Reklama

​Recenzja Kamp! "Dare": Nie można mieć wszystkiego

Ukłon w stronę dawnych nagrań miał być jednocześnie powrotem do wielkiej formy. Kamp! główny cel zrealizował, ale czy piosenki, które znalazły się na "Dare" mają szansę zawojować listy przebojów w rozgłośniach radiowych?

"Dare" brzmi jak zaginione dzieło, które mogłoby zostać nagrane zaraz po premierze debiutanckiego "Kamp!"

Jeszcze kilka lat temu Kamp! był uważany za jedną z największych nadziei polskiej muzyki. Wielu poszło jeszcze dalej i stwierdziło, że mogą być pierwszymi "stąd", którym naprawdę uda się "tam" - będą grali na największych festiwalach świata i zarobią miliony dolarów. Jak wyszło? Być może było jeszcze ciut za wcześnie, zabrakło dosłownie dwóch-trzech lat, ale nie oznacza to, że łódzkie trio nie zaznaczyło swojej obecności.

Reklama

Zespół zaskakiwał i próbował kombinować, ale nigdy nie udało mu się powrócić do formy, którą prezentował na przełomie dekad. Kilka singli, EP-ka "Baltimore" wydana w nowojorskim Cascine, czy w końcu drugi longplay zespołu "Orneta", to były tylko "dobre" rzeczy. Brakowało im jednak pewnej iskry i uroku, które cechowały wcześniejsze nagrania, ale na szczęście pojawiło się "Dare". Najnowszy album nie tylko przypomina stare, dobre czasy, ale również brzmi jak zaginione dzieło, które mogłoby zostać nagrane zaraz po premierze debiutanckiego "Kamp!".

Płyta zaskakuje na kilku płaszczyznach. "Dare" to nie tylko dobre granie, ale i łezka nostalgii, którą niosą "Don't Clap Hands" i prześliczne "Drunk", w którym prawdziwy popis dała Hania Raniszewska z Tęskno. Eksperymenty zeszły na dalszy plan, ponieważ Kamp! nie zdecydował się na zbędne kombinacje (chyba że pomyślimy o "Dalidzie", którą zabił auto-tune) - nawet najbardziej "przekombinowany" utwór na płycie, "Kitsune-Ken" ze swoim fantastycznymi syntezatorami, daje chwilę wytchnienia przed jedną z najlepszych piosenek w ich dorobku, czyli "Race Gyal".

Zespół zapewnił nam trzy kwadranse bardzo uniwersalnej, łatwej i przyjemnej muzyki, a jakby tego było mało, to również najbardziej przebojowej w karierze. "F.O.M.O." powinno być wyznacznikiem jakości dla wszystkich electropopowych duetów w Polsce. Popowe piosenki, jak "My Love" z fantastycznym refrenem czy zamykająca "Nanette" to piekielnie mocne hity. Kilka tanecznych utworów, z których najciekawsza jest "Mañana (Nothing is Really There)", miesza się z melancholijnym kolażem syntetycznych dźwięków. Dzięki temu "Dare" jest bardzo przyjemne w odbiorze, daje wiele radości i w przeciwieństwie do poprzedniej produkcji nie ma tutaj wypełniaczy.

Kilka lat temu zespół przecierał szlaki świetną EP-ką "Thales One" i genialnym longplayem "Kamp!". Teraz do świętego grona zespołu dołączyło "Dare" - najrówniejsza płyta w ich karierze. Wykluczając dość przeciętną "Dalidę", najnowsze dzieło powinno zadowolić każdego, a to już całkiem spory sukces. Szkoda tylko, że ciągle po angielsku, ale może następnym razem? Przecież nie można mieć wszystkiego.

Kamp! "Dare", Agora

8/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: KAMP!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje