Reklama

Nick Mason's Saucerful of Secrets w Łodzi: Nicka Psychodeliczna Kolacja [RELACJA, ZDJĘCIA]

Nick Mason's Saucerful of Secrets przypomnieli, jak powinno się grać psychodelicznego rocka /Ewelina Wójcik /INTERIA.PL

Łódzka Wytwórnia w sobotni wieczór wypełniła się fanami Pink Floyd. Nie zgromadzili się tam jednak po to, by usłyszeć "Comfortably Numb", "Time" czy "High Hopes". Każdy wiedział, że będzie to noc celebracji najdziwniejszego, a jednocześnie najbardziej wyjątkowego repertuaru brytyjskiej grupy. Tego, który doprowadził ich do statusu najsłynniejszego zespołu świata.

Nick Mason, który powołał Saucerful of Secrets do życia, nie chciał powielać działań Watersa i Gilmoura. Uznał najwidoczniej, że świat nie potrzebuje trzeciego muzyka Pink Floyd (posłuchaj!), który w tym samym repertuarze objeżdża inną część świata.

Perkusista ma przewagę - był członkiem zespołu od początku do końca. Słyszymy go w debiutanckim singlu "Arnold Layne" z 1967 roku, ale także w ostatnim (dotąd) "Hey, Hey, Rise Up!" nagranym z Andrijm Chływniukiem w kontekście wojny na Ukrainie w marcu tego roku. W doborze repertuaru mógł zdecydować się na każdą z nagranych piosenek. A wybrał psychodelę.

Reklama

Trzy lata temu zdecydował się powrócić do koncertowania i wybrał psychodeliczną niszę. Odtąd "Vegetable Man", "See Emily Play" czy "Interstellar Overdrive" to podstawy koncertowego repertuaru jego zespołu. Po raz drugi zawitał w Polsce, a koncert był psychodeliczną ucztą. Powiodło się wszystko - mimo że wietrzna i dość chłodna atmosfera na zewnątrz, to frekwencja dopisała. Co cieszy, wokół widziałem zadowolone twarze młodych i nieco starszych, którzy piosenek Pink Floyd mogli znać jeszcze ze swojej młodości.

Ta trwające ponad dwie godziny spotkanie muzycy Nick Mason’s Saucerful of Secrets zaczęli od mocnego uderzenia - "One Of These Days", czyli jedno z nielicznych nagrań zespołu, na którym słyszymy głos Masona. Fani przykleili sobie rozdawane przed koncertem wąsy, by nawiązać do wizyty perkusisty w Polsce w 2019 roku.

Zespół złożony z muzycznych magików naprawdę czuje ten specyficzny dla rocka psychodelicznego klimat, dzięki czemu w ich wykonaniu jest on bardzo autentyczny. Drugim numerem było moje ukochane "Arnold Layne". Gdy wpatrywałem się w tę niezwykle zgraną pięcioosobową grupę, czułem namiastkę lat 60., których z racji metryki nie jestem w stanie pamiętać. Historia złodzieja bielizny była bodaj moim pierwszym kontaktem z Pink Floyd, a wersja odegrana w łódzkiej Wytwórni nie ma się czego wstydzić wobec oryginału.

Ten wieczór to celebracja utworów z "Obscured By Clouds", "Saucerful of Secrets" czy "Meddle". Widziałem na żywo występy Gilmoura i Watersa, ale podczas koncertu Masona naszła mnie myśl, że nie mógł w ósmej dekadzie życia wpaść na żaden lepszy pomysł, niż kultywowanie nieco zapomnianej twórczości Pink Floyd. Upewnił mnie w tym ostatni numer w pierwszym secie koncertu, "Set the Controls for the Heart of the Sun". Nick śmiał się, że przez lata występowania z Rogerem Watersem to Waters uderzał w gong, a teraz w końcu Nick może to robić - właśnie w tym utworze.

A był on w secie znamienny, dlatego, że jako jedyny dał tak duże poczucie obcowania z muzyczną ucztą. Dźwięk można było dosłownie poczuć - basy, perkusja wwiercały się od stóp do głowy każdego. Był jak bardzo apetyczne danie, którego każdy mógł w ten sam sposób posmakować. Nazwałbym "Set the Controls for the Heart of the Sun" wisienką na torcie, ale przecież została jeszcze druga część koncertu!

Gary Kemp ze Spandau Ballet śpiewający Pink Floyd. Kiedyś pomyślałbym, czy ktoś ze mnie żartuje. A dziś słuchałem go i nie mogłem oderwać wzroku od jego gitarowych popisów. Sam Kemp wspomniał, że polska publiczność jest najlepszą i najżywszą dotąd na trasie. Nie mogę pominąć pozostałych muzyków, którzy mieli ogromny wkład w to, jak wyśmienitym wieczorem było spotkanie z Saucerful of Secrets. Na scenie pojawili się jeszcze Guy Pratt (bas), Dom Beken (klawisze) oraz Lee Harris (gitara). 

Drugą część koncertu rozpoczęło "Interstellar Overdrive", którego riff będzie wędrował po mojej głowie przez najbliższe kilka tygodni.

Nie zabrakło oczywiście nazwiska Syda Barretta, które wielokrotnie wspomniano. Pojawiły się napisane przez niego piosenki jak "Lucifer Sam" (moja ukochana opowieść o krnąbrnym kocie), czy "See Emily Play". Całość dopełniała na pewno atmosfera Wytwórni - nie można było spotkać tam przechodniów. Zebrali się prawdziwi fani, którzy chcieli na dwie godziny przenieść się w psychodeliczny świat Floydów. I sądząc po żywych reakcjach - na pewno tego nie żałują. W klubie było bardzo parno, szczególnie gęsto zrobiło się podczas "Echoes". Tak, Nick Mason z zespołem poświęcił 23 minuty na to, by odegrać jeden z najsłynniejszych wczesnych utworów Pink Floyd. I wyszło im genialnie.

Muszę też wspomnieć o wizualizacjach. Rozszczepione światła w kolorach tęczy, a także oszczędne ale robiące wrażenie wyświetlane w tle płomienie, geometryczne figury, przelewające się substancje i kalejdoskopy naprawdę przeniosły mnie do czasów, których nie dane mi było przeżyć.

Przyglądałem się jeszcze Nickowi Masonowi - 78-letni perkusista nie musi już nic. Ale za to bardzo chce, co widać po zaangażowaniu i pasji. Na jego twarzy malowało się skupienie, które często przełamywał promiennym uśmiechem. I o to chodzi w muzyce - radość, pasję i dźwięk. Trzy elementy można było spotkać podczas drugiego koncertu Nicka Masona i spółki w Polsce. Liczę, że to nie był ostatni raz.

Mateusz Kamiński, Łódź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama