Reklama

"Powiew świeżości nad otwartą mogiłą"

Dobre cztery lata fani Huntera czekali na nowy album swoich ulubieńców. Niebywale wielobarwny brzmieniowo "HellWood", którego premiera odbyła się w połowie kwietnia 2009 roku, wydaje się największym osiągnięciem formacji ze Szczytna, płytą kompletną nie tylko pod względem muzycznym. O wszystkim w rozmowie z Bartoszem Donarskim opowiedział nam lider, wokalista i gitarzysta w jednej osobie, spiritus movens całego zamieszania, jak zawsze wysoce elokwentny Drak.

Nowy album wydaliście dobre cztery lata od premiery jego poprzednika. Biorąc to pod uwagę, kiedy właściwie zaczęły powstawać numery na tę płytę? Program "HellWood" wydaje się być bardzo starannie opracowany, trudno więc uwierzyć by całość stworzono z marszu. Jak przebiegał ten proces?

Reklama

W moim wypadku pierwsze pomysły pojawiły się około roku i pół od wejścia do studia. Łącznie zebrało się tego około 16 piosenek. Trzy spośród nich, czyli "$mierci$miech", "Strasznik" i "Zbawienie" graliśmy już na żywo blisko rok przed rozpoczęciem nagrań. Do tego kolejne pomysły i formy nadeszły w międzyczasie wraz z Saimonem, Jelonkiem i Picikiem. Niektóre finalnie dokończyliśmy wspólnie.

Kilka spośród już nagranych wstrzymaliśmy ze względu na brak tekstu, czas produkcji i długość godzinnej już niemal płyty. Mamy więc spory zapas. Można zaryzykować stwierdzenie, że na "HellWood" weszły więc głównie te, które miały gotowe teksty. Właściwie w tej kwestii były one już tak rozbudowane, że miałem poważny problem, które fragmenty zostawić, a które wywalić.

Gdyby weszły w całości, to piosenki musiałyby mieć po pięć, sześć zwrotek, do tego refreny alternatywne. A to trochę chyba jednak przegięcie. Na koncertach również ciężko byłoby to rozhulać jak należy. Pieśni trwałyby po kilkanaście minut, a jak się okazało takie opowieści jak "Arges" muszą być bardzo mocno rozbudowane aranżacyjnie, żeby się wybronić, czyli nie znudzić. Produkcja takiej płyty trwałaby także dużo, dużo dłużej. A czuliśmy już dość wyraźnie lekki powiew świeżo odkopanej ziemi nad otwartą mogiłą (śmiech).

Masz rację. Piosenki były rzeczywiście porządnie przygotowane. Większość solówek, piano, część instrumentów etnicznych nagrałem dużo wcześniej. To głównie kosmetyczne sprawy, ale pochłaniające czas i budżet, więc warto takie rzeczy zrobić przed wejściem do studia, które jednak od cholery kosztuje.

Muzycznie album jest bardzo wielobarwny. Prawdę mówiąc znajduję tu zarówno ducha dawnego, wściekłego Huntera z minionej dekady, jak i zespół patrzący w przyszłość, szukający nowych rozwiązań, uwspółcześniający własne brzmienie o kolejne wymiary. Album ma naprawdę sporo rzeczy do zaoferowania. Słowem - nie spoczęliście na laurach. Jak oceniasz tę płytę pod tym kątem?

Lepiej chyba tego nie ujmę. Dokładnie tak uważam i po raz pierwszy nie czuję tego niedosytu, że coś zostało nie nagrane, że coś można byłoby dodać, poświecić więcej czasu. Oczywiście trochę kłamię, bo zawsze na coś tam zabraknie czasu, ale zazwyczaj było tego dużo więcej. Wciąż słucham tej płyty. I to w całości. I jestem szczęśliwy.

Gdyby to miała być nasza ostatnia płyta, to mógłbym się nią pożegnać bez wstydu, z poczuciem, że to dobre pożegnanie. To dość niesamowite uczucie. Do tej pory zawsze brakowało nam ostatecznego wykończenia, zwłaszcza w kwestii miksów. Tym razem chyba trwały najdłużej, biorąc pod uwagę wszystkie etapy produkcji studyjnej. I to słychać.

Dowiedz się więcej na temat: mogiły | teksty | filmy | nowy album | metal | szczęście | piosenki | klimat | film | muzyka | rzeczy | NAD

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje