Reklama

Brodka w poszukiwaniu Brodki

Monika Brodka przebyła długą drogę, zanim znalazła się w miejscu, do którego chciała dotrzeć. Wokalistka po czterech latach milczenia wydała świetny album "Granda" i wreszcie śpiewa utwory, z którymi jest jej do twarzy.

- Ja siebie dopiero na tej płycie odnalazłam. Czułam spory dysonans między tym, jaką muzykę nagrywałam, z jaką jestem kojarzona, a tym, jaką jestem osobą. Dlatego miałam ogromną potrzebę nagrania płyty, z której ludzie się czegoś o mnie dowiedzą - podkreśla wokalistka w rozmowie z INTERIA.PL.

Brodka odkryta

Reklama

Wygrała "Idola" w 2004 roku. Była to trzecia edycja tego popularnego wówczas programu. Jednym z jurorów był wtedy Maciej Maleńczuk, który udziału w "Idolu" żałuje, ale akurat odkryciem i wypromowaniem Brodki zawsze się szczycił. To właśnie Maleńczuk z miejsca stał się największym jej fanem w jurorskim gronie i faworyzował ją do samego końca.

Monika podbiła serca jako bezpośrednia, roześmiana, nastoletnia góralka z Twardorzeczki. Wychowała się w muzykującej rodzinie, już w wieku sześciu lat grała na skrzypcach. Do liceum chodziła w Żywcu, była to klasa o profilu językowym.

Śledząc jej popisy w "Idolu", można było odnieść wrażenie, że Brodka w ogóle się nie stresuje faktem, iż ogląda ją kilka milionów telewidzów. Potrafiła z niezwykłym luzem, ale i charakterystyczną dla niej zadziornością, zaśpiewać choćby "Light My Fire" z repertuaru The Doors. Publiczność pokochała w niej połączenie góralskiej prostolinijności, dziewczęcego wdzięku i olbrzymiego talentu wokalnego. W cuglach wygrała finał "Idola", pokonując Kubę Kęsego (pamiętacie go jeszcze?).

Liczono, że Brodka przełamie fatum ciążące nad poprzednimi triumfatorami "Idola". Debiutanckie płyty Ali Janosz i Krzysztofa Zalewskiego okazały się bowiem sprzedażową i artystyczną porażką.

Brodka zagubiona

Z wydawnictwami Moniki Brodki nie było tak źle, ale też nie radziła sobie tak świetnie, jak choćby Ania Dąbrowska.

Z płyt zatytułowanych "Album" (2004 rok) i "Moje piosenki" (2006 rok) pochodzą single, które były chętnie grane przez radiowe stacje: "Ten", "Dziewczyna mojego chłopaka", "Miałeś być" czy "Znam cię na pamięć". Brodka otrzymała nominację do "Paszportu Polityki" w 2004 roku, a rok później wygrała opolskie "Premiery" oraz dostała Superjedynkę dla najlepszego debiutanta. Na pierwszy rzut oka wyglądało to nieźle, jednak Monika, rzucona na głęboką wodę rodzimego show-biznesu, straciła gdzieś swój wigor, zaczęła eksperymentować z wizerunkiem, posmutniała.

Przeprowadziła się do Warszawy, bo gdzie robić karierę jak nie w stolicy, i zupełnie się pogubiła. Śpiewała piosenki, które - jak dziś przyznaje - nie do końca jej pasowały, ale musiała je śpiewać, bo przecież cieszyły się jako takim uznaniem. Jeśli chodzi o życie prywatne, to na "dzień dobry" związała się ze starszym od siebie aktorem Janem Wieczorkowskim, a ich rozstanie, jeśli wierzyć tabloidom, było dla obojga bardzo bolesne.

Wokalistka widywana była tu i ówdzie na warszawskich salonach, pojawiała się w coraz dziwniejszych strojach i fryzurach - był czas, gdy nosiła krótkie włosy "na chłopczyka".

Z czasem jej koncerty cieszyły się coraz mniejszym zainteresowaniem, a i ona, najwyraźniej rozczarowana dotychczasowym przebiegiem swojej kariery (jak mówią - nie ma nic bardziej rozczarowującego niż spełnione marzenie), oddawała się innym pasjom, na przykład fotografii. Oczywiście, chciała nagrywać kolejną płytę, ale według własnej wizji.

Już w 2007 roku mówiła: "Nadszedł odpowiedni moment, by zboczyć z toru. Dziś mam w sobie odwagę. Chcę pójść w innym kierunku. Na następnej płycie chcę pokrzyczeć. Będzie na niej trochę wariactwa". Problem w tym, że na początku nie było chętnych, by jej w tych wariactwach pomóc.

- Już cztery lata temu ta płyta gdzieś tam była w mojej głowie, już sobie o niej myślałam. Przez półtora roku szukałam ludzi do współpracy - wspomina Brodka w rozmowie z INTERIA.PL.

Brodka dojrzała

30 sierpnia 2010 roku, podczas festiwalu Orange Warsaw, Monika po raz pierwszy zaprezentowała publicznie nowy materiał, czyli utwory z albumu "Granda". Wybiegła na scenę w fantazyjnym, kolorowym wdzianku, przystrojonym pluszowymi zwierzakami, i zaśpiewała piosenki pokręcone, połamane, brawurowo zderzające elektronikę z elementami folkowymi. Istotnie, było w tym wariactwo. Teksty piosenek okazały się ujmująco abstrakcyjne, ale największe wrażenie robiła sama Brodka, która oddawała się wokalizom na bardzo wysokich rejestrach, by po chwili naśladować śpiew dziecka, a następnie krzyczeć czy recytować.

- Te piosenki dały mi ogromną swobodę, jeśli chodzi o eksperymentowanie z wokalem. Wiedziałam, że nie da się tej płyty zaśpiewać tak, jak śpiewałam do tej pory. Wiedziałam, że to będzie inny wokal - gdzieniegdzie punkowy, gdzieniegdzie bardzo wysoki falset, taki prawie już kościelny. W każdym numerze starałam się wcielić w inną rolę - opowiada nam wokalistka.

Na "Grandzie", która ukazała się 20 września, Monika po raz pierwszy figuruje jako współkompozytorka prawie wszystkich numerów (obok producenta Bartosza Dziedzica). Za teksty odpowiada ona oraz zaprzyjaźnieni artyści: Radek Łukasiewicz z Pustek oraz Jacek "Budyń" Szymkiewicz z Pogodno. Brodka dopięła więc swego, nagrała album taki, jaki sobie dawno temu wymarzyła, na dodatek brała udział w procesie twórczym od początku do końca, a nie tylko w momencie, w którym trzeba zarejestrować wokale.

Po sześciu latach, które upłynęły od jej triumfu w "Idolu", jest więc Monika Brodka artystką dojrzałą i interesującą, choć niewiele wskazywało, że sprawy przybiorą taki właśnie bieg. A przecież ta dziewczyna ma dopiero 23 lata!

Michał Michalak

Czytaj blog "Język Elit" Michała Michalaka

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Monika Brodka | wokalistka | utwory | piosenki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje