Reklama

Karwel x Soulpete "Mad Dog": Pełna gotowość bojowa [RECENZJA]

Soulpete jest z Lublina, Karwel z Moniek, ale płytę mają jak z Ameryki. "Mad Dog" to ostro-gorzki, esencjonalnie hiphopowy traktat o dopasowaniu. Bywa ciężki, słucha się go zawsze leciutko.

Okładka płyty Karwela i Soulpete'a "Mad Dog"

Kojarzycie Tego Typa Mesa i wydawnictwo Alkopoligamia? Otóż zawsze podkreślam, że zdarzył się im jeden z najlepszych naborów w historii rapowej fonografii. Za jednym zamachem zaciągnęli Karwela, Kubę Knapa i duet Zetenwupe. Do dziś znakomicie się ogląda "Przed pierwszą płytą" z wakacji 2012 roku, długi, ponad sześciominutowy klip podzielony na trzy zmyślnie połączone części. Ile tam było świeżych styli! Wszyscy ich właściciele są na szczęście aktywni do dzisiaj.

Reklama

Bluesującą "Kuchnią Polską" Knapiwa zachwycałem się niedawno. Chłopaki z Zetenwupe - Mada i Kajtek - z powodzeniem działają w ramach kolektywu WCK. Ten pierwszy jest solowo wszędobylskim, dobrym duchem hiphopowego undergroundu. Ten drugi, w swoim czasie określony przez samego Mesa mianem połączeniem Sokoła i Fokusa, zaliczył imponujący warsztatowo rozwój. Najmniej miękko wylądował najbardziej "nowojorski" w tym towarzystwie Karwel, któremu po akcji Popkiller Młode Wilki i porządnym oficjalnym debiucie marzyła się jednak stabilniejsza pozycja. Płyta z Soulpetem, jedną z największych hiphopowych marek producenckich (patrz międzynarodowo obsadzane solówki, Bonsoul i płyty z Sariusem, Laikiem, Te-Trisem, Jeżozwierzem, a nawet Ostrym) to krok do tego, by ją w końcu ugruntować.

Karwela cenić należy za styl - w wywiadach jest raczej trusią, w nagraniach prędzej lwem, w dodatku przywódcą stada. Na zuchwałą gadkę składa mu się wisielcze poczucie humoru, zupełna nieumiejętność gryzienia się w język i brak złudzeń co do własnej roli w hiphopowym cyrku. Czasem można pomyśleć, że się żali - wolna, skromna, postawiona na małym soulowym ogniu "Szuflada" jest mową oskarżycielską z elementami aktu kapitulacji. W "Nadużyciach", na ponurym, basowym podkładzie w duchu "Mobb Deep spotyka Griseldę" przyznaje, że ta garstka leków jest mu niezbędna, "by się do końca nie rozpaść". Mocno pętlony "Zbyt normalny" na ołtarz refrenu wynosi wersy "zbyt normalny dla sk***ysynów z ulic / zbyt uliczny dla bananowców z domów, co by tego nie odczuli".

O ile cały "Mad Dog" traktuje o niedopasowaniu i każdy z rapujących (prócz gospodarza jeszcze Shellerini i Biak) mógłby podpisać się pod zdaniem "Sztukę spadania znamy wszyscy jak Bagiński" to jednak nie słychać tu rozczulania się, prędzej te rapowane we "W ch**u mam" wersy "czy ja mam gdzieś cię w dowodzie morda, żebym ciągle miał się tak przejmować?" i wiszące w powietrzu (choć niewyartykułowane) "będziecie tego żałować".

Karwel jest gościem, który nawet jak pali mu się tyłek, zdąży ci jeszcze pokazać środkowy palec.  Może i socjopatycznym, za to organicznie niezdolnym do kłamania. Nie mogę nie zacytować najbardziej zuchwałego na krążku "Powstałem z martwych": "Zawsze chciałem poznać scenę, musi pięknie być / ci wszyscy świetni raperzy, co uczyli mnie żyć / robiący takie pieniądze o których mogłem śnić / szkoda, że większość to młotki niewiedzące jak gwoździa wbić". Wuja Krzychu wyrzucający "Nie da się wytrzymać z tobą, spytaj kogokolwiek / jak cię kiedyś spotkam, to się obsrasz i sam sobie pie****niesz" do wtóru pianina, kawałka wokalu i fantastycznie niosących bębnów to punkt kulminacyjny utworu, a może nawet i płyty.

Krzysztof rapuje prosto, co też jest ciekawe, bo zwykle jak już ktoś ładuje się na bit Pete'a, to stawia sobie za cel nastawianie tych klocków rymów. Tymczasem tu rymy są oczywiste, najprostsze z możliwych, jakby od niechcenia. Ale dzięki temu jest w tym prawda, bo to co za nonszalancja, jak sylaby idą gęsiego? Przy tej ostrości linijek gęstsze, podwójne, potrójne rymowanie byłoby tylko przeszkodą. Grunt, że ten wokal żyje, odchodzi od modnego w undergroundowym rapie miarowego, nudnego jak cholera rozwalcowywania podkładów. Mistrz ceremonii dopowiada, intonuje, dorzuci na wykrzykników, nie jest na smyczy werbli. Czuć to na kilometr stylem, wolnością, Ameryką.

Bity Soulpete'a są natomiast tak rasowo hiphopowe, jak tylko być mogą. Weźmiesz na porównanie jakiegoś producenckiego czempiona z rodowodem, a Piotr i tak będzie pod tym względem oczko wyżej i wyciągnie szyję po medal. Facet musiał być w poprzednim wcieleniu muzykiem w jakimś czarnym jak myśli ministra Szumowskiego zespole grywającym po mieścinach dla afroamerykańskiej klasy pracującej z czystej pasji. To nie tylko pełne zrozumienie, ale i pełne odczucie hip hopu, procesu samplowania, tego co jest samplowane. To jak wiedzieć, że pokoju do pracy twórczej nie można przesadnie wysprzątać, bo straci całą duszę. Pete nie nudzi, potrafi wyciągnąć lodowate bity z prosto z prosektorium, a przy tym ciepło zilustrować "Najmłodszego brata", sielski obrazek prosto z albumu rodzinnego. Próbka wokalna burzy trochę ład, jest tą chmurką na niebie, przy czym i tak jest pogodnie. Bardziej dajmy na to Emapea niż Piotr groźny, niszczyciel, piewca "Deathroit"

Takiego wydawnictwa jak epka "Mad Dog" brakowało mi od czasu, kiedy to funkmaster Metro ogłosił pełną gotowość bojową, nagrywając z gościem z Afrontu i gościem z Mamy Selity projekt Polskie Karate (2013). Chciałoby się, żeby Karwel nagrał coś dłuższego, zresztą podobno to robi; żeby wraz z ekipą podobnych mu kowbojów mikrofonu ograbił rapowy dyliżans i wstrzelił się z koncertami w festiwale. Po hip hopie słodko-kwaśnym czas na taki gorzko-ostry, bez wstydu i cenzury.

Karwel x Soulpete "Mad Dog", SoRawRecords

8/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Karwel | Soulpete

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje