Reklama

"Nie śpiewam dla wszystkich"

Glenn Hughes, Głos Rocka, to człowiek, którego fanom tej muzyki przedstawiać nie trzeba. Rewelacyjny wokalista i basista, autor wspaniałych płyt solowych i lider niedocenionej formacji Trapeze, znany jest przede wszystkim ze współpracy z takimi zespołami jak Deep Purple, Black Sabbath i wykonawcami tego formatu, co Gary Moore czy Pat Thrall. 6 czerwca Glenn Hughes, żywa legenda rocka, po raz pierwszy wystąpił w Polsce. Zagrał i zaśpiewał utwory podsumowujące niemal 30 lat jego dotychczasowej kariery. Mimo kłopotów z gardłem, znalazł przed koncertem chwilę, by porozmawiać z fanami i odpowiedzieć na kilka pytań Jarosława Szubrychta.

Twój ostatni album nosi tytuł "Return Of Crystal Karma", w skrócie "R.O.C.K.". Czy naprawdę wierzysz w powrót muzyki rockowej?

Reklama

Nie jestem pewien... Tytuł tej płyty oznacza dla mnie powrót czystości, powrót dobroci, a w bardziej osobistej interpretacji, powrót czystych myśli. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że jest to album, który napisałem właśnie dla fanów rocka. Mimo to nie uważam się za muzyka stricte rockowego, chociaż ze względu na Trapeze, Deep Purple czy Black Sabbath, etykietka rockmana przylgnęła do mnie na dobre. Tak naprawdę w zupie, którą serwuję, pływa oprócz rocka także funk, soul, jazz i pop - oto cały Glenn Hughes. Lubię się zmieniać. Nie tylko z płyty na płytę, ale nawet z dnia na dzień. Podczas tej trasy zdarza się, że jednego wieczoru gram całkiem inne utwory niż następnego. Koncert w Polsce był jednak bardzo rockowy, miał być przekrojem przez wszystkie rozdziały mojej kariery.

Jak myślisz, dlaczego twoi fani najbardziej cenią rockowego Glenna Hughesa?

Może dlatego, że widzieli mnie na festiwalu California Jam i nie mogą o tym zapomnieć... Przez wiele lat nie robiłem nic, po prostu siedziałem w domu, ale pewien wizerunek Glenna Hughesa przetrwał. David Lee Roth zobaczył nagrania z California Jam i powiedział swoim kumplom, że chce być taki, jak tamten facet. John Sykes też chciał być taki, Dave Mustaine to samo. Wielu muzyków rockowych wychowało się na mojej twórczości, a przynajmniej na moim wizerunku scenicznym z tamtego okresu. To bardzo miłe.

A jak ty wspominasz California Jam?

Cudowne chwile. W ogóle dobrze wspominam dni spędzone w Deep Purple. Szkoda, że wtedy nie kręciło się tylu teledysków, co dzisiaj, że już nigdy nie będziecie mogli zobaczyć, jak wspaniałe było Deep Purple z Coverdalem i Hughesem. To był zespół, który wciąż tchnął świeżością, tętnił życiem.

Czy żałujesz jakiegoś etapu swojej kariery? Może współpracy z Gary Moorem?

To był zespół Gary'ego i potrafiłem to uszanować. Poprosił mnie jedynie o to, bym śpiewał i grał na basie. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że Gary to naprawdę człowiek bardzo trudny we współpracy. Miałem wtedy problemy sam ze sobą, a Gary jeszcze to utrudniał. Był bardzo niemiły. Każdy, kto kiedykolwiek współpracował z nim, potwierdzi moje słowa - Gary Moore to geniusz gitary, ale niesłychanie trudny we współpracy człowiek.

import rozrywka

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Black Sabbath | moore | utwory | powrót | deep | Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje