Reklama

Komu jest potrzebny "The Voice Of Poland"?

Czy następny telewizyjny konkurs talentów muzycznych ma rację bytu w rzeczywistości, kiedy to odbiornik TV na każdym większym kanale pokazuje nam coraz to kolejne stoły jurorskie i anonimowe twarze potulnie oczekujące na werdykt?

Koncept programu "The Voice" miał kusić odmiennością i obiektywnością, bo przecież w tym programie miał się liczyć tylko głos. Jurorzy, a raczej jak życzy sobie tego telewizja, "trenerzy" (czy też "treserzy", jak cynicznie zauważyła niepokorna uczestniczka Ola Galewska), mieli wyselekcjonować najlepsze głosy, nie widząc ich posiadaczy. O ile na początku ta koncepcja zdawała egzamin z oczywistych powodów - siedzący na obrotowych tronach oceniający byli odwróceni tyłem do wykonawców i fizycznie nie mogli ich zobaczyć - to już w końcowym etapie "The Voice Of Poland" doszło do kompletnego wykoślawienia szczytnej idei obiektywizmu na rzecz bezwstydnego momentami ferowania faworytów w zespołach przez nauczycieli (wyjątkiem okazał się Andrzej Piaseczny).

Reklama

Uczestnicy natomiast okazali się być w przeważającej większości zawodowcami, co - pod względem poziomu muzycznego - wywindowało show TVP2 ponad inne telewizyjne konkursy talentów. W "The Voice Of Poland" nawet genialni amatorzy mieli ograniczone szanse przebić się przez etap przesłuchań w ciemno. Etap - podkreślmy - najbardziej oryginalny i emocjonujący w całym programie.

Cała reszta to już klasyka gatunku: wprowadzanie uczestnika poprzez zaprezentowanie historii - najchętniej wzruszającej i smutnej - jego życia. Budowanie napięcia poprzez sprawdzone telewizyjne patenty. Wykonania piosenek, które średnio obyty fan muzyki słyszał w swoim życiu co najmniej kilkaset razy. Przeżywanie występu wraz z bliskimi uczestnika, których prowadzący Hubert Urbański czasami musiał profesjonalnie bodźcować do żywszej reakcji i na siłę budować napięcie.

Wreszcie, silenie się jurorów na oryginalne wypowiedzi, profesjonalne oceny i kategoryczne werdykty, w "The Voice Of Poland" nakierunkowane na "pozytywny przekaz" (w przeciwieństwie do np. "Mam talent" zakazane są zbyt surowe opinie, nie mówiąc już o złośliwościach czy obrażaniu). A i tak, pomimo dodatniego nacechowania show, nie obyło się bez kilku nieprzyjemnych, wręcz nietelewizyjnych zgrzytów (najmocniejszy przykład to żenująca wymiana zdań pomiędzy Mateuszem Krautwurstem i Anią Dąbrowską z pamiętnym rzuconym w stronę wokalistki tekstem: "Masz ze mną prywatny problem").


Jeżeli jesteśmy już przy jurorach, to nie możemy ich nie ocenić. Wiadomo, najgłośniej było o Adamie "Nergalu" Darskim, który znakomicie sprawdził się w roli tego "niebezpiecznego" i "nieposkromionego" elementu programu. Lider Behemoth to bardzo inteligentny facet, który doskonale wiedział, na ile sobie może pozwolić przed kamerami i w jakich porcjach dawkować słowne prowokacje. I nie przekroczył tej cienkiej granicy ani o milimetr, jednocześnie dostarczając telewidzom poczucia obcowania ze skandalem (chociaż do takowego - nawet w odcinkach na żywo - nie doszło).

Trudno sobie teraz wyobrazić "The Voice Of Poland" bez Nergala. Ciekawe, co szefostwo TVP z tym fantem zrobi i czy rzeczywiście "juror-satanista" został już podkupiony przez konkurencję?

O Andrzeju Piasecznym nawet w niewielkim stopniu nie było tak głośno, jak o Nergalu, ale to właśnie popularny Piasek okazał się być znakomitym, ale zarazem surowym trenerem, i dostarczającym emocji, ale też najbardziej wyważonym jurorem. Wydaje się, że Ania Dąbrowska i Kayah najbladziej wypadły w rankingu nauczycieli "The Voice Of Poland". Złośliwi mogliby powiedzieć, że pierwszą zapamiętamy za faworyzowanie Mateusza Krautwursta, a drugą za sprzeczkę z nim i konflikt z charyzmatyczną Olą Galewską. Taka ocena byłaby oczywiście niesprawiedliwa, ale jednocześnie z ręką na sercu trudno piosenkarki pochwalić czy to za selekcję uczestników (choć drużyna Ani Dąbrowskiej wydawała się być nawet mocniejsza od teamu Nergala) czy wyszukane opinie.


Pomiędzy jurorami zabrakło niestety konfrontacji i rywalizacji, która na pewno dodałaby smaczku i ostrości "The Voice Of Poland". Bo trudno za walkę jurorów uznać wzajemne docinki - swoją drogą momentami zabawne - Piaska i "Nergusia". W tym aspekcie szanowne Panie Jurorki zupełnie się nie wykazały. Nie wiadomo, czy taki był pomysł Kayah i Ania Dąbrowskiej czy może artystkom zabrakło brawury i dowcipu, by przygasić błyskotliwych momentami panów Piasecznego i Darskiego. A przecież nikt chyba nie wątpi, że popularność jurora przydawała blasku jego podopiecznym, co najlepiej pokazał finał programu i kolejność wyeliminowania uczestników.

Wiadomo już, że program pod względem oglądalności (średnio 2,3 mln widzów) zdecydowanie przegrał i z "Mam talent" (o 2 mln widzów), i z "Must Be The Music. Tylko muzyka" (o 1 mln widzów). Jednocześnie "The Voice Of Poland" wygenerował najmniejsze zyski z reklam ze wspomnianej trójki konkursów talentów. Jak podaje serwis "Press", wyniosły one 27,1 mln zł. Dla porównania TVN przy "Mam talent" zebrał z reklam 75,8 mln zł, a przy "Tańcu z gwiazdami" - 56,8 mln zł, natomiast Polsat przy show "Tylko muzyka" - 39,2 mln zł (wszystkie dane o wpływach cennikowe, bez rabatów). A jak wiemy, nawet telewizja pieniądze liczyć musi, co może postawić pod znakiem zapytania przyszłość show.


Wreszcie, co z misją wylansowania nowej twarzy (a raczej głosu) na polskiej scenie? Na prawdziwą ocenę efektu "The Voice Of Poland" poczekać będziemy musieli kilka lub kilkanaście miesięcy. Wtedy to obiektywnie będzie można stwierdzić, czy zwycięzca programu Damian Ukeje, finaliści Mateusz Krautwurst, Piotr Niesłuchowski i Antek Smykiewicz, oraz ci bardziej wyróżniający się uczestnicy show (np. Monika Ulrik, Ola Galewska czy Kaja Domińska), przebili się swoimi osobowościami do polskiego show-biznesu. W tym czasie będziemy się mogli również zastanowić, czy super profesjonalni, szkoleni wokaliści, a tacy w dużej części pojawili się w "The Voice Of Poland", są potrzebni w telewizyjnych konkursach talentów?

Jak na razie mamy do czynienia z kolejnym sztampowym produktem promowanym następną szczytną ideą. Czyli nic nowego w panującej kulturze telewizyjnych reality-show. Poza tymi kilkudziesięcioma sekundami, kiedy to uczestnik programu występuje odcięty od czujnego wzroku jurora, a telewidz może zobaczyć emocje i ciekawość gwiazd zasiadających w odwróconych fotelach.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje