Reklama

Paradise Lost: Stara gwardia trzyma się dzielnie [WYWIAD]

Paradise Lost wypuścił na rynek już szesnasty (!) album. Kiedy wydawało się, że po flircie z synth popem spod znaku "One second" zespół niczym sensownym już świata nie zadziwi, Brytyjczykom udało się wrócić z dalekiej podróży.

Gregor Mackintosh (Paradise Lost) w akcji

"Obsidian", bo tak nazywa się najnowszy longplay promowany jest singlem "Fall From Grace", któremu ponoć najbliżej stylistycznie do poprzedniej długogrającej propozycji. Jednak w rozmowie z Interią, gitarzysta i główny kompozytor Paradise Lost zapewnia, że muzycznie zespołowi udało się dość daleko odjechać od całkiem przyzwoitej "Medusy". Mimo że wytwórnia, dla której nagrywają Anglicy zaproponowała przeniesienie premiery na spokojniejsze czasy, grupa zdecydowała się nie zmieniać terminów. Trasy koncertowej oczywiście na razie nie ma, ale "Obsidian" trafił do sprzedaży 15 maja.

Reklama

Adam Drygalski, Interia: Trudno zacząć rozmowę od czegoś innego niż COVID-19. Jak epidemia wpłynęła na wasze plany? Nie lepiej było przeczekać koronawirusa i wypuścić płytę później? Koncerty zostały w najlepszym razie przełożone, w tym ten, który miał się odbyć w Polsce.

Gregor Mackintosh (Paradise Lost): - Koronawirus niestety ma wpływ na wszystko, więc cały przemysł po prostu stanął. Prawdopodobnie nie odbędą się żadne festiwale. Promotorzy odwołują trasy. W ostatniej chwili musieliśmy zrezygnować z występu w Meksyku. Nie mamy pojęcia, kiedy znów wystąpimy na żywo. Czuję się tak, jakby ktoś wcisnął w grze komputerowej przycisk "pauza". Pytano nas czy chcemy przełożyć premierę płyty, ale nie widzę w tym sensu. Nikt nie wie, kiedy to się skończy. Z drugiej strony, ludzie siedzą w domach i mają sporo czasu na książki, muzykę i filmy. Jakkolwiek by to nie brzmiało, są teraz całkiem dobre warunki do kontaktu z kulturą. Nie możesz promować płyty na koncertach, ale możesz liczyć, że ktoś pozna ją w domu.

My Dying Bride, Nine Inch Nails, Pearl Jam i oczywiście Paradise Lost wydają nowe płyty. To zdanie byłoby też idealnie na czasie dwadzieścia lat temu. Utrzymujecie się na powierzchni już ponad trzydzieści lat. Spodziewałeś się, że PL będzie aż tak długowieczny?

- Jest to odrobinę nieprawdopodobne. Pracujemy, jak wiele innych zespołów w trzyletnich planach. Piszemy, komponujemy, ruszamy w trasę, łapiemy oddech i tak w kółko od ponad trzydziestu lat. A potem patrzysz za siebie i masz już, powiedzmy, dziesięć płyt. Dziwisz się, że to wszystko tak szybko poszło. Może to pomysł na to, jak pozostać młodym i nigdy nie dorastać? Dobrze że stara gwardia trzyma się dzielnie i nie podąża za trendami. To pewnie i nasz sekret, dlaczego udało nam się przetrwać przez tyle lat. Zawsze robiliśmy swoje i niespecjalnie przyglądaliśmy się temu, co się dzieje na scenie.

Z obsydianu wykonywano w dawnych czasach posągi, ale i groty strzał. Tak przynajmniej twierdzą na Wikipedii. Skąd ten tytuł? Dlaczego akurat to słowo najlepiej opisuje waszą płytę?

- Długo rozmawialiśmy z Nickiem o tym tytule i w obsydianie podobało nam się właściwie wszystko. Że jest czarny, że pochodzi ze skały wulkanicznej. Potem zrobiliśmy mały research i dowiedzieliśmy się, że był często wykorzystywany w czasach przed Chrystusem w Europie i na na Wyspach. Okładka zresztą bardzo dobrze współgra z tym tytułem i myślę, że dobrze opisuje to, co zostało zarejestrowane na płycie.

Jak wiadomo, prawie wszystko w życiu wraca. Moda na przykład, w tym także moda na muzykę. Uważasz, że wróci moda na gothic rock albo na gothic metal. Pytam, jako wierny fan The Sisters of Mercy.

- No, gdyby oni nagrali coś nowego, to uznałbym, że czasy gothic rocka wróciły w wielkim stylu. Oczywiście, jestem fanem rocka gotyckiego. Chodziłem do klubów z taką muzyką, z pewnością miała ona wpływ na naszą twórczość. Teraz te kluby na Wyspach zniknęły, może w Niemczech jest ich jeszcze kilka? Traktuję tę muzykę z dużą nostalgią. Nie miałbym nic przeciwko, żeby te czasy w jakiejś formie wróciły.

Polegając na tym, co można wyczytać w oficjalnych materiałach prasowych dołączanych do "Obsidian", podobno "Fall From Grace" - czyli singel promujący ten album jest stylistycznie najbliżej waszej poprzedniej produkcji. Zastanawiam się, jak daleko odbiliście od "Medusy".

- Dość daleko. Kiedy zaczynamy tworzyć album, potrzebujemy pewnego rodzaju kamienia węgielnego i "Fall From Grace" jest czymś takim. Chcieliśmy aby muzyka, która znajdzie się na płycie była bardziej zróżnicowana i trudniejsza do zdefiniowania. Później wróciliśmy do bardziej gotyckiego i akustycznego brzmienia. Utwory były na samym początku dość mocno zróżnicowane i razem z producentem zajęliśmy się później znalezieniem dla nich wspólnego mianownika.

To wasza druga płyta nagrana z Waltterim Vayrynenem. Czy fakt, że poznaliście się lepiej miał jakiś wpływ na pracę w studiu?

- To, co w nim bardzo cenię, to jego wszechstronność. Potrafi odnaleźć się w wielu gatunkach, od popu po ciężki metal. Kiedy chcemy zrobić coś zupełnie odmiennego on sprawdza się znakomicie. Jest taki utwór na "Obsidian" - "Ending Days", który jest utrzymany w stylistyce marszu. Mógł go zagrać tylko ktoś kto nie jest ukierunkowany wyłącznie na rock, czy metal. Potrafi dobrze żonglować stylami, pomaga nam też często w komponowaniu i bardzo dużo wnosi do zespołu.

Wracając jeszcze do waszego bębniarza. Tworzycie wspólnie projekt Strigoy, także z Chrisem Cascettem znanym z Extreme Noise Terror. Jak na siebie wpadliście? Czemu Strigoy zastąpiło Vallenfyre, w którym udzielałeś się wcześniej? I czy podobnie, jak ja ubóstwiałeś ten subtelny przekaz spod znaku ENT?

- Ja w ogóle bardzo lubię scenę crust punk! Więc dużo słuchałem nie tylko ENT, ale i Conflict, Antisect i wielu innych. Wiesz, jako Paradise Lost zaczynaliśmy mniej więcej w tym samym czasie co Extreme Noise Terror, więc często wpadaliśmy na siebie w klubach i na trasach. Projekt Vallenfyre został zakończony, bo nie chciałem, żeby coś istniało wyłącznie z sentymentu. Dlatego po nagraniu trzech płyt, pewnego rodzaju trylogii uznałem, że niektóre sprawy trzeba zostawić za sobą. Chris wystąpił z Vallenfyre na kilku koncertach na żywo i pomyśleliśmy, że warto byłoby kontynuować współpracę, ale pod innym brandem. W Strigoy pojawiły się też blackmetalowe konotacje, więc zabawa stylami jest tu znacznie bardziej odczuwalna.

Część zespołów nie może pogodzić się z zawieszeniem tras koncertowych. Jak to jest z wami? Czy jest szansa zobaczyć was na livestreamie na fejsbuku albo youtube?

- Problem polega na tym, że Waltteri, o którym wspomniałeś, mieszka na stałe w Helsinkach. Nie ma jak do nas dolecieć i nie jesteśmy w stanie zagrać teraz na żywo nawet bez publiczności w pełnym składzie.

Wspomniałem już raz The Sisters of Mercy. Wystarczy wykonać telefon do Andrew Eldritcha i pożyczyć to dudniące pudło, z którym występują!

- A wiesz, że gość, który obsługuje Doktora Avalanche (automat perkusyjny wykorzystywany przez The Sisters of Mercy) jest moim znajomym? Jest to na pewno jakiś pomysł.

To czego oprócz koncertów brakuje ci najbardziej w tym dziwnym czasie?

- Lubiłem sobie czasem wyskoczyć do pubu i wziąć udział w quizie. Poza tym, przez ostatnie trzydzieści lat jestem przeważnie w trasie. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłem dwa miesiące longiem w domu. Na początku można było do tego podejść, jak do wyzwania. Posiedzisz w domu tydzień lub dwa a potem wszystko wróci do normy. Tylko że to niestety tak nie działa.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Paradise Lost

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama