Reklama

Reklama

"Muzyka to nie fast food"

Wydana w 2005 roku płyta "Late Registration", druga w dorobku cenionego amerykańskiego muzyka Kanye Westa, we wszelkich rocznych podsumowaniach znajdowała się w czołówce zestawień najlepszych albumów. Pochodzący z Chicago raper i producent stał się tym samym jedną z największych gwiazd hip hopu, chociaż do głównego nurtu tego gatunku bardzo mu daleko. Bo Kanye West stawia przede wszystkim na oryginalność i poszukiwania, o co w dzisiejszych czasach nie jest łatwo. Na szczęście dla niego, album "Late Registration", promowany dwoma świetnymi singlami "Diamonds From Sierra Leone" i "Gold Digger", został doceniony nie tylko przez krytyków - kupiło już na całym świecie kilka milionów osób. Ten fakt daje wiarę w przyszłość muzyki hiphopowej, a z Westa czyni jej największą nadzieję. Kanye West opowiada o procesie powstawania "Late Registration", gościach, którzy wzięli udział w nagraniach i opinii na temat współczesnego hip hopu.

Co oznacza tytuł płyty "Late Registration" ("Spóźniona rejestracja")?

Tytuł ma nawiązywać do serii czterech albumów, które planuję wydać. Pierwszy z nich nosił tytuł "College Dropout" ("Odszczepieniec z koledżu"), drugi właśnie "Late Registration", trzeci zostanie zatytułowany "Graduation" ("Wręczenie świadectw"), a czwarty będzie nosił tytuł, który odpowiada temu, co ma się stać po zakończeniu szkoły. Czyli załapanie się do dobrej pracy. Oto całe wytłumaczenie.

Opowiedz o swoich inspiracjach.

Mam fantastyczne wspomnienia i doświadczenia życiowe z okresu po wydaniu debiutanckiej płyty "College Dropout". Ale wciąż czasami dostaję w tyłek, zaliczam wiele upadków, muszę przejść przez wiele nieprzyjemnych spraw. Jednak lubię wracać do czasów sprzed mojego sukcesu, kiedy jeszcze nie byłem "tym" Kanye Westem.

Reklama

Moją główną inspiracją są fani, ludzie. Ci, którzy "spóźnili się na rejestrację".

Jak wyglądało nagrywanie "Late Registration" od strony producenckiej?

Płyta była nagrywana prawie wszędzie. To znaczy w Los Angeles, Nowym Jorku, Atlancie, Chicago, a nawet w Pradze trochę nagrywaliśmy. Główną różnicą pomiędzy "Late Registration" a "College Dropout", i w ogóle w stosunku do innych płyt, jest osoba producenta Jona Briona. Zaprosiłem go, by współprodukował ze mną płytę. Wcześniej zajmował się Fioną Apple czy muzyką do "Magnolii". To jest muzyczny geniusz, potrafi grać na każdym instrumencie.

Dzięki niemu osiągnąłem wyższy poziom, zmuszał mnie do większego wysiłku podczas komponowania. To dziwna sytuacja, bo jestem przecież uznanym producentem, a Jon bardzo mnie chwalił. Naprawdę to doceniłem.

Czy sprawiała ci trudności równoczesna praca nad wieloma projektami?

"Late Registration" "pożyczył" trochę od "Be" Commona, ma podobną produkcję. Sposób, w jaki nagraliśmy mocne bębny, które przypominają rok 1993, twarda perkusja, sample... Wydaje mi się, że osiągnęliśmy coś oryginalnego. To znaczy to wciąż jest retro, ale to zarazem coś nowego. Styl muzyczny, który sprawia, że czujesz się dobrze.

Właściwie praca nad płytą Commona bardzo mi pomogła. Czasami przynosił jakiś fragment muzyki i krzyczałem do niego: "Hej, mam już gotowy wers!" (śmiech).

Kto jeszcze wspomagał cię przy nagrywaniu "Late Registration"?

Jest ich tak wielu, że nie sposób wspomnieć za jednym razem o wszystkich. Dlatego opowiem tylko o kilku z nich. Posłuchajcie albumu. Są na nim między innymi Adam Levine z Maroon 5, Cam'Ron, Jay-Z, Consequence, Common, Brandy, Jamie Foxx i jeszcze kilka osób.

Najważniejsze jest jednak to, że ta płyta nie brzmi jak składanka. Czuć w niej i słychać mojego ducha. A moi przyjaciele tylko mi pomogli w osiągnięciu tego efektu.

A z którym artystą chciałbyś pracować w przyszłości?

Z którym artystą chciałbym pracować w przyszłości? Człowieku, cały czas marzę o tym, by wejść do studia z Lauryn Hill.

Podczas sesji do "Late Registration" zarejestrowałeś wiele utworów, które ostatecznie nie trafiły na płytę. Czy planujesz wydać je w najbliższej przyszłości?

Tak, to prawda, nagraliśmy mnóstwo numerów. Nie zamieściłem ich na płycie nie dlatego, że nie były wystarczająco dobre. Wręcz przeciwnie, były świetne! Są tak dobre, że chcę dać sobie trochę czasu, zanim wbiję w nie swoje zęby i przygotuję ich wersje ostateczne. A to może zająć miesiące i miesiące.

Muzyka to nie bary z fast foodem. Chcę uczynić te piosenki perfekcyjnymi. Chcę by przetrwały próbę czasu.

A jakie są twoje ulubione kompozycje na "Late Registration".

Czy mam jakieś ulubione piosenki z płyty? Pewnie! Wszystkie!

To powiedz w takim razie kilka słów na temat pierwszego singla "Diamonds From Sierra Leone".

W piosence uwielbiam ten sampel [pochodzi z utworu "Diamonds Are Forever", śpiewanego przez Shirley Bassey w filmie o przygodach agenta Jamesa Bonda ? przyp. red.]. Kiedy go usłyszałem zastanowiłem się, jak to możliwe, że jeszcze nikt nie wykorzystał go na własnej płycie! Kiedy po raz pierwszy usłyszałem podkład, stwierdziłem, że to może być piosenka o narodzinach, potędze, upadku i ponownych narodzinach wytwórni Roc-A Fella [której symbolem jest diament ? przyp. red.].

Później jednak pomyślałem o innych ludziach i ich postrzeganiu diamentów. Postanowiłem opowiedzieć o diamentach z innej perspektywy i napisałem tekst o konflikcie w Sierra Leone [toczyła się tam wojna domowa o dostęp do złóż diamentów ? przyp. red.].

To opowieść o krwawych diamentach. Jest na nich krew. Mój przyjaciel Q-Tip przybliżył mi całą sytuację, rozmawialiśmy o wojnie domowej tam w Afryce. Ta wojna trwała prawie przez dziesięć lat [1991-2000 ? przyp. red.], a ludzie zabijali się o diamenty. Czarni przeciwko czarnym. Podobnie jest zresztą w Stanach Zjednoczonych. I chciałem przestrzec przed tym.

A sama piosenka i teledysk nie są atakiem na przemysł i handel diamentami. Tylko ostrzeżeniem przed konfliktem, który spowodowały klejnoty. Chciałem, żeby ludzie wiedzieli. Jak tylko o tym usłyszałem wiedziałem, że napiszę piosenkę o wojnie.

Powiedz jeszcze kilka słów na temat teledysku do tej piosenki.

Teledysk nakręcony został w Pradze. I w ten sposób spełniło się moje marzenie. Bo niektórzy ludzie nie mogą sobie pozwolić na wynajęcie samochodu, który im się podoba, czy coś w tym stylu. A mnie bardzo spodobały się posągi na Moście Karola. Krzyknąłem: "Chcę je mieć!" (śmiech). Znalazły się w teledysku obok mnie i w ten sposób, chociaż w niewielkiej części, należą do mnie (śmiech). Przynajmniej przez te cztery minuty.

Pomysł był taki, żeby pokazać w teledysku sytuację w Sierra Leone i zarazem nakręcić ujęcia z architekturą Pragi. Wydaje mi się, że udało nam się połączyć te dwie koncepcje. I uczynić to w przekonujący sposób. Mam nadzieję, że zapamiętacie ten klip na długo.

Czy naprawdę planujesz nakręcenie teledysku do każdego utworu, który znalazł się na płycie?

Tak, będzie wideoklip do każdej piosenki. Rozmawiałem o tym projekcie z wieloma uznanymi reżyserami i wszystko jest na dobrej drodze. Mam zamiar stworzyć naprawdę wyjątkowe i pamiętne klipy.

A jakie są dalsze plany wydawnicze twojej wytwórni Getting Out Our Dreams (G.O.O.D.)?

Mamy już pewne osiągnięcia. Płyty Johna Legenda ["Get Lifted" - przyp. red.] i Commona ["Be" ? przyp. red.] pokryły się Platyną. Poza tym jest jeszcze wielu mniej znanych, ale równie niesamowitych artystów, jak GLC czy Consequence. Mamy już nawet własny autobus. Jestem przekonany, że jak uderzą, to zaskoczą wszystkich.

Tak naprawdę Getting Out Our Dreams nie jest dla mnie, tylko dla fanów. Chcę im tylko pokazać muzykę, która na pewno im się spodoba. Chcę, by się nią cieszyli.

Jesteś MC, producentem, reżyserem wideoklipów i zajmujesz się jeszcze kilkoma innymi rzeczami. W której z tych ról czujesz się najlepiej?

Chyba we wszystkich. Wyobraź sobie, że jesteś reżyserem teledysku do swojej własnej piosenki. Łączysz się z tym. A niektórzy reżyserzy słuchają piosenki tylko kilkanaście razy. Niewielu z nich czyni to setki razy.

Ja natomiast wiem o piosence wszystko, bo przecież jestem jej kompozytorem. Mogę zrealizować moją wizję. Dla mnie teledyski to poruszające się obrazy, które widzisz przez cztery minuty. To nie tylko promocja piosenki i płyty. Chcę mieć coś, co zapadanie w pamięć. A realizowanie wszystkich tych aspektów w jednym to naprawdę świetna zabawa.

Jak ważna jest dla ciebie moda?

O, tym interesowałem się już od przedszkola! Zawsze chciałem mieć coś wyjątkowego i oryginalnego. A w szkole średniej mój budżet na ubrania wynosił 500 dolarów. Na cały rok! Nie miałem już połowy tej kasy po chwili, bo kupiłem za nie tylko jedną parę dżinsów (śmiech). Bo musiałem mieć właśnie te dżinsy! Tu i teraz (śmiech)!

Jaka jest twoja opinia na temat współczesnego hip hopu?

Hip hop dzisiaj jest powalający! Przecież ja też rapuję!

A co z muzyką w dzisiejszych czasach?

O całej muzyce? No cóż, jest powalająca. Ja też tworzę muzykę (śmiech).

Czego nauczyłeś się od tych wszystkich artystów, z którymi miałeś możliwość współpracować?

Dzięki temu poznałem wiele różnych tricków. Od P. Diddy'ego podpatrzyłem produkcję bębnów, od Commona sposób pisania tekstów, od Jay'a-Z wizję ostatecznej wersji utworu...

Zaczynałem jako producent i ludzie nie wiedzieli, że również rapuję. A wokół mnie pracował tak wielu niesamowitych artystów. I od nich uczyłem się umiejętności.

Teraz to samo robię z reżyserami. Oni chyba nie zdają sobie sprawy z tego, jak poważnie podchodzę do tej pracy. Mówią mi wszystko, zdradzają każdą tajemnicę (śmiech). Później to wykorzystuję.

Szczerze mówiąc nigdy nie byłem zbyt utalentowany. Jedynym moim talentem jest to, że szybko się uczę. Koncentruję się, uczę, pracuję nad czymś i stosuję nabytą wiedzę. I w ten sposób udało mi się dotrzeć aż do tego wywiadu.

Jak ważna była dla ciebie nagroda Grammy?

Możliwość przemawiania do tylu osób... Wiesz, jestem na ceremonii i jedyne, co chcę zrobić, to przemawiać do zebranych osób. Nie chcę wygrywać nagród! Chcę mieć szansę przemówić! O tym zresztą rapuję.

Dziękuję za rozmowę.

(Na podstawie materiałów promocyjnych Universal Music Polska.)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje