Reklama

Audioriver 2011

Audioriver: Mniej zróżnicowania, więcej napiętych karków

Audioriver mieni się "festiwalem świata niezależnego". Jeszcze trochę i będzie musiał zmienić nazwę na "hermetyczny festiwal elektroniczny". W tym roku było nieźle, choć za dużo powtórek, za mało repertuarowych urozmaiceń i prawdziwego grania na żywo bardzo rzucało się w uszy. W przyszłym roku malownicze, świetne do nagłośnienia miejsce i dobra opinia mogą nie wystarczyć.

Festiwal na dobre rozpoczął się wraz z występem Trentemollera. Wówczas dotarli już ci, którzy do Płocka wybrali się po piątkowej pracy, a zajęci bieganiem między scenami ludzie przystanęli na chwilę zobaczyć artystę przedstawianego jako jedna z głównych gwiazd imprezy.

Rzeź i wyobraźnia

Reklama

Trzeba przyznać, że Duńczyk wystąpił z rozmachem, jakiego było szukać u innych. Dopisek "live" nie był w tym wypadku pozbawionym znaczenia słowem. Obyło się niestety bez znanego chociażby z Roskilde show wizualnego, ale było przynajmniej na czym ucho zawiesić. W arsenale instrumentów znalazły się m.in. gitary, harmonijka czy cymbałki, na podorędziu zawsze była dobra wokalistka. Szkoda tylko, że tak dużą część koncertu przeznaczono na brzmienie neurotyczne, psychodeliczne i przygnębiające. Biorąc pod uwagę to, jakim materiałem jest zeszłoroczne "Into The Great Wide Yonder" taki rozwój sytuacji był do przewidzenia, niemniej słuchacze, wciąż poirytowani ściskiem i zamieszaniem przed wąskim wejściem, oczekiwali chyba nieco innej wibracji. Dlatego aplauz był tym większy, im mocniej, bardziej miarowo bił bit. Za najlepszy fragment uznać "Silver Surfer, Ghost Rider Go!!!" z obłędnymi surfowymi gitarami i wyklaskiwanym rytmem.

Energia skoczyła wraz z wejściem na scenę Vitalica. Wkroczył wśród monumentalnych dźwięków i ferii świateł. Odnalazł się w electro-house'owych klimatach co biorąc pod uwagę jego dokonania specjalnie nie dziwi, ale umiał też zgrabnie przeskoczyć do marszowego techno. Bez gitar, stroboskopów i skóry nie ma zabawy - głosiła jedna z jego wizualizacji.

Chris Liebing jeszcze podkręcił tempo, serwując rzeźniczy, techniczny niemiecki sound z basem odczuwalnym głęboko w układzie pokarmowym. Tu zdania były podzielone. "Jaaaaaaazda!!" pokrzykiwała co rusz podskakująca obok, zachwycona dziewczyna, zaś jej chłopak mruczał z uznaniem: "O mało nie rozpier***ił głośników". "Czy on w ogóle zmienia ten bit?" - pytali ludzie za mną. Hipnotycznie falujące pod sceną tłumy jasno pokazywały, która z postaw dominowała. W wielu rozmowach Liebing wymieniany był jako najlepszy - jeśli nie na całym Audioriver, to podczas pierwszego dnia.

Już w piątek było wiadomo, że warto porzucić czasem główną scenę. Choć po to żeby się wyskakać i dobrze wypocić przy drum'n'bassie. W Hybrid Tent szalejący za deckami DJ Marky miłośników połamanych rytmów doprowadził do wrzenia - można było mieć wrażenie, że udało by mu się to bez pomocy Stamina MC, który pałętał się nieoświetlony z przodu sceny na tle militarno-kreskówkowych wizualizacji.

Circus Tent przyciągnął repertuarem z nieco większą wyobraźnią. Po Brandt Brauer Frick można akurat było spodziewać się akustycznych akcentów i innowacji. Za to Seth Troxler wyszedł poza umiłowane detroit techno, dochodząc do miłej dla ucha, bardziej poszukującej, mało drastycznej elektroniki.

Królami namiotu i tak zostali Modelektor - od dancehalli i tropikalnych rytmów prowadzili, do dubstepowych wobbli, ale też melodii na które zebrani reagowali podnoszeniem w górę zapalniczek. Była w tym występie wyobraźnia, był znakomity kontakt z publicznością i znane już Płocczanom, niemieckie duo z pewnością zostanie w pamięci jako te, do którego chciałoby się wrócić jeszcze raz.

Adrenalina - kto da więcej?

Sobota to przede wszystkim dwóch gigantów techno, czyli Paul Kalkbrenner oraz Sven Väth. Żeby nie trzymać w niepewności - Kalkbrenner nie zawiódł. Początek i koniec seta ucieszył fanów jego późnej twórczości. W tym, co rozpięte między znakomitym "Jestrüpp" a równie dobrym, wokalnym "Sky and Sand" coś dla siebie mogły znaleźć z kolei osoby, które "Gigahertz" czy "Keule" stawiają ponad ścieżkę dźwiękową "Berlin Calling". Niemiec imponował ogromnym wyczuciem przy stopniowym rozbudowywaniu utworów. Niezależnie od tego czy bawił się parafrazą "Praise You" Fatboy Slima, czy urozmaicał bit etnicznymi akcentami, spotykał się z w pełni zasłużonym, pozytywnym odzewem. Dał występ w pełni relaksujący, idealny do słuchania z zamkniętymi oczami i uśmiechem na ustach. Swoją drogą czasem lepiej było zamknąć oczy po to by nie wiedzieć ledwo ciepłych, rozbudowanych panów bez koszulek bujających się niczym gumbasy z filmu "Super Mario Bros".

Co do Vätha, to ten pozostawił z mieszanymi uczuciami. Niby 30 udanych lat na scenie powinno ucinać wszelkie dyskusje na jego temat, niemniej weteran rozkręcał się nader wolno. Trzeba było sporo cierpliwości, by rozsmakować się w tym co kryje się za głuchymi uderzeniami stopy i basu. Osoby, które przyszły odhaczyć obecność na występie legendy i usłyszeć pamiętną "L'Esperanza" odchodziły po trzech utworach.

Na dłużej udawało się przykuć uwagę artystom z The Quemists. I nic dziwnego, bo agresywniej o nią zabiegali. Najlepiej sprawdził się doprawiony szczyptą Jamajki "Dem Na Like Me" oraz riffowane hardrockowo, przecinane syrenami "Your Revolution". Wściekły punk'n'bass zyskał spory, do tego natychmiastowy odzew. "Wyglądacie kur**sko pięknie!" - krzyczał wokalista do klaszczącego audytorium. I można by mu odpowiedzieć "Wy też prezentowalibyście się świetne, gdyby nie The Prodigy i Pendulum z jednej strony, a Hadouken czy The Whip z drugiej. Gdzieś to już słyszeliśmy!".

Jeżeli chodzi o adrenalinę i granie pod napięciem, to bezkonkurencyjny okazał się Modestep. Niby recepta wydaje się prosta: ładny popowy wokal prowadzi radiowe kawałki do kulminacji z morderczymi dubstepowymi wobble'ami, uzupełnionymi dodatkowo ostrymi wejściami gitary. Ale po pierwsze czuć było, że mamy do czynienia z artystami głodnymi, a po drugie, mieszanka tego, co autorskie z coverami okazała się być wymierzona niemal idealnie. "Out Of Space" w konwencji "nu rave spotyka 8-bit" i zwieńczony piekielny drum'n'bassem "Bitter Sweet Symphony" brzmiał tak samo potężnie jak własne "Feel Good" bądź szczególnie udane "Sunlight".

Technoriver?

Trudno na Audioriver zbytnio narzekać. W każdym, nawet nie wymienionym wcześniej występie był magnetyzujący moment, np. wtedy gdy Reso odarł z popu singel Chase & Status, Pretty Lights fantastycznie podbił na finał "All Of The Lights" Kanye Westa, a Nu:Tone z Natalie Willams nakłonili publikę do śpiewania refrenu "System". Tyle, że chciałoby się gigów zdolnych elektryzować przez dłużej niż moment, artystów dobranych bardziej uniwersalnie i show opartych na czymś więcej niż widziany w oddali facet bujający się za laptopem (zwłaszcza na głównej scenie!).

Impreza powinna się rozwijać, tymczasem w porównaniu do edycji, kiedy to grali UNKLE, Roni Size z ekipą, a drumowe rytmy bił na perkusji człowiek z krwi i kości, nie komputer, wydaje się artystycznym krokiem w tył. Płocka plaża zdecydowanie za bardzo przypominała w tym roku berlińskie kluby, a zwyczajowo kolorowa, festiwalowa brać - towarzystwo wycierające dresami siedzenia w stuningowanych Golfach.

Marcin Flint (współpraca: Tomek Ptak), Płock

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: na żywo | Audioriver | Płock | Sven Vath