Reklama

Mystic Festival 2019

Mystic Festival 2019: 10 zespołów, których nie można przegapić

W dniach 25-26 czerwca, będziemy świadkami metalowej imprezy na miarę XXI wieku. W Tauron Arenie Kraków i otaczającym ją Parku Lotników odbędzie się Mystic Festival - święto fanów metalu, jakiego w Polsce jeszcze nie było. Spośród blisko 30 zespołów, wybraliśmy 10 koncertów, których naszym zdaniem nie można przegapić.

King Diamond to jedna z gwiazd Mystic Festival 2019

Wracający po 12 latach Mystic Festival odbędzie się w dniach 25-26 czerwca w Tauron Arenie Kraków i otaczającym halę Parku Lotników, gdzie znajdzie się druga scena oraz miasteczko festiwalowe. W sumie podczas dwóch dni na trzech scenach zaprezentuje się 28 wykonawców.

VLTIMAS - Park Stage w Parku Lotników, 25 czerwca, godz. 16:30

Reklama

Na tak dużej imprezie nie mogło, rzecz jasna, zabraknąć death metalu, który - zwłaszcza w kraju na Wisłą - wciąż cieszy się dużym uznaniem. Sporą gratką dla miłośników tego gatunku będzie zapewne koncert międzynarodowego projektu Vltimas, w którego szeregach figurują amerykański wokalista David Vincent (eks-Morbid Angel), norweski gitarzysta Rune "Blasphemer" Eriksen (Aura Noir, eks-Mayhem) oraz Flo Mounier - urodzony we Francji i wysoko oceniany perkusista kanadyjskiego Cryptopsy.

Trio spod znaku tzw. "blackened death metalu" przyjedzie do Krakowa promować wydany pod koniec marca, debiutancki album "Something Wicked Marches Is", którego zawartość zdaje się zadawać kłam nierzadko miałkim intencjom przyświecającym tzw. supergrupom, potencjał i solidność debiutu Vltimas skłaniają bowiem do uznania tego przedsięwzięcie za wielce udane i - co nie bez znaczenia - perspektywiczne.

Dowodem na to jest choćby "Total Destroy!", sztandarowy numer z debiutu Vltimas. Zaklęte w jego tytule przesłanie prawdopodobnie znajdzie swe potwierdzenie na deathmetalowej uczcie, którą urządzą nam podopieczni francuskiej wytwórni Season Of Mist. Na pohybel Morbid Angel!, jak zapewne powiedziałby Vincent.

Posłuchaj utworu "Total Destroy!" Vltimas:


IMMOLATION - scena The Shrine na parkingu za halą, 26 czerwca, godz. 21:15

Skoro o deathmetalowej uczcie mowa, koncerty Immolation są zawsze jej kwintesencją. Do dziś doskonale pamiętam, że gdy lata temu jako pryszczaty licealista zobaczyłem ich po raz pierwszy na żywo, uległem ekstazie bliskiej tej, którą dobra młodzież doznaje corocznie na modlitewnych spotkaniach nad brzegiem Lednicy. Majestatyczny, ceremonialnie zamiatający włosami scenę Ross Dolan przy mikrofonie, a w kontrze wijący się jak piskorz Robert Vigna, którego spazmatycznie wyprowadzane, gitarowe ciosy przywodzą na myśl niejakiego Geralta z Rivii w potyczce z mantikorą. Tego nie sposób opowiedzieć, to trzeba zobaczyć! Jeżeli istnieje coś takiego jak ideał deathmetalowego koncertu, grupa z Yonkers w stanie Nowy Jork jest jego ucieleśnieniem.

Twórcy pomnikowego "Dawn Of Possession" i bezlitosnego "Here In After" pracują już nad następcą albumu "Atonement" z 2017 roku. Z tego ostatniego pochodzi utwór "The Distorting Light", którego z pewnością nie zabraknie na Mystic Festival. Na początku czerwca grupa opublikowała do niego teledysk, który daje pewne pojęcie o tym, czego możemy się spodziewać w Krakowie. Immolation nie są ani tak znani jak Morbid Angel, ani bluźnierczy jak Deicide, ani równie szokujący jak Cannibal Corpse, swoją drogę ku chwale wykuwali bowiem nie bez przeszkód, za to z żelazną konsekwencją, która zagwarantowała im prawowite miejsce w panteonie bogów death metalu. Tego nie można przegapić!

Immolation i "The Distorting Light":

POSSESSED - scena The Shrine, 25 czerwca, godz. 19:15

Bardzo trudno nie zgodzić się z powszechną opinią piejących z zachwytu recenzentów, iż jeden z najbardziej udanych powrotów w dziejach death metalu stał się w tym roku udziałem Possessed - autentycznych protoplastów gatunku, których debiut "Seven Churches" z 1985 roku był niczym pomost rozpięty pomiędzy solidnie już okopanych thrashem i czającym się do ataku death metalem. Na "Revetations Of Oblivion", pierwszej od pond 30 lat (!) płycie zespołu niezłomnego Jeffa Becerry udała się bowiem rzecz wręcz niemożliwa - sprostanie oczekiwaniom wyznawców oldskulu przy jednoczesnym braku poczucia żerowaniu na nostalgii, a wręcz przeciwnie: udoskonaleniu i pożądanym, acz nie nachalnym, rozwinięciu pierwotnej formuły.

Sparaliżowany od pasa w dół, poruszający się na wózku Becerra (postronna ofiara strzelaniny, do której doszło w 1989 roku podczas napadu rabunkowego) jest nie tylko personifikacją muzycznej mądrości zaklętej w "Revetations Of Oblivion", ale i - a może przede wszystkim - uosobieniem zwycięstwa hartu ducha nad tragicznymi przeciwnościami losu.

Stąd też z wielką radością, ale i pewną ulgą, z miejsca zakochałem się w prawowitym następcy kanonicznego "Seven Churches", wszak forma, w jakiej ta kultowa formacja z Kalifornii powróciła na deathmetalowy piedestał nie jest w żadnej mierze odcinaniem kuponów od dawnej chwały ani tym bardziej dyskontowaniem - skądinąd autentycznej - tęsknoty podstarzałych fanów za tym, co dawno minęło. To zupełnie nowy rozdział w historii zespołu, na wpływ którego powołują się największe tuzy ekstremalnego metalu, od Amerykanów z Death, Morbid Angel, Deicide i Cannibal Corpse przez brazylijską Sepulturę po naszego Vadera. Koncert Possessed zapowiada się zatem na prawdziwą lekcję historii z puentą, która wciąż przed nami.

Possessed w pomnikowym "The Exorcist" z pamiętnym motywem muzycznym ze słynnego horroru ("Egzorcysta"):


IN FLAMES - Park Stage, 25 czerwca, godz. 21:45

Choć w przeciwieństwie do swoich ziomków z At The Gates czy Dark Tranquillity, pionierzy melodyjnego death metalu ze szwedzkiego In Flames stali się z biegiem lat mistrzami w odstręczaniu od siebie fanów za pomocą wątpliwych środków wyrazu (że wspomnę tylko o nu-metalowym udawaniu Korna, syntezatorowym popie, metalcorze, alternatywnym rocku czy flirtowaniu z muzyką elektroniczną), na żywo zespół z Goeteborga to wciąż siła, z którą należy się liczyć.

Przy całym hejcie, który na nich wylano, nie sposób zaprzeczyć, że gdyby nie In Flames hordy amerykańskich metalcore’owców brzmiałby dziś niczym stepujący Fred Astaire bez obuwia. Pierwsze trzy, cztery płyty Szwedów z lat 90. to w końcu kanon melodyjnego metalu, swoisty probierz służący do mierzenia zawartości cukru w późniejszych gatunkach, które przy odrobinie samozaparcia zaakceptowałaby twoja babcia (I kto tu mówił o hejcie?). Niezależnie od gustów i uporu metalowych reakcjonistów, In Flames zdobyli serca wielu nowych fanów, którzy mają zwyczajnie gdzieś dyskusje o "prawdzie". To właśnie oni zastąpili zatwardziałych zwolenników bezwzględnego trzymania się formule z "The Jester Race".

Koncertowo In Flames to bez wątpienia dobrze naoliwiona maszyna, zespół mogący wprawić w osłupienie tych wszystkich, którzy sądzą, iż płomień ów już dawno się wypalił. Gwarantuję wam, że na żywo będzie to spektakl prawdziwych zawodowców.

Posłuchaj tytułowego utworu z albumu "The Jester Race" (1996 r.) In Flames:


AMON AMARTH - Tauron Arena, 25 czerwca, godz. 20:30

Pozostając w szwedzkich klimatach, pora na sztokholmski Amon Amarth - zespół, który w ostatnich latach zanotował jeden z najbardziej spektakularnych skoków popularności. A wszystko to za sprawą albumu "Jomsviking" z 2016 roku, którym Szwedzi - po długich latach mozolnej pracy - przekonali do siebie całe rzesze fanów po obu stronach Atlantyku. Należy jednak pamiętać, iż był to 10. longplay Amon Amarth, którego początki sięgają wczesnych lat 90. Mam zresztą zaszczyt należeć do tych miłośników twórczości Amon Amarth, którzy zaczynali przygodę z ich muzyką na (bardzo) długo przed sprzyjającym hajpem na seriale typu "Wikingowie".  

Patrząc z tej perspektywy, obecny sukces (coraz bardziej) melodyjnych deathmetalowców z Amon Amarth postrzegam w kategoriach dziejowej sprawiedliwości (i wiem, że to niedorzeczne). Toporny na swój sposób, lecz nie pozbawiony walorów death metal uprawiany latami przez zespół Johana Hegga i kolegów, nabrał wreszcie chwytliwości, zjednując im zarówno zwolenników klasycznego heavy metalu, jak i firmowego szwedzkiego death metalu, nie wspominając o tych, dla których działa Snorriego Sturlusona nie są żadną zagadką. Cytując znaną wszystkim postać  - im się to należało.

Wikiński kwintet ze Sztokholmu promuje obecnie wydany na początku maja album "Berserker", kontynuując pochód w górę po szczeblach kariery (oraz gwarantując Metal Blade Records wypłacalność). Nie wiem, jak dokładnie wyglądać będzie występ Amon Amarth na Mystic Festival, ale przy tej skali przedsięwzięcia nie zabraknie zapewne pirotechniki i repliki drakkara w skali 1:1 na samym środku sceny. Będzie się działo!

Zobacz Amon Amarth w wideoklipie "First Kill":

EMPEROR - Park Stage, 26 czerwca, godz. 19:30

Ci, którzy nie mieli okazji zobaczyć Emperor na Metalmanii 2018, z pewnością nadrobią zaległości na Mystic Festival. Choć ostatnia płyta Norwegów ujrzała światło dzienne dobre 18 lat temu (i na więcej raczej się nie zapowiada), słynni blackmetalowcy nie zrezygnowali z koncertowania, co - według niektórych - ma już tylko merkantylne uzasadnienie. Osławionych podpalaczy norweskich kościołów z lat 90. ktoś nazwał ostatnio "starymi dziadami w okularach" i można się z tym zgadzać lub nie, nie zmienia to jednak faktu, że twórcy "In The Nightside Eclipse" dają dziś wielu młodszym fanom black metalu możliwość zmierzenia się na żywo z klasycznymi utworami Norwegów, które ci słuchali dotąd jedynie w domowym zaciszu.

Warto zresztą w tym miejscu przypomnieć, że Emperor był główną gwiazdą pierwszej edycji Mystic Festival w roku 1999. Zespół Samotha i Ihsahna przyjechał do nas wówczas po premierze płyty "IX Equilibrium", która nie należała raczej do faworytów wśród blackmetalowych purystów. Dziś Emperor znajduje się w zupełnie innym miejscu, a skoro jest popyt, to mamy i podaż. W ostatecznym rozrachunku liczy się samo widowisko, a to w wykonaniu Norwegów nadal budzi spore emocje. Emperor był i jest grupą unikatową, której wpływu na tzw. symfoniczny black metal nie sposób przecenić. Cesarz jest tylko jeden.

Zobacz teledysk Emperor do klasycznego numeru "The Loss And Curse Of Reverence":

CARCASS - Park Stage, 26 czerwca, godz. 17:45

Albumy "Reek Of Putrefaction", "Symphonies Of Sickness" i "Necroticism" z przełomu lat 80. i 90. wypaczyły mój nastoletni umysł na całe życie. Napisałem o nich z tuzin artykułów, przeprowadziłem sporo wywiadów i przełożyłem ze trzy książki z ich udziałem, a i tak znalazło by się miejsce na obszerną dysertację. Fenomen Carcass polega bowiem na tym, że grupa z Liverpoolu przyczyniła się do spopularyzowania przynajmniej trzech gatunków: grindcore'u, melodyjnego death metalu i czegoś, co później nazwano death'n'rollem.

Na każdym z tych etapów Anglikom udało się stworzyć działa wybitne, które w pewnej mierze stały się motorem napędowym wspomnianych nurtów. Bez Carcass nie było by dziś żadnego Impaled, Exhumed, Haemorrhage, Aborted, Arch Enemy, The Black Dahlia Murder Arsis i wielu innych. Do dziś doskonale pamiętam ich tryumfalny powrót na Wacken 2008 i nie wiem, czy miało to coś wspólnego z duża ilością wypitej tego dnia oranżady, ale łzy wzruszenia same napłynęły mi do oczu.

Aktualnie liverpoolski kwartet szykuje następcę powrotnego albumu "Surgical Steel" (2013 r.), którego premierę zaplanowano jeszcze na ten rok. Niewykluczone zatem, że obok "Exhume To Consume", " Incarnated Solvent Abuse", "No Love Lost" czy "Heartwork", usłyszymy także coś zupełnie nowego. Przygotujcie się na niezapomniane wrażenia!

Teledysk "Heartwork" Carcass możecie zobaczyć poniżej (jak Jeff Walker rozczesał te dredy z "Necrotcism", do dziś pozostaje zagadką):


KING DIAMOND - Park Stage, 26 czerwca, godz. 21:45

Przyznam, że na ten występ czekam najbardziej. Jeśli rozpatrujemy koncert w kategoriach spektaklu, Kind Diamond nie ma sobie równych. Dość powiedzieć, że 62-letni Kim Bendix Petersen rodem z Kopenhagi przeszedł w 2010 roku poważną operację serca (bypassy), co siedem lat później nie przeszkodziło mu w zostaniu ojcem! Osiadły w Teksasie Duńczyk to postać nietuzinkowa i bodaj pierwszy metalowy muzyk, który otwarcie przyznawał się do satanistycznych poglądów, już za czasów pierwotnej inkarnacji Mercyful Fate z początku lat 80.

Arcydzieła jakimi są konceptualne albumy Kinga Diamonda, przypominające najczęściej okultystyczne opowieści grozy, są wręcz stworzone do "wystawiania" ich na scenie, z czego mroczny maestro potrafi korzystać jak nikt inny (wyjąwszy może Alice Coppera). Oprawa byłaby jednak niczym bez treści, a ta jest zawsze najwyższej jakości, w czym od lat pomaga Kingowi szwedzki gitarzysta Andy LaRocque. No i ten przeszywający falset! Wszystko to zaś składa się na spektakularną całość, która w entourage’u widowiskowej scenografii, sprawia że koncerty Kinga Diamonda to niezapomniane przeżycie.

Czego możemy się spodziewać? Zapewne całego pochodu kultowych kompozycji, na czele z "Welcome Home", "The Family Ghost", "Abigail" czy "Sleepless Nights"; w ostatnich latach w koncertowym programie pojawiały się też zazwyczaj dwa numery Mercyful Fate ("Melissa" i "Come To The Sabbath"). To będzie coś więcej niż koncert!

Kind Diamond w wideoklipie "The Family Ghost":

SLIPKNOT - Tauron Arena, 25 czerwca, godz. 23:00

Daniem głównym tegorocznego Mystic Festival będzie, co jasne, Slipknot. Powstała w 1995 roku, wieloosobowa grupa zamaskowanych muzyków z  Des Moines w kukurydzianym stanie Iowa, dała o sobie znać cztery lata później debiutanckim albumem "Slipknot", by wraz z następnym longplayem "Iowa" z 2001 roku wziąć szturmem cały świat.

Aktualnie zespół ma na swoim koncie pięć płyt, z których dwie ostatnie wspięły się na sam szczyt notowania magazynu "Billboard". Cztery nagrody Gammy, milionowa sprzedaż i szereg prestiżowych wyróżnień od branżowych pism pokroju "Kerrang!", "Metal Hammer" czy "Revolver", mówią same za siebie, niepozostawiając żadnych wątpliwości co do rangi zespołu, o którym mowa.

Przy całym komercyjnym sztafażu, nieodłącznie związanym z przedsięwzięciem o takiej skali i sile rażenia, warto pamiętać, że muzycy, których dziś postrzegajmy za jedne z największych gwiazd szeroko pojętej muzyki metalowej, zaczynali jako zahukane dzieciaki z dala od blichtru muzycznych metropolii USA, a ich pierwszą miłością był death metal. To właśnie owo połączenie ekstremalnych muzycznych proweniencji ze zdobyczami współczesnego rocka i metalu, oraz nieodparta chęć wybicia się ponad otaczającą przeciętność, sprawiły że Slipknot stał się zjawiskiem będącym w stanie sprostać oczekiwaniom zarówno zwolenników ekstremalnego łomotu oraz innowacyjnych rozwiązań, jak i tych, którzy szukają w muzyce pewnej dozy słusznie pojętego liryzmu.

Amalgamat ten sprawił, że Spliknot znajduje swych sprzymierzeńców nie tylko w gronie zatwardziałych fanów brutalnego grania, ale i entuzjastów przyjaznej twórczości, za przeproszeniem, Nickleback, miłośników nu-metalu spod znaku Korna i Limp Bizkit, kalifornijskiego thrashu, hardcore'u w wydaniu Biohazard czy tradycyjnego heavy metalu.

Slipknot to jednak nie tylko muzyka, lecz także przyrodzony grupie image jak horroru oraz talent poparty ciężką pracą. Ktoś może się żachnąć na taką tezę, ale śmiem twierdzić, że Slipknot jest dziś dla wielu fanów tym, czym w latach 80. był dla ówczesnego pokolenia Slayer, a dekadę później Pantera, czyli największą komercyjną gwiazdą muzyki metalowej, która nie zatraciła ekstremalnego powabu.

Na początku czerwca grupa powróciła do koncertowej aktywności po blisko trzech latach przerwy, w nowych maskach i z nowym wigorem, a już 9 sierpnia wyda szósty album "We Are Not Your Kind".

"People = Shit", "Psychosocial","Sulfur", “Disasterpiece", a może "Duality"? Niezależnie od tego, który z tych utworów zagrają na Mystic Festival (a zapewne wszystkie), będziemy świadkami koncertu, który - jak mniemam - na długo pozostanie w naszej pamięci.

Zobacz koncertowy teledysk "Disasterpiece" Slipknot:

To oczywiście zaledwie część tego, co zobaczymy podczas dwu festiwalowych dni w Tauron Arenie Kraków i na dwu dodatkowych scenach w otaczającym halę Parku Lotników i na przylegającym parkingu.

Warto stawić się punktualnie, by nie przegapić ukraińskiego Jinjer z charyzmatyczną wokalistką Tatianą Shmailyuk, nie wspominając o pionierach kalifornijskiego thrashu z Testament, na których zawsze można liczyć, czy o grupie Batushka, która na krajowym podwórku stała się w ostatnim czasie uczestnikiem osobliwej psychodramy. Powodzenia życzę też moim ziomkom z poznańskiego In Twilight's Embrace, których obecność na Mystic Festival jest potwierdzeniem rosnącej popularności tego wielowymiarowego, nietuzinkowego tworu.

Równie ciekawie i różnorodnie zapowiada się drugi dzień festiwalu, z udziałem tak odległych od siebie muzycznie grup jak rockowo-symfoniczny Within Temptation z Holandii, sludgemetalowy Crowbar z Nowego Orleanu (gorąco polecam!), hardcore’owo-metalowy Hatebreed ze Stanów czy - a dla wielu przede wszystkim - szwedzki Sabaton, ulubieniec polskiej publiczności.

28 zespołów, trzy sceny i dwa dni imprezowania. Wymarzony początek wakacji.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Mystic Festival