Obejmij", choć tu z kolei Cleo zdecydowała się pójść w śpiew stricte popowy, co zdecydowanie obniża potencjał kawałka. Warto zwrócić uwagę na singlowe "Kocham", nawet jeżeli unowocześnione w bębnach na niemal house'owy sposób, to już instrumentalnie mruga wyraźnie w stronę szaf grających i analogowego brzmienia. W zasadzie identyczne słowa można powiedzieć o "Mniej znaczy więcej".

Problem w tym, że nawet gdyby ograniczyć się wyłącznie do tych utworów, to zapowiedź "bardzo oldschoolowego brzmienia" (to cytat!) szybko zostaje zweryfikowana. Sekcja rytmiczna została unowocześniona, kłaniając się bardziej ku EDM-owi niż czemukolwiek, co mogłoby się zrodzić w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych. Jeżeli natomiast wyjdziemy poza wspomniane kawałki, to robi się zwyczajnie... smutno.

Bo czy "Dalej" oraz "Neony" (oba z Marylą Rodowicz!) nie wpisują się doskonal w założenia poprzedniego krążka Cleo? Gorzej, że nawet jeżeli kłaniają się ku estetyce nu-disco, to jest to nadwiślańskie i ugrzecznione w sposób wręcz kiczowaty. Nie odbierajcie tego źle: kicz też może być atrakcyjny, ale tu zwyczajnie kuleje sama produkcja, nie dźwigająca w żaden sposób estetyki.

Jeśli myślicie, że tu jest źle, to życzę powodzenia z "Żywiołami". Toż to pełnoprawny utwór disco polo - wysterylizowane, wyczyszczone do bólu, bardzo jasne brzmienie, prosta progresja akordów, "hej, opa" do wspólnego pośpiewania i prosty tekst o miłości, która pokonuje wszelkie przeciwności. Przy okazji zgrzytanie zębami przez słuchacza. To wszystko boli, pamiętając jak dobrze wyprodukowana była "SuperNOVA".

Wśród piosenek tanecznych zdecydowanie najlepiej prezentuje się "Poplątanie" oparte na twardo stąpających po ziemi, syntezatorowych arpeggiach. To piosenka, która idealnie ukazuje wpływ "Future Nostalgia" Dua Lipy na współczesną muzykę rozrywkową. Abstrahując już od tego, że na "SuperNOVEJ" mieliśmy tropy niemal identyczne.

Trudno mi zrozumieć obecność utworów anglojęzycznych. W szczególności "Fightera", który ze swoim pop-trapem przypomina to, co Dobrob... ekhm... przepraszam - Donatan oferował Cleo na wspólnej "Hiper/Chimerze".

Teksty? Cóż, nigdy nie stanowiły one o sile twórczości Cleo i tym razem nie jest inaczej. Słowa mają przelatywać, być nośnikiem melodii i nie stanowić punktu, który złączy nas emocjonalnie z utworem. Nie ma tu ani momentu, w którym musimy się zatrzymać, zastanowić nad czymś. Ciekawe do cytowania okazuje się jedynie dość zabawna gra z tytułami piosenek Maryli Rodowicz w refrenie do "Dalej".

Nieustannie ciekawie brzmi dla ewolucja śpiewu Cleo, która zrezygnowała już zupełnie z zawadiackiej, mogącej irytować maniery. Śpiewa bardzo precyzyjnie i doskonale potrafi bawić się wokalem. Problem w tym, że często piosenki obecne na płycie zwyczajnie nie dają jej rozwinąć skrzydeł.

Jestem zwyczajnie rozczarowany. "VinyLOVA" na papierze prezentowała się jako ciekawsza, bardziej ambitna część dylogii, którą miała tworzyć z "SuperNOVĄ". Jest natomiast zupełnie odwrotnie. Niestety, ambicja zaznaczona w kilku piosenkach została zabita przez bylejakość i chęć przypodobania się szerszej publiczności. Naprawdę szkoda.

Cleo, "VinyLOVA", Musicom

4/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama