Reklama

"Z manifestów dawno wyrosłem"

Gusta kasztanków nie biorą się znikąd...

Reklama

Oczywiście... Jesteśmy narodem totalnie omamionym przez rozbiory i komunizm, narodem totalnie niemobilnym, ubezwłasnowolnionym. Mówię o milionach młodych ludzi, narzekających na bezrobocie, nie mających żadnego pomysłu na życie, a mających paszport w kieszeni. To wynika z głęboko zakodowanego sposobu myślenia, że coś im się należy... Długo można by o tym mówić, ale - niestety - mówi się o tym bardzo rzadko. Tworzy się natomiast tematy zastępcze, takie jak problem muzyki discopolowej. Telewizja kręciła jakieś dziwne programy, do których zapraszała muzyków discopolowych i tych, którzy grali coś innego i oni sobie tam dyskutowali. Ale to przecież nie jest problem, że ktoś sobie gra disco polo. Niech będzie Ich Troje, niech będą jakieś Krawczyki czy Maryle Rodowicz. Problem polega na tym, dlaczego tak dużo ludzi chce akurat tego typu rozrywki. No, ale to jest pytanie dość nieprzyjemne, bo następnym jest pytanie o czytelnictwo. I okazuje się, że sukcesem wydawniczym jest sześć tysięcy. Wtedy wyobrażam sobie, że trzykrotnie mniej osób kupuje moją płytę niż powieść Nabokova i jestem przerażony. Jeśli pójdzie się dalej i spojrzy na wybujałe pomysły architektoniczne i na to, jak ludzie wyposażają mieszkania itd., to mamy do czynienia z czymś niebywałym. I pal sześć, że żerują na tym stacje komercyjne. Prawdziwie przerażające jest to, że publiczne środki masowego przekazu, na które my się składamy, których obowiązkiem jest kreować gusta Polaków, pokazują koncert Tomka Stańki, jednego z największych trębaczy świata, o wpół do drugiej w nocy... No, ale dość marudzenia, bo fantastyczny efekt tego typu działania jest taki, że tworzy się jakiś bunt o podłożu estetycznym i między innymi hiphop jest formą takiego buntu.

Właśnie, mówi się, że przemysł muzyczny przechodzi ostatnio w Polsce poważny kryzys, że jakaś tam śpiewająca pani miała sprzedać 200 tysięcy płyt, a sprzedała dwa itp. itd. A ja myślę sobie, że może i dobrze się dzieje, bo wytwórnie, które nie są już w stanie zarabiać łatwej fortuny na plastikowych babeczkach wykonujących plastikową muzykę, przypominają sobie o was, o Janerce, o tym, że istnieje scena hiphopowa, jakieś alternatywne granie...

Dokładnie. Z pięć lat temu był taki sakramencki entuzjazm związany z hodowaniem młodych śpiewających dziewczynek. Większość tych płyt robił jeden producent, więc szybko zatraciłem zdolność odróżniania jednej od drugiej, ale poparte teledyskami i sensowną promocją wydawnictwa sprzedawały się w dość dużej ilości egzemplarzy. Ale rynek popowy na całym świecie jest rynkiem bardzo niestabilnym. Dzieckiem będąc, mając lat 15, ma się zupełnie inny gust, niż trzy lata wcześniej. Próby przedłużania w nieskończoność sukcesu wykonawcy, który był promowany wśród dwunastolatków, muszą się zakończyć klapą i tak też się zakończyły. Ale też były to sytuacje, na których można było szybko zarobić bardzo dużo pieniędzy... I choć takie okazje wciąż raz na jakiś czas się pojawiają, ludzie z wytwórni dostrzegają, że warto też zajmować się artystami, którzy od dziesięciu lat potrafią sprzedać te 15 czy 20 tysięcy każdej płyty. Nie są to nakłady wielkie, ale wystarczające, by firma mogła czerpać z tego jakieś profity. Ludzie konsekwentni zawsze sobie miejsce znajdą. Poza tym z fonografią nie jest jeszcze tak źle, jak z filmami...

Dowiedz się więcej na temat: kłopoty | bartek | problem | telewizja | gitara | dziki | koncerty | manifesty | szczęście | rzeczy | muzyka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje