2016 w muzyce: Solange i Beyonce dominują, Taco Hemingway i Popek rozczarowaniem

Solange Knowles w górę, Taco Hemingway w dół. A nad tym wszystkim odejście gwiazd od Davida Bowiego po George'a Michaela - nasi dziennikarze muzyczni i recenzenci podsumowują 2016 rok.

Beyonce i Solange zdominowały 2016 rok

Poniżej możecie sprawdzić typy ekspertów serwisu Interia Muzyka w kategoriach płyta roku, rozczarowanie, debiut (Polska i świat) i najlepszy koncert/festiwal.

Płyta roku - Polska:

Reklama

Dawid Bartkowski: Twardowski - "When We Were Astronauts"

Niech będzie momentami absolutnie dziejowe "When We Were Astronauts", które w pokonanym polu zostawia "Ucieczkę z Kolonii" Roszji i Magiery, "Radio Gruz" Kaza Bałagane, "Changes" Meeting by Chance oraz "Tego Chciałem" Eskaubei i kwartetu Tomka Nowaka. Może jeszcze Wacław Zimpel z "Lines" byłby gdzieś w czołówce, ale po głębszym przemyśleniu stwierdzam, że jednak nie. Wracając do Twardowskiego - spodziewałem się, że to będzie dobre, ale żeby aż tak? Jak dla mnie - najlepsza płyta w całym katalogu U Know Me, a to już jest osiągnięcie. Kosmiczny i syntetyczny funk, downtempo, cholera wie co tam jeszcze.

Michał Boroń: Riverside - "Eye of the Soundscape"

Rok 2016 będziemy wspominać jako ten, w którym śmierć zebrała bogate żniwo, od Davida Bowiego w styczniu po George'a Michaela w grudniu. Dlatego postanowiłem wyróżnić albumy pożegnania - z Polski padło na pokazujący nowe oblicze Riverside ostatni materiał nagrany z gitarzystą Piotrem Grudzińskim. Patrz też płyty ze świata i rozczarowanie roku.

Kamil Downarowicz: Furia - "Księżyc milczy luty"

Blackmetalowy zespół dowodzony przez Michała "Nihila" Kuźniaka doszedł już do momentu, w którym stał się odrębnym zjawiskiem na polskiej scenie muzycznej. Stąd Furią zachwycają się największe światowe muzyczne serwisy. I słusznie. Ich ostatnia płyta miażdży bardziej niż MechaKorwin wszystkich lewaków razem wziętych.

Marcin Flint: Łona i Webber - "Nawiasem mówiąc"

Justyna Grochal: Shy Albatross - "Woman Blue"

Polska scena muzyczna uczyniła wybór płyty roku wcale łatwym. W przypadku albumu "Woman Blue" Shy Albatross już sam skład zespołu dawał podejrzenie, że będziemy mieć do czynienia z czymś wyjątkowym. Jest w tych kobiecych opowieściach jakiś rodzaj dobrego smutku, który może i przytłacza, trawi powoli, ale ostatecznie jest tylko początkiem drogi do wyzwolenia. Tak, "Woman Blue" to moja polska płyta roku. Roku, w którym polskim kobietom chciano odebrać podstawowe prawa i wolność wyboru.

Daniel Kiełbasa: PRO8L3M - "PRO8L3M"

Stara szkoła czy nowa szkoła? Taka dyskusja przetacza się również na polskiej scenie rapowej od jakiegoś czasu. Wydaje się, że wszystkich pogodził Oskar i Steez, wypuszczając materiał świetnie skrojony, świeży i nowoczesny, a przy tym posiadający uliczny klimat (nawet jeśli historia z płyty dzieje się ponad 20 lat w przód). "PRO8L3M" to klasyk już od momentu premiery, który wejdzie do kanonu polskiego hip hopu, tak jak "Skandal" Molesty" czy "Księga Tajemnicza" K44. I nie przekonacie mnie, że tak nie będzie.

Iśka Marchwica: Dominika Barabas - "Rustykalny cyrk"

Piękno polskiej piosenki, niedocenione a niezwykle mądre, świetny głos i genialne teksty.

Anna Nicz: Król - "Przez sen"

Ulubiony poeta wśród polskich pieśniarzy imponuje konsekwentnością i zachwyca kolejnymi oryginalnymi, niebanalnymi rozwiązaniami. Przy tym dba o piękne, kojące ucho melodie.

Rafał Samborski: Zamilska - "Undone"

Tak, wiem, to EP-ka. Tylko co z tego, skoro absolutnie zmiotła? Zamilska zakończyła 2015 świetnym numerem z rapującym Quebonafide (nie wiem, czy nie najlepszym w karierze młodego rapera), by później zaskoczyć pozycją, na której odcina się od łatki czołowej artystki polskiego techno.

W porównaniu do wydanego w 2014 roku "Untune" rozszerzyła wachlarz zainteresowań, wprowadzając do swoich kompozycji elementy etniczne ("Pozdro Etno!" chciałoby się rzec, parafrazując słynne powiedzenie), nadaje elementy pozornego chaosu, by ostatecznie pokazać, że kontroluje każdą milisekundę swoich numerów. Zresztą mamy do czynienia z płytą przemyślaną od początku do końca, która może nie jest łatwa, ale cierpliwość wynagradza w każdym stopniu.

Płyta roku - świat:

Dawid Bartkowski: A Tribe Called Quest - "We got it from Here... Thank You 4 Your Service"

Muszę chyba bardziej mainstreamowo pojechać, bo kto zna np. Ala Dobsona Jr.? Albo Jungle Brown? Niech będzie zatem A Tribe Called Quest ze swoim "We got it from Here... Thank You 4 Your Service". Każdy by chciał zaliczyć taki powrót jak oni. Najlepszy comeback w ostatnich latach, a konkurentami mogą być tylko D'Angelo raz My Bloody Valentine. To już o czymś świadczy. Aha, nie zapominajmy o "JEFFERY" Young Thuga, "A Seat at the Table" Solange, "Blackened Cities" Melanie De Biasio, "99,9%" Kaytranady i "We Be All Africans" Idrisa Ackamoora. Suede też było świetne.

Michał Boroń: David Bowie - "Blackstar", Nick Cave and the Bad Seeds - "Skeleton Tree", Leonard Cohen - "You Want It Darker"

Kamil Downarowicz: David Bowie - "Blackstar"

Wyjątkowo piękne pożegnanie artysty ze światem i z fanami. Bowie po raz kolejny udowodnił, że muzyka zaciera wszystkie granice, nawet te między życiem a śmiercią. "Blackstar" to zdecydowanie najjaśniejsza gwiazda na niebie roku 2016, która świecić będzie jeszcze bardzo długo.

Marcin Flint: Beyonce - "Lemonade"

Justyna Grochal: Solange - "A Seat at the Table"

Młodsza siostra Beyonce nagrała płytę spójną i mądrą, utkaną ze szczegółów i znaczeń. Świetnie brzmiąca, przemyślana i do bólu osobista opowieść o godzeniu się z życiem, rasizmie i kobiecej sile, którą można zamanifestować niekoniecznie krzycząc. Zachwycona dbałością i pieczołowitością, z jaką Solange podeszła również do całej wizualnej strony (zobaczcie teledyski oraz jej pierwsze promocyjne występy w programach rozrywkowych), ze zniecierpliwieniem wyczekuję koncertu w Polsce.

Daniel Kiełbasa: David Bowie - "Blackstar"

O tym albumie powiedziano już wszystko zarówno w Polsce, jak i za granicą. Nie jestem więc wcale oryginalny, acz przesłuchanie tego albumu w dniu, kiedy gruchnęła informacja o śmierci Bowiego, było uczuciem trudnym do opisania (to mieszanka smutku, bo Bowie zmarł, ale i szacunku i podziwu, bo jego muzyczne pożegnanie było po prostu arcydziełem). "Blackstar" można traktować też jako wyrocznie dla świata na cały 2016 rok, w którym gwiazdy filmu i muzyki umierały na niespotykaną skalę, a w wielu krajach zmiany niekoniecznie szły w dobrą stronę.

Iśka Marchwica: Beyonce - "Lemonade"

Przenikliwa poruszająca forma i świetnie wyprodukowany mocny materiał.

Anna Nicz: Solange - "A Seat at the Table", David Bowie - "Blackstar", Radiohead - "A Moon Shaped Pool"

Młodsza siostra Knowles cierpliwie czekała na swój czas. I gdy ten nadszedł, wkroczyła na scenę w sposób zdecydowany, jednocześnie z wielką klasą, zabierając głos w temacie poruszającym amerykańskie społeczeństwo, albumem wypełnionym protestem, ale też radością i wdzięcznością.

Bowie - finał tak doskonały, że niemal niewiarygodny.

Radiohead uderzyli w najwyższe emocjonalne tony, albumem dopracowanym w najmniejszym szczególe, przeszytym melancholią na wylot.

Rafał Samborski: Anderson .Paak - "Malibu"

Ten rok w czarnej muzyce należał do dwóch postaci: Andersona .Paaka i Solange. Jednak o ile krążek młodszej siostry Beyonce to w dużej mierze gra na sentymentach w wielkiej klasie, o tyle Anderson .Paak na swoim "Malibu" bierze z tradycji wszystko, co najlepsze i podlewa to sosem nowoczesności, nie uciekając jednocześnie w przypodobywanie się szerszej publiczności, czym ostatecznie zdobywa jej serca.

Dlatego też jeżeli już należy do czegoś porównywać "Malibu", to do "A Pimp To a Butterfly" Kendricka Lamara z 2015 roku. O dziwo jednak na albumie .Paaka rapowych chwytów jest stosunkowo mało - na szczęście artysta ma słuch, ma głos i niesamowitą świadomość artystyczną.

Rozczarowanie roku - Polska:

Dawid Bartkowski: Zakończenie działalności The Very Polish Cut Outs, Taco Hemingway, Tede

Kondycja polskiego mainstreamowego hip hopu z "crème de la crème" w postaci "Marmuru" Taco Hemingwaya i "Keptn'" Tedego. "Drony" Fisza i Emade też były fatalne. Litościwie nie chciałem wspominać o obecności coraz gorszej muzyki w mainstreamowych rozgłośniach radiowych, ale to było naprawdę złe.

Michał Boroń: Rok 2016 pod znakiem śmierci

Kamil Downarowicz: T.Love - "T.Love"

Rzecz absolutnie niestrawna i żenująca. Tekst do kawałka "Moi rodzice" brzmi jakby wyszedł spod ręki sześciolatka. Nie takiego Muńka znam i szanuję.

Marcin Flint: Taco Hemingway

Justyna Grochal: Występ Sii na Kraków Live Festival

Mam głębokie przeświadczenie - poparte latami obserwacji życia i działalności muzyków - że napisać w tym wypadku "koncert" po prostu nie wypada. Napisać "show" to przesada. I naprawdę nie wiem, czy większym rozczarowaniem był dla mnie sam występ (dla mnie raczej przydługi pokaz teatru tańca z odtworzoną muzyką w tle) Sii, czy późniejsze wynoszenie go na wyżyny i mianowanie spektaklem na miarę XXI wieku...

Daniel Kiełbasa: Popek, Opole i Sia

Nieustający i niesłabnący fenomen Popka i jego coraz większa obecność w mediach mainstreamowych (bo w naszym kraju jest wielu innych raperów, których można promować, a wręcz by należało), seria wpadek na Festiwalu w Opolu (który miał w tym roku pokazać nową twarz i co częściowo zrobił dzięki świetnemu koncertowi Debiutów) i fatalny koncert Sii w Krakowie to tylko kilka rzeczy na szybko wyciągniętych z mojej pamięci. Ale myślę, że było tego trochę więcej.

Iśka Marchwica: Gooral "Khabaya"

Rafał Samborski: Taco Hemingway "Marmur"

Czego by nie mówić o Taco Hemingwayu, 2015 rok w polskim rapie był jego. Można było marudzić na to mówione flow, na monotematyczność, ale linijki uczepiały się słuchacza jak rzep, a koncepty broniły się przez wrodzony dar narracji. "Marmur" miał być daniem głównym, a okazało się, że ze smakiem wspomina się wyłącznie przystawki. Powodów nie trzeba się specjalnie doszukiwać: ekspansja egocentryzmu i introspektywności Taco doprowadziła do zanikania tego, co w jego tekstach było zawsze najciekawsze - diagnozy pokolenia Y, odnajdującego się w wielkomiejskiej przestrzeni. Owszem, można "Marmur" odczytywać jako próbę odnalezienia nowej drogi we własnej twórczości, ale trudno uznać ją za w pełni udaną. Sam koncept wydaje się mniej przemyślany niż szczegółowy "Trójkąt warszawski", który trzymał w napięciu do samego końca. "Marmur" ma swoje momenty - szkoda tylko, że giną w zalewie opowieści, nieprowadzących donikąd.

Rozczarowanie roku - świat:

Dawid Bartkowski: Drake - "Views"

Oraz... cały 2016. Końcówka trochę uratowała ten rok, ale w stosunku do poprzedniego było o wiele słabiej. Ja się w nim za bardzo nie odnalazłem, zwłaszcza że moje ukochane gatunki nie dostarczały zbyt wielu wrażeń.

Kamil Downarowicz: Die Antwoord - "Mount Ninji and da Nice Time Kid"

Dwójka Drombo niby szalona jak zawsze, jednak jest to szaleństwo, które przez lata straciło na swej mocy i intensywności. No bo ileż można ukrywać swoim barwnym wizerunkiem fakt, że pomysłów na piosenki ma się bardzo mało lub wcale.

Marcin Flint: Kanye West

Daniel Kiełbasa: Brak wyróżnienia dla Kendricka Lamara

Nie mam nic do Taylor Swift i uważam, że całkiem zdolna z niej tekściarka i wokalistka, ale w tym roku nagroda za album roku w Stanach powinna bezsprzecznie trafić do Kendricka Lamara. Kolejne statuetki dla rapera w kategoriach hiphopowych były dla artysty pełną gębą, jakim niewątpliwie jest Lamar, zaledwie nagrodą pocieszenia i próbą wytłumaczenia swojego błędu. "A Pimp To a Butterfly" to album kompletny, mówiący o jednym z ważniejszych problemów Stanów, a przy okazji osiągający spory sukces komercyjny, który zachwycił krytykę i zwykłych słuchaczy. Nie wiem, czy są lepsze wyznaczniki dla płyty roku i dlaczego nimi nie posłużyli się wybierający.

Iśka Marchwica: Roxette - "Good Karma"

Rafał Samborski: The Weeknd - "Starboy"

Pamiętam, gdy jeszcze w 2011 znajomy przesłał mi "House of Balloons", otwarcie głosząc, że mamy do czynienia z odkryciem roku. I owszem: Abel wówczas zdominował rok, wraz z Frankiem Oceanem i JMSN-em dając fundamenty pod coś, co nazywamy dzisiaj nową falą r'n'b. Kilka lat później The Weeknd nagrywa album, który wydaje się bardziej nieuporządkowanym zbiorem pojedynczych kompozycji aniżeli dokładnie przemyślanym krążkiem. Trudno odmówić części kompozycji chwytliwości czy ciekawych pomysłów, ale spójności szukać tu ze świecą, a i emocjonalnie całość działa o wiele słabiej niż dawniej.

Odkrycie roku - Polska:

Kamil Downarowicz: Gang Albanii - "Ciężki gnój"

Słuchając tego albumu można mieć wątpliwości czy Popek jest gorszym muzykiem czy zawodnikiem MMA. Liczę na to, że na kolejnym wydawnictwie Gangu pojawi się gościnnie Pudzian Band.

Marcin Flint: Otsochodzi

Justyna Grochal: Kroki i Ralph Kamiński za znalezienie swojego własnego muzycznego języka

Eksploatując jeszcze wciąż sucharowo nośną nazwę grupy, napiszę, że zespół Kroki z marszu wkroczył na polski rynek i odcisnął na nim zauważalne ślady. Raptem dwa poznane utwory i kilka koncertów wystarczyły, by fani i ludzie z branży obdarzyli ich dużym kredytem zaufania, a wszystko wskazuje (debiutancka EP-ka też) na to, że Szatt, Jaq Merner i Paweł Stachowiak oddadzą nam to z nawiązką.

Ralph Kamiński ujął mnie przede wszystkim innością i wysokim stopniem intymności zawartej na jego debiutanckim albumie. Ale także tym, że nie podążając ślepo za tym, co akurat modne, znalazł własną formę przekazu, która czyni jego płytę nie tylko spójną, ale i nasączoną szczerością. Cenię go również za podjęcie ryzyka napisania i wyśpiewania tekstów po polsku. Mogło się nie udać, a mimo to daleko tej płycie do banału.

Daniel Kiełbasa: Flaszki i Szlugi, RAU i Rosalie.

Zadziorne Flaszki i Szlugi (z naciskiem na postać Króla Świata), wszechstronny RAU z jednym z najlepszych numerów tego roku ("Papierowy man") coraz lepiej odnajdująca się na polskiej scenie Rosalie. Talentów nad Wisłą nie brak. No i nie można zapomnieć o Electro-Acoustic Bass Sessions składu i ich mixtapie "Puzzle". Co prawda skład już działał od jakiegoś czasu i powoli się krystalizował, ale w końcu w tym roku koncerty z Wrocławia zmaterializowały się w jakieś wydawnictwo.

Iśka Marchwica: Dominika Barabas

Odkrycie i totalne objawienie, choć debiutantką nie jest.

Rafał Samborski: Sonar

Nie ukrywam, że projektu Sonar nieco się obawiałem, bo chociaż Rysy - poprzedni projekt głowy zespołu, Łukasza Stachurko - robiły dobre wrażenie, a U Know Me Records złych krążków zwyczajnie nie wypuszcza, problem tkwił w informacji na temat warstwy tekstowej. Tą miał bowiem zajmować się Mateusz Holak z Kumki Olik i Małych Miast. Na szczęście artysta postanowił obedrzeć swoją lirykę z post-ironii doprawionej udawanym luzem, które to cechy znaliśmy z jego ostatnich dokonań, dzięki czemu wersy wyśpiewywane przez Lenę Osińską elektryzują od początku do końca. Na "Pętlach" nowoczesna elektronika miesza się z posmakami trip hopu z lat 90., śpiew trafia niespodziewanie na rap, a wszystko jest zrobione z dbałością o każdy najmniejszy aranżacyjny szczegół.

Odkrycie roku - świat:

Dawid Bartkowski: Noname i inni

Mixtape "Telefone" chicagowskiej raperki Noname. Wspaniały album przywołujący ducha Soulquarians w swojej najznakomitszej postaci. Chciałbym przy okazji zrobić jedną małą kontrowersję, więc muszę wspomnieć o... Childishu Gambino. Tak, tak. To nie jest debiut, bo facet ma kilka dobrych płyt na koncie, ale taki eksperyment jak "Awaken, My Love!", będący jednym wielkim b-sidem Prince'a, jest u niego zupełnie czymś nowym. Sorry, musiałem o tym powiedzieć, chociażby z przymrużeniem oka, a tylko tutaj mi zostało miejsce.

Kamil Downarowicz: Sunflower Bean - "Human Ceremony"

Moc Led Zeppelin zderzona z mrocznymi pop-rockowymi melodiami à la The Cure. Młodzi Amerykanie nagrali kawał błyskotliwej, tajemniczej i uwodzicielskiej muzyki. Uwaga, można się uzależnić.

Marcin Flint: Skepta

Justyna Grochal: Anderson .Paak za nieznośną lekkość muzycznego bytu

Ten młody i bezczelnie zdolny człowiek z Kalifornii nieźle namieszał w tym roku na światowej scenie muzycznej, ale droga do miejsca, w którym w końcu odkryto jego talent, była długa i do łatwych nie należała. Porównuje się go do Kendricka Lamara i niewątpliwie coś w tym jest. Anderson .Paak to charyzmatyczny wokalista niezwykle sprawnie poruszający się po skrzyżowaniu hip hopu i neo soulu. Mam wręcz wrażenie, że muzykowanie przychodzi mu naturalnie jak oddychanie - wypełnia go i jest niezbędne, by żyć. W tym roku zachwycił mnie solową płytą "Malibu", a zachwyt ten naturalnie skłonił do dalszego szperania i odkrycia innego jego projektu - NxWorries - tworzonego razem z Knxwledge.

Daniel Kiełbasa: Chance The Rapper i Anderson .Paak

Cały front młodych i zdolnych rapero-wokalistów w Stanach, na czele Chance The Rapperem i Andersonem .Paakiem (oprócz wymienionej dwójki również duet Majid Jordan, Jazz Cartier i BJ The Chicago Kid), którzy wkrótce wywrócą scenę za Atlantykiem do góry nogami i rozepchną się między zatwardziałymi oldschoolowcami i nie mającymi nic do powiedzenia piewcami trapu na czele z Futurem.

Iśka Marchwica: Jamala

Jamala - już znana artystka, ale na Eurowizję weszła... z hukiem. I wow, wow! Jest to właściwie debiut.

Olek Mika: Bishop Briggs

Choć pokazała dopiero kilka swoich piosenek, krytycy obsypali ją komplementami, wróżąc karierę na miarę Florence Welch czy PJ Harvey. Trudno im się dziwić. Bishop głos ma nieprzeciętny, a kompozycje oryginalne. Potrafi wykonać je zjawiskowo: z porywającym zaangażowaniem i godną największych scen charyzmą.

Najlepszy festiwal/wydarzenie/koncert roku:

Michał Boroń: Black Sabbath (Tauron Arena Kraków), Glen Hansard (Rotunda, Kraków), Waglewski+ (ICE Kraków), Steven Wilson (ICE Kraków)

Dawid Bartkowski: Pożegnalny set The Very Polish Cut Outs (Warszawa), Hip-Hop Kemp (Czechy)

Było tego trochę, więc ciężko mi cokolwiek wybrać. Dobry Open'er, świetny warszawski hiphopowy Boiler Room, ale moim numerem jeden zostanie jednak... grudniowy pożegnalny set The Very Polish Cut Outs w warszawskiej Kulturalnej. Niby człowiek tańczył i bawił się świetnie, ale gdzieś tam kręciła się łezka w oku, że to już koniec. Dzięki Zambon, dzięki Kapsa, dzięki za wszystko.

Naprawdę niezły Hip-Hop Kemp - występy Andersona .Paaka, Jigmastas, DJ-a Spinny czy Jehsta zapamiętam na długo.

Kamil Downarowicz: Open'er Festival (Gdynia)

Swoim line-up'em Open'er 2016 rozgromił polską konkurencję. W 2017 roku szykuje się powtórka z rozrywki.

Justyna Grochal: Spring Break w Poznaniu

Festiwale już od dawna nie są tylko spełnianiem marzeń o usłyszeniu na żywo muzyki artystów, których śledzę, cenię i chętnie słucham. Tkwiący we mnie element muzycznego głodu poznawczego i zaufanie do nowej polskiej muzyki, a dodatkowo ciekawa formuła tej imprezy, każą mi wymienić poznański Spring Break. Można tam nie tylko posłuchać muzyki, ale i posłuchać o niej.

Daniel Kiełbasa: Massive Attack (Kraków Live Festival)

W kategorii przeżycie, którego być może już nigdy nie będą miał okazji doświadczyć, bezapelacyjnie wygrywa Massive Attack i ich dopracowany w każdym detalu koncert na Kraków Live Festival. W kategorii dobra zabawa konkurentów zmiata C2C ze swoim setem na Audioriverze i swoją mieszanką niemal każdego gatunku elektroniki.

Iśka Marchwica: Mariah Carey (Kraków)

Nikt jej nie dorówna. Zobaczyć boginię na scenie - :)

Olek Mika: Red Hot Chili Peppers (Open'er Festival, Gdynia)

Od strony artystycznej koncert nie był perfekcyjny, jednak okoliczności (odbywał się w tym samym czasie, co mecz Polski z Portugalią o półfinał Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej), a zwłaszcza postawa muzyków (zarażali energią, nawiązywali do owej sportowej potyczki - Flea sam dwukrotnie intonował hymn kibiców znad Wisły, wykrzykując słowa "Polska, biało-czerwoni. Polska, biało-czerwoni!", efektownie wykonali w hołdzie Davidowi Bowiemu jego utwór "Warszawa") podniosły go do rangi niezapomnianego wydarzania.

Anna Nicz: Devendra Banhart (OFF Festival, Katowice)

Mimo skumulowania przykrych niespodzianek, tegoroczny OFF zaliczył kilka wyjątkowych koncertów, z nastrojowym występem niepozornego Banharta na czele. Na osłodę.

Zebrał i opracował MB.

Dowiedz się więcej na temat: podsumowanie roku

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje