Reklama

Pol'and'Rock Festival 2021

Reklama

Pol'and'Rock Festival 2021: trzy osoby z pozytywnym testem na COVID-19. "Przyjęły to spokojnie"

Tegoroczna edycja Pol'and'Rock Festival z powodu pandemii odbyła się na wyjątkowych zasadach. Każda osoba, która uczestniczyła w imprezie, musiała przejść test na koronawirusa. Zdiagnozowano trzy pozytywne wyniki na około 25 tysięcy przebadanych osób.

W tym roku odbyła się 27. edycja Pol'and'Rock Festival

Impreza odbyła się po raz pierwszy na terenie byłego lotniska Makowice - Płoty (woj. zachodniopomorskie). W 2020 r. z powodu pandemii koronawirusa imprezę zorganizowano w podwarszawskim studiu telewizyjnym pod szyldem Najpiękniejsza Domówka Świata.

W tym roku po raz pierwszy zostały wprowadzone płatne wejściówki, z których środki przeznaczone zostaną na zabezpieczenie w związku z koronawirusem (testy, maseczki, płyny do dezynfekcji).

Przed wejściem na teren imprezy każdy uczestnik musiał przejść test na koronawirusa. Testowani byli także wszyscy artyści występujący na wydarzeniu, cała jego obsługa i wolontariusze. Wynik negatywny potwierdzały specjalne opaski. Co istotne, przeprowadzanie testowania wszystkich uczestników to decyzja samych miłośników Pol'and'Rock Festival, wyrażona w specjalnym głosowaniu w internecie.

Reklama

Jak ujawniono, troje spośród testowanych otrzymało wyniki pozytywne. Następnie testy zostały powtórzone, a po drugim pozytywnym wyniku, wszyscy troje zostali poddani testowi PCR. Niestety niedoszli uczestnicy musieli wrócić do domów.

"Wiemy, że te osoby dojechały do domu, że przyjęły to spokojnie" - przekazał Jurek Owsiak. "To pokazuje, że wszystkie testy, które przeprowadziliśmy miały ogromny sens" - dodał.

Wcześniej wielokrotnie podkreślał, że uczestnicy zgodzili się na takie zasady, a nazywanie tego "apartheidem" jest krzywdzące. "To jest wybór każdego z nas: jeśli biorę udział w festiwalu, to przyjmuję jego warunki. Każdy festiwal, nawet przed covidem miał regulamin, który trzeba było przyjąć. Przyjmujemy, że na czerwonym świetle nie przechodzimy przez ulicę, bo możemy wpaść pod samochód. Tak samo jest z naszym festiwalem. Powiedzieliśmy, jakie są warunki, ale nie spodziewaliśmy się, że część ludzi poleci takim hejtem w naszą stronę, bezsensownym. Ten czas pokazał, że to my mamy rację. Że to nie było żadnym problemem dla ludzi, którzy tu przyjechali.

Ci, którzy nam zaufali, nie próbowali nazywać tego apartheidem. Będę mówił o tym wielokrotnie, bo to najbardziej bolesne słowa, które wyszły ze środowiska rockowego. I najbardziej idiotyczne. Bo nam bardzo zależy, żeby branża pracowała, żeby muzycy grali. Zespoły, które tu przyjechały przebierały nogami, że nareszcie mogą zagrać (...). To słowo jest dla mnie złe, agresywne i w ten sposób wypowiedziane, otworzyło też niestety ogromny wodospad hejtu" - mówił.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje