OFF Festival 2018: Relacja z drugiego dnia. Dzień kontrastów, prowokacji i skromności

Charlotte Gainsbourg była największą gwiazdą drugiego dnia tegorocznego OFF Festivalu /Michał Murawski /OFF Festival

Myśleliście, że drugi dzień OFF Festival 2018 będzie zaledwie oddechem między piątkiem a niedzielą? Niespodzianka, bo Charlotte Gainsbourg i Moses Sumney pokazali, że powściągliwość też bywa zachwycająca, co nieźle kontrastowało z zupełnie innym rodzajem scenicznego obycia w przypadku Aurory. A to tylko kropla w morzu doznań, jakie zaoferował nam w sobotę program wydarzenia.

Reklama

Drugi dzień OFF Festivalu 2018 zaczął się już na tyle intensywnie, aby móc zweryfikować pojawiającą się gdzie nie gdzie opinię o tym "najmniej ciekawym dniu całej imprezy". Pozytywne zaskoczenia rozpoczynały się od samego początku. Mieszkająca w Berlinie Martyna Kubicz, znana jako MIN t w wielu materiałach prezentuje się jako osoba cicha, tymczasem ze sceny biło od niej niespotykaną wręcz pewnością siebie. W tym samym czasie Scenę Eksperymentalną dominowały Panieneczki prezentując bardzo nowoczesne podejście do materii folkowej. Aż trudno było zdecydować, na co pójść - tak zresztą prezentował się cały dzień, który może nie zaskakiwał tak jak pierwszy, ale całościowo wypadał równiej.

Kontrasty

Jeżeli już wspomniałem o zaskakiwaniu, to "szok" jest odpowiednim słowem definiujące występ Legendarnego Afrojaxa na Scenie Leśnej. Michał Hoffmann, znany z takich zespołów jak Afro Kolektyw czy Poradnia G, zrobił wszystko, aby zniechęcić do siebie co bardziej wrażliwe osoby - zarówno w kategoriach uczuć tożsamościowych, jak i samej estetyki. Prawdopodobnie łatwiej byłoby wymienić kogo muzyk - rapujący i śpiewający swój materiał w towarzystwie żywego zespołu - nie obraził. Dostało się narodowi polskiemu (było nawet słychać deklaracje o chęci sprzedaży Polski sąsiadom z zachodniej ściany), ale również w zasadzie wszystkim nacjom na świecie w ramach utworu "Wojciech Modest Amaro" czy każdemu pracującemu człowiekowi przy "Całujmy krzyż Jezuska".

Reklama

Afrojax nie stronił od obscenicznych gestów na scenie, wulgaryzmów, a na dokładkę prezentował równie sugestywne wizualizacje: pokazywane podczas "Pod rap hardkorowy" sceny z ulicznych klipów rapowych, na których raperzy prężąc muskuły w towarzystwie kolegów pozbawionych koszulek, zestawił z fragmentem filmu przedstawiającego... całujących się mężczyzn. Niech za wizytówkę występu posłuży fakt, że podczas odgrywania utworu "Dzieci płakały" można było zaobserwować dwie reakcje: otwarte usta i fascynację doprawioną łzami śmiechu oraz oburzoną mimikę owocującą ostateczną ewakuacją z terenu. Kilka godzin później Afrojax powtórzył swoje prowokacje na scenie Dr. Martensa, na której występował przebrany w kobiece ubrania.

Przed Afrojaxem można było jednak zobaczyć Lonker See, grających swój materiał na Scenie Głównej. Tu zabrakło słów i wizualizacji: była jedynie muzyka. Ale trzeba przyznać, że to zestawienie space-rockowych gitar, ambientowych pejzaży oraz silnej w brzmieniu sekcji rytmicznej działa perfekcyjnie. Saksofon Tomka Gadeckiego jawił się jako wisienka na torcie. Była w tym energia, pewnego rodzaju dzikość, ale jednocześnie pełna kontrola. Miło obserwować, jak powoli zapełniało się miejsce pod sceną.

Zupełnie czym innym były dwa kolejne występy. Rolling Blackout Coastal Fever to raczej klasyczne, nieco rock'n'rollowe zestawienie trzech gitarzystów, jednego basisty i perkusisty. Brzmiało to po prostu jak solidne odegranie własnego, bardzo przyjemnego materiału, chociaż nie był to jeden z najbardziej wpadających w pamięć występów. Brakowało w tym wszystkim czegoś, co mogłoby przechodzące przypadkiem osoby przekonać do pozostania na dłużej. Podobnie jak Coals: porządne, downtempowe granie, ale nie do końca miało się wrażenie, że energia z występu faktycznie kierowana była w stronę odbiorców. Może wytłumaczeniem była dość wczesna pora i towarzyszące koncertowi zespołu upały, które zupełnie nie sprzyjają intymnym dźwiękom prezentowanym przez śląski zespół?

Mocniej, mocniej, mocniej

Zaskakująco dużo osób czekało na noise rockowe Unsane. I owszem, zgodnie z nazwą gatunku reprezentowanego przez nowojorskie trio było głośno. Problem stanowi natomiast fakt, czy nie za głośno. Niestety, w trakcie ich występu zaczęło się dziać coś niedobrego z nagłośnieniem Sceny Leśnej: wysokie tony zdawały się za bardzo podbite, przez co obdzierały uszy i komfortowe słuchanie grupy możliwe było dopiero w okolicach OFF Marketu, tuż przed wejściem na teren Sceny Leśnej. Z drugiej strony, czy właśnie taka otoczka nie jest idealna dla zespołu, któremu zależy na hałasie? Było intensywnie, z odpowiednią pasją, a wielu mniej wrażliwych na kwestie techniczne odbiorców określiło Unsane mianem jednego z lepszych występów na OFF Festival 2018. Szkoda, że nagłośnienie skutecznie próbowało zatuszować to wrażenie, szczególnie iż jego echa można było usłyszeć jeszcze podczas występu Derya Yıldırım & Grup Şimşek na położonej stosunkowo daleko Scenie Eksperymentalnej.

Trudno było się doczepić do psychodelicznych rytmów zestawionych z tureckim orientalizmem. Niestety, ujawnił się tu inny problem: za mało miejsca. Liczba osób mieszczących się w namiocie Sceny Eksperymentalnej równa była temu, ile osób próbowało się jeszcze do niego dostać. Ten sam problem doskwierał zresztą na grającej znacznie później japońskiej grupie Wednesday Campanella zestawiającej j-pop z takimi gatunkami jak EDM czy techno. Tańczącą do wyrazistych rytmów publikę można było zaobserwować nawet przed namiotem - gorzej, że nie można było z tej pozycji za bardzo zobaczyć sceny. Miejmy nadzieję, że w przypadku kolejnej edycji OFF-a teren namiotu zostanie poszerzony, bo ściskać się jak sardynki można co najwyżej w autobusach prowadzących na wydarzenie - nie zaś na samym evencie.

Deszczowe piosenki

Turbonegro i Moses Sumney mieli z kolei nie lada problem, ponieważ między występami Unsane i Derya Yıldırım & Grup Şimşek a ich koncertami zaczął lać intensywny deszcz. Spora część uczestników schroniła się pod płaszczami, kto był blisko mógł pobiec pod namiot Sceny Trójki, na której grał Moses, jednak znaczna część uczestników skryła się pod drzewami w strefie piwnej oraz parasolami w strefie gastro. Właśnie prawdopodobnie z tego powodu Turbonegro rozpoczęło z kilkuminutowym opóźnieniem, kiedy to pogoda zaczęła się uspokajać.

Muzycy mieli różne sposoby na to, aby odpędzić deszcz. Moses Sumney chciał to zrobić poprzez przez delikatne dźwięki wydobywające się ze swojej gitary oraz stąpającym lekko po chmurach, uspokajającym je falsecie. Z kolei Turbonegro niszczyło je punkową energią. U nich nie brakowało też humoru, bo spodziewalibyście się, że death punkowcy będą żegnać się z publicznością w towarzystwie "The Best" Tiny Turner? To jednak Sumney zostanie zapamiętany jako jeden z najjaśniejszych punktów festiwalu. Kiedy wszyscy spodziewali się, że poprowadzi swój koncert do końca intymnymi, subtelnymi i kołyszącymi piosenkami, nagle z głośników zaczęły wydobywać się dźwięki bębnów. Na wielki plus należy zapisać kontakt z publicznością: prośba o wyśpiewanie dronu przez obecne na koncercie osoby, a następie odgrywanie pod to własnych partii zostanie zapamiętane na bardzo długo. A, najważniejsze: tak, deszcz został odgoniony i wrócił w zasadzie dopiero w nocy pod koniec imprezy.

Im dalej, tym lepiej

...And You Will Know Us by The Trail of Dead zaprezentowali z kolei na Scenie Leśnej materiał ze swojego opus magnum, "Source Tags & Codes". Mimo całościowego pozytywnego wrażenia, nie było perfekcyjnie: pojawiały się drobne kłopoty z fałszami oraz falstarty, co owocowało też przeprosinami ze strony grupy. Natomiast co mniej obeznanym z zespołem osobom przejęcie przez perkusistę nagle roli wokalisty przysporzyło na pewno małe zamieszanie w głowie. Szkoda, że ponownie na Scenie Leśnej grającym tam muzykom towarzyszyło za dużo wysokich tonów. Nie było to może tak uderzające jak w przypadku Unsane, ale dało się ewidentnie odczuć, przez co dłuższe przesiadywanie bliżej sceny mogło być męką dla zdrowia uszu.

Jeżeli ktoś chciał odpocząć, dobrą okazją był do tego wybrzmiewający ze Sceny Muzyki Miasta Skalpel Big Band: Marcinowi Cichemu i Igorowi Pudło towarzyszył żywy zespół wraz z dyrygentem. Tu było z kolei odrobinę za cicho, ale artyści nadrabiali to wytwarzanym klimatem. Zaskakująco często próba "orkiestralizacji" utworów z kręgów muzyki elektronicznej kończy się wypełnionymi patosem aranżacjami, które mają za zadanie wystylizować kompozycje na sztukę wyższą, a koniec końców przegrywają na niemal każdym polu. Nie w przypadku Skalpel Big Band. Tu każdy element składanki dopełniał się idealnie i nie czuć było dysonansu między elementami elektronicznymi, a tymi granymi na żywych instrumentach. Chapeau bas.

Gorzej, że w tym samym czasie grało mające korzenie w Japonii, a powstałe w Londynie Bo Ningen: było dużo psychodelii, elementów post-rocka, noise’owych hałasów i wszystko działało tak idealnie, że trudno było określić, na którym występie więcej się traciło. Chociaż - jasne - pewnie wszystkim uczestnikom koncertu na Scenie Trójki najbardziej utkwią w głowie piękne, długie włosy członków Bo Ningen. To zupełnie nie przeszkadza, póki miałoby zachęcać ludzi do sprawdzania muzyki grupy.

Uduchowienie kontra zwyczajność

Występy Aurory i Charlotte Gainsbourg pozycjonowane były jako najważniejsze momenty drugiego dnia OFF Festivalu. Owszem, było to czuć, chociaż prezencja sceniczna wokalistek była zupełnie inna. Aurora kokietowała publiczność swoim wręcz niekomfortowo dziewczęcym acz uroczym głosem (bardzo podobna barwa do Joanny Newsom), podejmując te same tropy, które znane są z twórczości Florence Welch czy Björk. Było w tym uduchowienie, wrażliwość, a wokalistka dość mocno korzystała z własnego ciała jako kolejnego elementu ekspresji scenicznej, absolutnie porywając publiczność. Ale co ciekawe, spod tej - wydawałoby się - bardzo pewnej zasłony wyłaniały się też ogromy introwertyzmu.

Ten introwertyzm czuć też było w trakcie Charlotte Gainsbourg, która zamiast stawiać na zwracające uwagę stroje wystąpiła po prostu w białej koszulce i jeansowych spodniach. Sprawiała przy tym wrażenie zwykłej, nieco wycofanej, a przede wszystkim cholernie sympatycznej, uśmiechniętej osoby, która chwali się w gronie znajomych, że gra sobie muzykę. Kiedy zaś siada do klawiszy i zaczyna śpiewać, ogromy talentu wypełniają całą okolicę, a rozmach bije po oczach. Tak, to był występ niemal perfekcyjny. Bardzo na plus działała oprawa wizualna koncertu: bramki z jarzeniówkami, za którymi skrywała się bohaterka wieczoru oraz jej instrumentaliści, a także unoszące się nad nimi, przesuwane lustra przy całej zabawie oświetleniem sprawiały, że nie tylko dobrze się słuchało Charlotte, ale również idealnie oglądało. Był hołd dla zmarłej siostry wokalistki, był też cover "Runaway" Kanye Westa - nie było natomiast powodów do krytyki.

Oczywiście, podobnie jak w przypadku poprzedniego dnia, dostaliśmy dawkę idealnego afterparty. David August, znany najbardziej ze swoich deephouse’owych dokonań, zaskoczył porywając się miejscami na zdecydowanie bardziej wyraziste, EDM-owe rytmy czy techno. Spragnieni bardziej chilloutowych klimatów otrzymali grający na Scenie Eksperymentalnej duet Khidja.

Jeżeli więc ktoś myślał, że sobota będzie tym słabszym dniem festiwalu, mógł się miło rozczarować. Oby w niedzielę było równie dobrze!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje