Reklama

Recenzja The Weeknd "Beauty Behind the Madness": Zmięta pościel

Żyj szybko, pi**rz powoli. Na kolejnej płycie The Weeknd nie dowiadujemy się niczego ponad to. Ale na szczęście jest na niej też kilka niezłych melodii.

The Weeknd powinien zacząć od przewietrzenia notatek

The Weeknd drogę z muzycznego undergroundu na mainstreamowe salony przebył może dużo wolniej, niż zajmuje mu zaciągnięcie nowej kobiety do sypialni, ale i tak trzeba mu przyznać, że do pozycji gwiazdora amerykańskiego popu wywindował się stosunkowo szybko i sprawnie. Cztery lata po wydaniu ostatniego znakomitego mixtape'u "Echoes of Silence", z którym podbijał co najwyżej muzyczną blogosferę i social media, The Weeknd błyszczy dzisiaj na największych imprezach (patrz BET i Video Music Awards) i rozgaszcza się w najpopularniejszych studiach (najnowszy krążek powstawał w Conway Recording Studios, tam gdzie nagrywali m.in. Kiss, Marilyn Manson, Red Hoci i The Black Eyed Peas). Przy okazji jeszcze notując gościnne występy na rozchwytywanych składankach, z soundtrackami do "Igrzysk śmierci" i "50 twarzy Greya" włącznie.

Reklama

Pamiętając jego mixtape'owe dokonania i elektryzującą fuzję nowoczesnego r'n'b, dreampopu oraz soulu rzec by można: należało mu się. Na scenie zdominowanej przez podobnie do siebie brzmiące mainstreamowe produkcje, przestrzenne i minimalistyczne propozycje Kanadyjczyka jawiły się jako przyjemna alternatywna dla amerykańskich playlist. Sam The Weeknd miał natomiast wywierać presję na artystów pokroju Miguela, Franka Oceana czy nawet Pharrella Williamsa i motywować ich do nowych, produkcyjnych wyzwań.

Na "Beauty Behind the Madness" wysyła im zresztą kilka wyraźnych sygnałów: jeśli wydawało wam się, że na dobre zakopię się już w pościelowym i depresyjnym graniu, lepiej prędko zaktualizujcie mój status. Dowodem na to roztańczony, funkowy singel "Can't Fell My Face", nagrany na bicie od Maxa Martina i Aliego Payami - numer jeden na większości list przebojów po obu stronach Atlantyku. Albo dwa utwory wyraźnie zmontowane pod jak najszerszą widownię - "Prisoner" z Laną Del Rey i "Dark Times" z Edem Sheeranem u boku. Ciekawe są też wycieczki The Weeknd na rockową stronę mocy (jak w zamykającym album i o dziwo bardzo optymistycznym kawałku "Angel") oraz momenty, kiedy uderza w Jacksonowe klimaty ("In The Night"). Nimi gospodarz również udowadnia, że formuła, na której opierały się wchodzące w skład "The Trilogy" z 2012 roku mixtape'y, raczej już się wyczerpała i inspiracji trzeba szukać gdzie indziej.

Ale to akurat może kolejnym produkcjom The Weeknd tylko wyjść na dobre. Jasne, przyzwyczaił nas do określonej stylistyki, do tej muzycznej zmiętej pościeli, ale też na poprzednim, pierwszym wydanym w oficjalnym obiegu krążku "Kiss Land", dało się odczuć, że daleko na tej samej nucie nie zdoła dojechać. O ile jednak słyszalna w niektórych momentach stylistyczna wolta ratuje "Beauty Behind the Madness" przed przeciętnością, o tyle warstwa tekstowa płyty boleśnie ciągnie ją w dół. Erotyczny i mało ambitny bełkot to na dłuższą metę towar ciężkostrawny, dlatego właśnie od przewietrzenia notatek powinien The Weeknd zacząć w pierwszej kolejności pracę nad kolejnym albumem. Albo niech się przerzuci na instrumentale.

The Weeknd "Beauty Behind the Madness", Universal

6/10


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: The Weeknd | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje