Reklama

Koncert Placebo w Warszawie: To sobie pogadali [RELACJA]

Zespół Placebo przyjechał do Polski na jeden koncert /Ewelina Wójcik /INTERIA.PL

17 października w warszawskim EXPO - wielkie święto dla fanów Placebo. Zespół przyjechał do naszego kraju na jeden koncert i… mocno się zdenerwował na swoich wielbicieli. W ostatecznym rozrachunku koncert był dobry, choć mały niesmak pozostał.

W roli suportu wystąpiła grupa Echo Machine. Charyzmatyczny Gary Moore na wokalu, który nie dał odpocząć statywowi od mikrofonu nawet na sekundę, podrzucane w rytm muzyki rude włosy basistki Heather McKay, trzęsąca całą salą perkusja Hannah McKay, przeszywające syntezatory, a wszystko podbite stroboskopowym światłem. Materiał na światowe gwiazdy.

Potem przyszedł czas na gwiazdy tego wieczoru. Choć może lepiej byłoby powiedzieć "gwiazdki"? Przed koncertem Placebo usłyszeliśmy prośbę o nieużywanie telefonów i nienagrywanie koncertu, co miało pomóc w "stworzeniu wspólnoty i transcendencji". "Proszę być tu i teraz, w teraźniejszości i cieszyć się chwilą, ponieważ ten moment nigdy więcej się nie powtórzy" - głosił komunikat.

Reklama

Było kilka utworów z najnowszej płyty "Never Let Me Go" wydanej w marcu tego roku - "Forever Chemicals", "Beautiful James", "Happy Birthday in the Sky", "Hugz", "Surrounded by Spies", "Sad White Reggae"... W zasadzie w setliście nie pojawiły się tylko dwie nowe piosenki. Koncert uzupełniły starsze kawałki, przy czym moim faworytem zostało "Too Many Friends" z pianinem i skrzypcami.

O poczuciu wspólnoty trudno tutaj mówić, bo po kilku piosenkach Stefan Olsdal krótko się przywitał, a Brian Molko pewnie nie odezwałby się słowem, gdyby nie zdenerwowali go fani z telefonami. Wokalista w połowie koncertu zszedł na chwilę ze sceny, a potem z papierosem w buzi powiedział, że "jeśli chcecie usłyszeć jeszcze muzykę, schowajcie te pier****ne telefony. Dobry humor i dobre show albo zły humor i złe show. Nie jestem dziś zbyt cierpliwy".

No i okej, też wolę patrzeć na scenę niż na morze telefonów i nie rozumiem, czy ludzie to potem oglądają jak zdjęcia ze ślubu, ale może faktycznie chcą komuś pokazać, a może potrzebują 15 sekund nagrania, żeby im się media społecznościowe kręciły. Sercem i rozumem z zespołem, ale po tych słowach przeszły mnie ciarki zażenowania, jak w gimnazjum, kiedy nauczyciel mówił, że jesteśmy najgorszą klasą w szkole. Tym bardziej jeśli argumentem ma być stworzenie jedności, do której zespół w żaden sposób nie dąży, zmieniając tylko gitary i lecąc z setlistą.

Więc wspólnoty nie było. Czy była transcendencja? Nie wiem, na mnie katharsis nie spłynęło. Choć może przy "Surrounded by Spies" na chwilę zrobiło się trochę transowo. Było za to bardzo głośno. Znacie to uczucie, kiedy zamiast bicia serca czujecie w klatce piersiowej uderzenia stopy?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy