Reklama

Atrakcje Brutal Assault

W sobotę pierwszym zespołem naprawdę dużego formatu był kanadyjski Kataklysm. Skupili się na najnowszej płycie "Prevail", ale nie zapomnieli o starszych utworach. W ekstremalnym, technicznym i szybkim graniu są ścisłą czołówką.

Reklama

Najdziwniejszym wydarzeniem festiwalu Brutal Assault był bez dwóch zdań spektakl przygotowany przez Francuzów z Sebkha Chott. Poczynając od muzyki a kończąc na strojach i choreografii, można powiedzieć, że ich dźwięki mocno wykraczały poza ramy przyjęte przez ortodoksyjnych metalowców. Z drugiej strony jednak ich koncert wzbudził duże zainteresowanie, a także poprawił humor widzom.

Gdy na scenę wkroczył głośno wywoływany zespół Sodom zaczął się wielki finisz festiwalu. Niemcy postawili na sprawdzony materiał. Refreny śpiewano po ostatnie rzędy i w opinii wielu na pewno pozostaną jednym z najlepszych zespołów tej edycji brutalnego maratonu. Zbyt wielu dobrych słów z kolei nie można powiedzieć o koncercie Arch Enemy, głównie ze względu na mało czytelne brzmienie, niedopuszczalne przy takiej muzyce.

Agnostic Front, legenda NY hardcore, zawładnęła sceną, dosłownie. Fani chcący uwiecznić muzyków na zdjęciu musieli się nieźle napocić, ponieważ był to chyba najbardziej dynamiczny scenicznie rozdział imprezy. Kolejna godzina należała do Paradise Lost, więc zrobiło się nieco spokojniej, ale była to jakby cisza przed burzą. Z zapartym tchem oczekiwano występu "Padliny".

Carcass, reaktywowana legenda grindcore i death metalu przykuła uwagę aż do północy prezentując się w niesamowitej formie i ta atmosfera udzieliła się zebranym. Świetny kontakt z publiką, wymarzone wręcz utwory, niesamowity feeling - Carcass pozostanie długo w pamięci.

Warto też nadmienić, że na scenie pojawił się Ken Owen - oryginalny perkusista zespołu, który kilka lat temu doznał wylewu krwi do mózgu. Zespołowi, jak i jemu publika zgotowała wspaniałą owację.

Pięć minut przed północą rozbrzmiała muzyka Amerykanów z Six Feet Under. Jeden z najsławniejszych wokalistów death metalu wraz z nie mniej znanymi kolegami to od wielu lat mocna nazwa i prawie zawsze świetny koncert. Tak było i tym razem, a fani, szczególnie wczesnej twórczości grupy, mogli w zadowoleniu udać się na spoczynek. Kto jednak został na terenie, mógł na sam koniec posłuchać niezwykle ciężkiego, doomowego Esoteric, a potem już naprawdę Brutal Assault 2008 dobiegło końca.

Według niepotwierdzonych informacji, na terenie festiwalu pojawiło się ok. 15 tys. osób, co daje wynik dwa razy większy niż dwa lata temu i o połowę więcej niż w roku ubiegłym. O popularności Brutal Assault, także wśród Polaków, decyduje zapewne dogodne i ciekawe miejsce festiwalu, dobra organizacja (dwie sceny - niemal brak przerw między koncertami) i coraz lepszy zestaw kapel. Brutal Assault nie jest może jeszcze czeskim Wacken, ale wrażenia pozostawia na pewno nie gorsze.

Maciej Mińczykowski, Jaromer, Czechy

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: występ | atrakcje | koncert

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje