Reklama

"Zaczynaliśmy w piwnicach, skończyliśmy w książkach"

Gdy w 1985 roku, 13-letni Nicke Andersson z poznanymi na letnim obozie rówieśnikami Aleksem Hellidem i Leifem "Leffe" Cuznerem, zakładali pierwszy zespół o "dojrzałej" nazwie Sons Of Satan, nikt z nich w najśmielszych marzeniach nie przewidziałby, że ta kempingowa przyjaźni na zawsze odmieni świat muzyki metalowej. - Jak dziś to wspominam, aż trudno mi uwierzyć, że już w wieku 13-14 lat robiliśmy taki hałas i graliśmy to, co graliśmy - wspomina w rozmowie z Bartoszem Donarskim gitarzysta Alex Hellid, który jako jedyny z tej trójki do dziś dba w Entombed o najwyższą jakoś opatentowanego, sztokholmskiego brzmienia.

I choć przez 20 lat twórcy tak przełomowych albumów, jak "Left Hand Path", "Clandestine" czy "Wolverine Blues", nie zawsze dokładali do deathmetalowego pieca, nigdy nie doświadczyli większego ostracyzmu ze strony wiernych fanów.

Reklama

Długo oczekiwana i skandalicznie wręcz przekładana premiera płyty "Serpent Saints The Ten Amendments" (wydanej ostatecznie pod koniec czerwca 2007 roku) okazuje się być jednak wyraźnym powrotem Szwedów do konkretnego, metalowego grania, czego nie należy zresztą traktować w kategoriach takiej czy innej koniunktury. To utwory oddychające płucami samego Szatana, utwory od których moczy się spodnie...

Od kilku dni biegam, skaczę po domu, dzwonię po kumplach... Tak zadziałał na mnie "Serpent Saints". Wiadomo, żeby coś stało się klasykiem, potrzeba czasu, ale już dziś mam pewność, że będzie to jeden z najbardziej uwielbianych i najważniejszych albumów w historii Entombed. Jak wy to robicie?!

Jeśli chodzi o tę płytę, postanowiliśmy się z niczym nie spieszyć i upewnić się, że każdy, kto jest dziś w tym zespole, jest w nim na sto procent, koncentruje się tylko na nim i chce tego samego, co reszta. Wydaje mi się, że to słychać na tym albumie. Jest na nim tylko to, co ma być i chyba na tym to polega.

Gramy już 20 lat, poświeciłem temu zespołowi połowę życia i wciąż mnie to cieszy, a to zdaje się sprawa najważniejsza. Nagrywamy płyty, gramy koncerty, poznajemy ludzi - to nasza złożona recepta na długowieczność.

Premiera była przekładana bodaj dwa razy. To efekt tych wytężonych prac?

Nie, po prostu tak postanowiliśmy, nie było żadnego problemu. Na pierwszej sesji nagraliśmy około 15 utworów, z których część trafiła na EP-kę. Kiedy stało się jasne, że Peter [Stjarnvind, perkusja] odchodzi, chcieliśmy, żeby na albumie zagrał już Olle [Dahlstedt, Alpha Safari, eks-Misery Loves Co. - przyp. red.]. Dlatego w 2006 daliśmy sobie czas na wspólne napisanie i nagranie kilku nowych numerów.

Wcześniej mieliśmy już materiał na cały album i trochę głupio byłoby od razu ponownie wchodzić do studia. Poza tym graliśmy masę koncertów. Praktycznie dopiero w styczniu ruszyliśmy z kopyta, już z Olle za zestawem. Zależało nam na tym, żeby poczuł klimat Entombed i aby stał się ważnym elementem tej grupy, bo tak to teraz wygląda. Jak widzisz, było kilka kwestii.

Ogólnie mówiąc, nie chcieliśmy wydawać albumu tylko dlatego, że coś tam już mieliśmy nagrane, a po prawdzie robiliśmy tak przez kilka ostatnich płyt. Wchodziło się do studia, nagrywało i cokolwiek by to nie było, wydawało się album. Teraz byliśmy bardziej dokładni, ostrożniejsi. Sądząc po twoich reakcjach, warto było poczekać (śmiech).

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: hałas | 20 lat | rzeczy | metal | utwór | utwory | śmiech

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje