Reklama

"Przyzwyczajam się do metalowego biznesu"

- Kiedyś Vader był jak sztandar, gdzie na dobre i na złe wszyscy lojalnie i twardo wierzyli w jego moc. Nikt nie pytał o kasę, nie było setek projektów ubocznych i nikt nie przejmował się medialnością, oglądalnością i tego rodzaju biznesami - mówi w rozmowie z Bartoszem Donarskim Piort "Peter" Wiwczarek, grający na gitarze wokalista i lider Vadera, ikony polskiej muzyki metalowej.

Na wydanej w sierpniu 2011 roku dziewiątej płycie "Welcome To The Morbid Reich", zespół rodem z Olsztyna wskrzesza ducha dawnych dni, kiedy w metalu liczyła się tylko muzyka.

Reklama

"Welcome To The Morbid Reich" spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem fanów, z których część zauważa w nim dawną moc. Czy tworząc tę płytę spodziewałeś się właśnie takich reakcji? Czy już w trakcie komponowania czułeś, że ten materiał poruszy w sercach fanów tę oto czułą strunę, że tak to ujmę?

- Nagrywając każdy kolejny materiał nie mam na uwadze panujących obecnie trendów. Trudno więc mówić o jakimkolwiek "przewidywaniu reakcji". Mogę jedynie mieć nadzieję, że moje wrażenia, myśli i uczucia zawarte w dźwiękach i słowach, jak i cała moc zawarta w zespole trafią do serc fanów. Cenię reakcje naszego słuchacza ale - nie oszukujmy się - nie robimy tego by usatysfakcjonować wszystkich. Nie na tym polega działalność twórcza. Cieszą się jednak bardzo, że nowa płyta - jak to ładnie powiedziałeś - poruszyła metalowym światem. To duża motywacja.

Mimo "problemów", jakie z niektórymi płytami miała i ma część zwolenników twojego zespołu, w tym niżej podpisany, Vader do dziś wydaje się realizować swój plan, polegający m.in. na zachowaniu własnej muzycznej tożsamości. Można to uznać za swego rodzaju credo. Mam rację?

- Masz rację. Przez ponad 10 lat szukaliśmy, próbowaliśmy i testowaliśmy zespół. Kiedy około 1997 roku ustabilizował się nieco i skład i styl - pozostaliśmy wierni właśnie temu kierunkowi. "Black To The Blind" był wyznacznikiem na przyszłość i właśnie ta płyta stała się kamieniem węgielnym dzisiejszego imperium Vadera. Potem skład się zmieniał, ale styl pozostał. Chcę tworzyć w dojrzałym i sprawnym zespole. Wieczne poszukiwania i eksperymenty temu nie sprzyjają. Po prostu myśmy już znaleźli to, czego szukaliśmy.

Obrotowe drzwi składu Vadera wydają się być w ciągłym ruchu, do czego większość z nas zdążyła się już przyzwyczaić. Zastanawiam się jednak, czy przy takiej zmienności można w ogóle mówić o czymś, co Anglosasi zwykli określać jako "team spirit". A może zgodnie z powiedzeniem, że "wszyscy grają w piłkę, a wygrywają Niemcy", rola pełniona z pozycji dziel i rządź w Vaderze sprawdza się po prostu najlepiej?

- O team spirit można było mówić w czasach, kiedy zespół był jak sztandar, gdzie na dobre i na złe wszyscy lojalnie i twardo wierzyli w jego moc. Nikt nie pytał o kasę, nie było setek projektów ubocznych i nikt nie przejmował się medialnością, oglądalnością i tego rodzaju biznesami. Nikt nie lubi ciągłych rotacji składu - ja również. Ważniejsza jest dla mnie jednak lojalność i pracowitość, niż trzymanie ludzi czy uszczęśliwianie na siłę.

- Muszę przyzwyczaić się do innego świata dzisiejszego metalowego biznesu, a co za tym idzie do ludzi o innym spojrzeniu na kapelę i współpracę. Dzięki Vaderowi kilka osób mocniej zaistniało w świadku, a ja dostałem lekcję, by realniej oceniać nowych kolegów. Sam Vader - jak widzisz - ma się przez to lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej. A co przyniesie przyszłość? Zobaczymy... Ja jestem jednak pełen nadziei na stabilizację teamu na kolejne lata.

Pokusiliście się również o nową, sprinterską wręcz wersję "Decapitated Saints", która doskonale wpasowała się w cały zestaw przygotowanych na ten album utworów, potwierdzając niejako wspomnianą przeze mnie konsekwencję w podążaniu własną ścieżką oraz ponadczasowość tamtych starych numerów. Choć z samą ideą przerabiania własnych kawałków można polemizować, nowej odsłony "Decapitated Saints" warto posłuchać choćby ze względu na niewiarygodnie szybko wyrzucane tu przez ciebie słowa, co mi osobiście kojarzy się z manierą Arayi. Na "Necrolust" czy potem na "The Ultimate Incantation" nie było tego tak słychać. Jak to oceniasz?

- Nie lubię i nie będę oceniać. Ja tworzę - oceny i wrażenia pozostawiam słuchaczom. Są one tak różne jak różni są nasi fani. I bardzo dobrze, że tak jest! "Decapitated Saints" miał być w pierwszej wersji bonusem. Zaczynaliśmy sesję tym kawałkiem i efekt był tak mocny, że zdecydowałem na dołączenie go do standardowej wersji albumu. Są dziś ludzie, którzy zupełnie nie kojarzą go z pierwowzorem, co jest kolejnym argumentem za słusznością decyzji tej nowej odsłony. Bardzo szybkie partie wokalu dają wrażenie niewiarygodnego speedu. Całość jest jednak utrzymana w bardzo klasycznym dla zespołu tonie.

Poprzednią płytę produkował m.in. Tue Madsen; tym razem wszystko zostało w ojczyźnie. Tamta przygoda była jednorazowa?

- Tego nie wiem. Od kilku lat zadomowiliśmy się w studiu "Hertz", ponieważ tam najlepiej i najsprawniej się pracuje. Odcięcie od świata, możliwość skupienia się na nagraniach i brak napiętego terminami grafika to właśnie to, czego potrzeba mi najbardziej. Współpraca z braćmi Wiesławskimi jest jak wypracowany przez kilka lat system wzajemnego zrozumienia. Po co wyjeżdżać na drugi koniec świata, skoro można to zrobić na miejscu, w Polsce. W latach 80. było to nie do pomyślenia! Nikt nie potrafił dobrze nagrywać metalu w naszym kraju. Zmienił to dopiero Adaś Toczko i "Modern Sound" w Gdyni na początku lat 90.

- Druga sprawa to praca z producentem... Do tego również trzeba dojrzeć. Nie każdy artysta potrafi się godzić - a już szczególnie w Polsce - by ktoś "obcy" decydował o brzmieniu, aranżach itp. i brał jeszcze za to straszną kasę. A na tym to polega! Wiele genialnych płyt powstało właśnie tak. Dobry producent wysublimuje z kapeli to, co najlepsze. Współpraca z Tue była pierwszą produkcją tego typu z prawdziwego zdarzenia. "Welcome To The Morbid Reich" z kolei to pierwszy materiał od początku do samego końca wyprodukowany przez braci, bez mojego udziału w kształtowaniu brzmień. Jak widać / słychać była to decyzja jak najbardziej słuszna i potrzebna.

Najbliższe plany?

- Już teraz zapraszam na koncerty promujące "Welcome To The Morbid Reich" wiosną 2012 roku. Prócz praktycznie pełnej prezentacji nowego albumy będzie sporo ciekawostek z zamierzchłych eonów.

Dzięki za rozmowę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje