Reklama

"Romansik na boku"

Utwór "Młynek kawowy" pod koniec 2004 roku, bez niemal żadnej promocji, nieoczekiwanie zdobył sporą popularność, krążąc po internecie. Na skutek presji słuchaczy trafił też na listę przebojów radiowej "Trójki". Przez długi czas nie było wiadomo, kto jest autorem tego nagrania. Wreszcie wyjaśniło się, że twórcą "Młynka" jest Janusz Grzywacz, lider słynnego jazzowego Laboratorium, a także ceniony twórca muzyki teatralnej, filmowej i telewizyjnej. Rok później, w połowie grudnia 2005 roku, ukazał się album "Młynek kawowy", zawierający 13 "mruczanych" nagrań Grzywacza, napisanych do tekstów Witkacego, Wiesława Dymnego i Jana Wołka. Słowa do tytułowego "Młynka" napisali Ewa Borzęcka, reżyserka pamiętnego dokumentu "Arizona", i Leszek Ciechoński. Z okazji premiery albumu, Michał Boroń spotkał się z Januszem Grzywaczem, by odkryć tajemnicę "Młynka" i porozmawiać o najbliższych planach jego twórcy.

Opowiedz historię tytułowego "Młynka". Skąd się wziął i czy za tym pomysłem stoi jakiś konkretny młynek, jako przedmiot do mielenia kawy?

Reklama

Ten młynek to totalnie abstrakcyjny sprzęt, człowiek, postać jakaś. Ja to nazywam na swoją własną potrzebę podmiotem lirycznym. Piosenka powstała jako kawałek muzyki do filmu "Pekin, Złota 83", w reżyserii Ewy Borzęckiej. Pani Ewa pewnego dnia przesłała mi ten tekst i mówi: "panie Januszu, tu taka głupawka, może by pan coś do tego wymyślił, może jakąś mruczankę, może by ktoś to zaśpiewał".

Wymyśliłem sobie, że to zaśpiewa główny bohater filmu, powiedzmy człowiek z marginesu, troszkę zapijaczony, ze złamanym nosem, bezzębny. Próbowałem się wstroić w jego klimat. Film miałem osłuchany, jego brzmienie głosu mniej więcej miałem gdzieś w uchu.

Chciałem, żeby on to zaśpiewał. Nagrałem dla niego demo, tak jak ja to widzę. On się miał po prostu tego nauczyć. Produkcja dostała ode mnie ten materiał i myślała, że to demo to gotowy produkt i wsadzili to do filmu. I tak poszło.

Dla mnie to była anegdota, kiedyś opowiedziałem ją prywatnie Arturowi Andrusowi z "Trójki". Stwierdził, że to fajna historia. "Daj mi tę piosenkę" - powiedział. Puścił ją gdzieś u siebie i zaczęła się lawina. Słuchacze zaczęli się dopytywać, co i kto to jest, zaczął się olbrzymi ruch w internecie.

Zbombardowali Marka Niedźwieckiego, by umieścił to na liście przebojów. Zadzwonił więc do mnie z pytaniem, co to jest? Więc też mu musiałem wszystko wytłumaczyć. Mówi: "Ale fajna historia, dobra wsadzamy!" Dwadzieścia parę tygodni "Młynek" na tej liście się błąkał.

Co najlepsze, "Trójka" nie grała tego poza listą i słuchacze umawiali się na różnych forach i blogach na piątek, na słuchanie tego "Młynka".

Wtedy się pojawiły pierwsze propozycje od wytwórni, które chciały coś na tym ugrać. Ja je oczywiście odrzucałem, bo nie byłem ani gotowy, ani przekonany, że będę w stanie dokooptować do tego "Młynka" coś na równie odjechanym poziomie. Można raz dostać świra, że coś człowiekowi odpali, ale nie miałem gwarancji, że mi się to przytrafi po raz drugi, czy dziesiąty, bo na płycie musi być kilkanaście tych piosenek.

Kiedy sobie przypomniałem moje piosenki do tekstów Dymnego, to mnie trochę olśniło, bo wiedziałem, że materiał na płytę jest. Siadłem do fortepianu Fendera i spróbowałem je sobie zamruczeć podobnym wokalem. Znajomi stwierdzili, że jest OK. Przełamując własny wstyd i niechęć, zarejestrowałem to bardzo szybko. W ciągu trzech tygodni nagrałem tę płytę.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Witkacy | laboratorium | śmiech | utwór | piosenki | młynek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje