Reklama

Sex Pistols: Brudni, źli, wściekli i z próchnicą. Najważniejsza płyta w historii rocka?

Sex Pistols wydało jedynie jeden album. Mimo wszystko stali się legendami punk rocka /Richard E. Aaron/Redferns /Getty Images

Równo 45 lat temu, 28 października 1977 roku, premierę miała najważniejsza płyta w historii punk rocka i jedna z najważniejszych w dziejach muzyki - "Never Mind the Bollocks" grupy Sex Pistols. Od tego dnia muzyka zmieniła się na zawsze, a Pistols zyskali tysiące naśladowców.

Punk rock to muzyka buntu, dlatego nie ma się co dziwić, że w punk rocku wszystko było i jest na odwrót. Pierwszą i jedyną płytę najważniejszy zespół tego ruchu, Sex Pistols wydał właściwie na koniec działalności. Album "Never Mind the Bollocks" rozszedł się w 125 tysiącach w pierwszym tygodniu sprzedaży, szybko osiągnął platynowy status, ale krytycy byli zawiedzeni tylko 34-minutowym materiałem, stanowiącym zestaw wcześniej znanych singli. To było coś w rodzaju greatest hits co nie zmienia faktu, że mimo upływu półwiecza słucha się tej płyty z otwartą buzią i ma się ochotę coś rozwalić.

Reklama

Co do tego, czy wydanie płyty było początkiem legendy tego zespołu, czy jej końcem, zdania są podzielone. Są tacy, którzy mówią, że muzyka ("Jaka muzyka? Przecież oni nie potrafili nastroić instrumentów, nie mówiąc o graniu!" - zapytają inni) przestała się liczyć, gdy punk wszedł na scenę polityczną i stał się zjawiskiem społecznym, że wówczas umarł, chociaż przecież do dziś punkowcy z brzuchami czy bez, ale z obowiązkowymi irokezami wykrzykują butnie: punk's not dead!

Punk rock jest jak dzika rzeka - bez początku i końca, której nurt trudno uchwycić, a jeszcze trudniej wyznaczyć źródło. Czy punk rockiem był sklep z freakowymi ubraniami, w którym na King's Road w dzielnicy Chelsea przesiadywały na początku lat 70. XX wieku różne dziwolągi i wyrzutki społeczne? Ten przybytek, który zmieniał nazwę częściej niż asortyment (stanęło na SEX - dlatego Sex Pistols), prowadzili wspólnie: znana do dziś projektantka mody Vivienne Westwood i Malcolm McLaren, późniejszy menedżer Sex Pistols czy też, jak mawiało się kiedyś, impresario.

Gdy narodził się punk

Punk to zjawisko znacznie wykraczające poza muzykę. Mimo, że punk wybuchł w stolicy Wielkiej Brytanii to tak naprawdę narodził się za wielką wodą w postaci zespołów The Ramones czy wcześniej New York Dolls. McLaren krążył wówczas między nowojorskim Manhattanem i Londynem. I tam doznał olśnienia, które przewiózł przez Atlantyk.

Czy aby na pewno? Czy może to jedna z wielu manipulacji McLarena, do którego jak ulał pasuje słowo hochsztapler. Istnieje wersja zdarzeń, która mówi, że wymyślił zespół po to, by sprzedać w swoim sklepie więcej par skórzanych spodni. Bohaterowie i kronikarze tamtych czasów są zmęczeni, poza tym jedną z dewiz punka jest nie odmawianie pacierza i używek, dlatego dym marihuany zaciera wspomnienia i spłaszcza czas, sprawiając, że staje się kulą. W Polsce nieodłącznym atrybutem punkowca stało się wino marki "wino", aż szkoda że wtedy istniała żelazna kurtyna - producenci jaboli mogliby w Brixton i Camden zrobić interes życia i utarg wszech czasów. 

Przyjmuje się, że punkowy granat wybuchł w Londynie. W USA jednak sytuacja gospodarcza była o niebo lepsza, młodzież nie miała aż tak wielkiej motywacji do buntu.

Jeszcze przed erą punk rocka, punk oznaczał śmiecia. Po jej rozpoczęciu właściwie też. Punk to społeczny wyrzutek, ktoś spoza systemu, kto jednocześnie chce go zniszczyć. Punk był reakcją na beznadzieję połowy lat 70. w Wielkiej Brytanii, gdy wydawało się, że ludzie dzielą się na bezrobotnych i strajkujących.  Dziś możemy się z tego śmiać, ale wówczas wykrzyczane z nienawiścią słowa "I am an anti-Christ" i "Destroy!" oraz o faszystowskim reżimie królowej w obrazoburczym hymnie punka "God Save The Queen" miały siłę rażenia bomby atomowej.

Nie ma nic bardziej brytyjskiego od monarchii, którą uosabiała zmarła niedawno królowa Elżbieta II. Tak samo do cna brytyjski jest bunt przeciw establishmentowi i szyderczy humor reprezentowany przez "Latający Cyrk Monthy Pythona". Czy tego chcą czy nie, Sex Pistols i punk rock weszły do kanonu brytyjskości jak białe klify w Dover, Big Ben, herbatka (z mlekiem?) o punktualnie o godzinie 17 i futbolowe mecze o 15, po sobotniej szychcie w fabryce. Przecież bijatyki na stadionach to jakby punkowy taniec (anty taniec?) "pogo".

Punkowe wydarzenia nabrały tempa w sierpniu 1975 r., gdy w sklepie na King's Road pojawił się gość z włosami pofarbowanymi na zielono (!), w podziurawionej agrafkami koszulce Pink Floyd, z dopiskiem "I hate", czyli "nienawidzę". Mimo, że oba ruchy mają lewicowe konotacje, nie da się ukryć, że punk z ciężkimi skórami, ćwiekami i łańcuchami był antytezą i zaprzeczeniem zwiewnych sukienek i kwiatów we włosach noszonych przez hipisów. Hipisi chcieli wszystkich kochać, a punkowcy wszystkich nienawidzić.

"Żeby coś zbudować, najpierw trzeba wszystko zniszczyć" - mawiał McLaren.

"Never Mind The Bollocks": Najważniejsza płyta punk rocka czy największy szwindel?

Chodząca nienawiścią z zielonymi włosami był John Lydon, który przyjął przydomek, a właściwie został ochrzczony jako "Rotten" czyli "Zgniły", z powodu braków w uzębieniu i zaawansowanej próchnicy. Jedna z legend głosi, że wokalistą pierwotnie miał być zmarły później po przedawkowaniu heroiny Sid Vicious, który w Sex Pistols próbował (z marnym efektem) grać na gitarze basowej - naprawdę Sid nazywał się John Beverley, ale McLarenowi pomylili się Johnowie i w efekcie to "Zgniłek" został wokalem.

Płyta "Never Mind the Bollocks" była na koniec, wcześniej były single. Wtedy tak słuchano muzyki - "Pretty Vacant", "Anarchy in the UK" czy wspomniane "God Save the Queen", z którego premierą Sex Pistols czekali na srebrne gody królowej latem 1977 r., by jak najbardziej zakłócić huczne obchody jubileuszu 25-lecia wstąpienia na tron Elżbiety II.

Do legendy przeszły pierwsze koncerty Sex Pistols, może muzycy niespecjalnie posługiwali się instrumentami, ale za to ich występy były naładowane niesamowitą energią i totalną anarchią. Dziś wiemy, że takie przedsięwzięcia bywają sterowane, wtedy to było pierwotne, autentyczne i realne. Totalny chaos i anarchia, wcześniej tego nie było, żeby grać w "bandzie" trzeba było skończyć szkołę muzyczną. Punk to było DIY - zrób to sam. Nie musisz nic umieć, byle byś był sobą. To rewolucja muzyczna, na miarę tej cyfrowej z przełomu wieków, gdy media zmieniły się bez powrotu. Dziś każdy może się wypowiedzieć na każdy temat.

Wtedy rewolucjoniści zamiast szabli mieli gitary. Zresztą nie muzyka i treść w tym wszystkim była ważna, a forma. 15-minutowe, art rockowe etiudy wspomnianego, znienawidzonego Pink Floyd, King Crimson, Deep Purple i Led Zeppelin zastąpiły agresywne 2-3-minutowe utwory, a raczej rytmiczne skandowanie nienawiści przeciw całemu światu - coś jak na stadionach piłkarskich. Zresztą punk i futbol były domeną klasy robotniczej.

Obok koncertów na publiczny image Sex Pistols składało się też charakterystyczne logo zespołu, które układało się z liter wyciętych z gazety, używanych przez porywaczy. To i flaga brytyjska - też swego rodzaju prowokacja.

Całemu Zjednoczonemu Królestwu Sex Pistols ukazali się w pełnej okazałości podczas słynnego występu w programie Billa Grundy'ego regionalnej telewizji, gdzie zostali zaproszeni w zastępstwie grupy Queen, ponieważ Freddie Mercury właśnie umówił się do dentysty. Pistols czekali w garderobie i sowicie raczyli się drinkami. Wywiad w programie zmienił się w festiwal przekleństw i skończył katastrofą, dodatkowo temat podkręciły tabloidy. Daily Mirror dał okładkę z wielkim tytułem:"The Filth and the Fury" - "Brud i wściekłość". O to chodziło? McLarenowi tak, zespołowi niekoniecznie. Przedtem zajmowano się muzyką, od tej pory zaczął taniec z mediami.

"Dla mnie ten program oznaczał koniec wszystkiego, Od klimatu artystycznego, niemal intelektualnego, któremu towarzyszyły dziwne stroje, nagle nastąpił przeskok do głupków w psich obrożach i nabazgranych długopisem na koszulkach napisów 'punk'. Wcześniej było jak u Warhola, mieliśmy filmowców, poetów, artystów i Bóg wie kogo jeszcze - mówił Marco Pirroni, gitarzysta takich punkowych zespołów jak Siouxsie and the Banshees czy Adam and the Ants.

Początek punku i koniec punku

To była cena - dzięki skandalowi zespół wszedł do mainstreamu, ale odwrócili się od niego ideowcy, którzy byli z nim od początku. Rewolucja zjadła własne dzieci? Tak jest zawsze. Nagle punk stał się otworem dla pozerów, szarlatanów i geniuszy przyciągniętych perspektywą rozgłosu w mediach kontraktu płytowego. Zespoły zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu.

Kiedyś inny zespół, który grał przed nimi zarzucił Pistolsom, że nie umieją grać. "I co z tego?" - wzruszył ramionami Glen Matlock, najporządniejszy z nich, pochodzący z klasy średniej.

To go zgubiło. Matlock, który skomponował muzykę do 10 z 12 utworów na jedynej płycie, został usunięty z zespołu przez McLarena, ponoć dlatego, że lubił The Beatles (zaprzeczał) i nie wyglądał jak punk. Zastąpił go Sid Vicious, który nie umiał grać na żadnym instrumencie, a na pewno nie na gitarze basowej, ale zdecydowanie wyglądał odpowiednio z rowerowym łańcuchem na szyi. Sid podniósł chaos na nowy poziom, jemu jest przypisywane autorstwo tańca "pogo". Gitarzysta Steve Jones wspomina, że starali się nie dopuszczać Sida do studia, żeby broń Boże nie wziął udziału w nagrywaniu albumu. - Bardzo się starał, ale nie umiał grać. Na szczęście, miał wtedy problemy z wątrobą - mówił po latach Jones, który nagrał większość partii basu na albumie.

Trzy miesiące po wydaniu płyty, podczas tournée w USA, Johny Rotten odszedł z zespołu, co nie przeszkodziło trzem pozostałym członkom nagrywać kawałki, które zostały wykorzystane przez Malcolma McLarena jako tło filmu o wiele (wszystko?) mówiącym tytule: "The Great Rock'n'roll Swindle", czyli "Wielki rockandrollowy szwindel".

"Nie miałem życia. Nie miałem nic do stracenia. W głębi serca byłem żałośnie nieszczęśliwym biedakiem. Więc im większy rozpętywałem zamęt, tym lepiej się z tym czułem, bo byłem umęczoną duszą. Myślę, że te bijatyki w trakcie koncertów wynikały z braku umiejętności muzycznych. Skapnęliśmy się, że w ten sposób można ściągnąć na siebie uwagę mediów" - mówił po latach gitarzysta Steve Jones, który razem z perkusistą Paulem Cookiem przed Sex Pistols grał w innych zespołach montowanych przez McLarena. 

Jones, który był notowany za kradzieże jako nastolatek nie ukrywa, że był kleptomanem. Pierwszy zestaw perkusyjny też ukradli z siedziby BBC w Shepherd's Bush. Grzechy młodości, ale w sumie Jonesowi to muzyka punk uratowała życie. Inaczej było z Sidem - Vicious trochę za bardzo na serio wziął punk rock do serca i w wieku 21 lat przedawkował heroinę tuż po tym jak został wypuszczony za kaucją, oskarżony o zabójstwo swojej dziewczyny, Nancy Spungen.

Po odejściu z Sex Pistols Lydon wciąż był aktywny muzycznie m.in. w ramach projektu Public Image Ltd. W imieniu kolegów z zespołu sądził się z McLarenem o należną kasę m.in. za zerwane kontrakty z wytwórniami EMI i A&M. Po śmierci McLarena miał powiedzieć: "Przypisywał sobie cudze zasługi, dlatego pieprzyć go". Vivienne Westwood w 2006 r. otrzymała od królowej Elżbiety Order Imperium Brytyjskiego. A Lydon/Rotten?

"Niech Bóg błogosławi Królową. Wiele zniosła" - powiedział na łamach "The Times" po śmierci Elżbiety II. A przecież szczekał do mikrofonu z nienawiścią: "she's not a human being", czyli "że ona nie jest człowiekiem".

John Lydon (Sex Pistols) żegna królową Elżbietę II

Ściema, szwindel, sposób na zarobienie kasy? John Lydon odrzuca te oskarżenia. "Byliśmy po prostu sobą".

Maciej Słomiński, Interia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy