Reklama

Reklama

"Muzyczna podróż dookoła świata"

- Nigdy nie będę nowym Frankiem Sinatrą - przekonuje wokalista popowo-jazzowy Matt Dusk. Kanadyjczyk pod koniec 2009 roku wydał swój trzeci album "Good News" i z tymi właśnie "dobrymi wiadomościami" ruszył w trasę, odwiedzając m.in. Polskę.

Z Mattem Duskiem o nowej płycie w Warszawie rozmawiała Justyna Tawicka. Wokalista dziś (4 marca) zaśpiewa w Katowicach (GCK), a dzień później w Poznaniu (CK Zamek).

Pierwsze pytanie wiąże się z... dobrymi wieściami, ponieważ właśnie powróciłeś ze swoim najnowszym albumem. Jakie są główne różnice pomiędzy tą najnowszą płytą, a poprzednimi, jak na przykład "Two Shots"?

Ta płyta to w zasadzie w całości muzyka oryginalna, albo kompozycje stworzone na przestrzeni ostatnich pięciu - sześciu lat. Poprzednia moja płyta - "Back In Town" - była kompilacją kilku nowych utworów oraz amerykańskich standardów i jazzowych klasyków. Kiedy przez ostatnie trzy lata jeździłem z koncertami, wszyscy wykazywali wielkie zainteresowanie nową muzyką tworzoną przeze mnie. Powiedziałem sobie: "A gdyby tak nagrać płytę wyłącznie z nową muzyką, która byłaby kombinacją jazzujących wokali ze współczesną, popową produkcją?". Można myśleć o tej płycie w następujący sposób: Gdyby Frank Sinatra żył i miał 30 lat, jak wyglądałyby jego nagrania od strony produkcji? Na tym właśnie polega koncepcja tej płyty.

Reklama

Czy Matt Dusk to nowy Frank Sinatra?

Nigdy nie będę drugim Frankiem Sinatrą; on był najlepszy. Ale niewątpliwie jestem jego fanem.

Pracując nad tym albumem, słuchałeś jednak tak wielu różnych artystów! Słyszałam, że było to aż 1070 różnych nagrań! Czy to prawda?

Straciłem rachubę mniej więcej w okolicach tysiąca, chociaż próbowałem zapisywać to sobie i pracować według ukierunkowanego planu. Przyczyna jest następująca: kiedy artysta pracuje nad nową płytą, jedną z najważniejszych rzeczy w tym procesie są piosenki. Kiedy cofniemy się do epoki jazzu, do lat 40. i 50., zobaczymy, że mnóstwo piosenek z tamtego okresu jest dziełem dwóch czy trzech wielkich kompozytorów, jak Cole Porter albo Irving Berlin. W tamtych czasach piosenki te były nagrywane przez wielu wykonawców.

A teraz? Ile jest takich piosenek, które w Polsce są "numerami jeden", ale które nigdy nie zostaną usłyszane we Włoszech, Francji czy Anglii? Postanowiłem więc wybrać się w taką muzyczną podróż dookoła świata w poszukiwaniu piosenek, które są hitami numer jeden w danych krajach - może, jeśli nie są to utwory napisane w języku angielskim, dałoby się stworzyć ich anglojęzyczne wersje? Chciałem, by wszystkie utwory na płycie były albo piosenkami, których ja byłem współautorem, albo właśnie takimi hitami numer jeden. Kiedy analizujesz każdy kraj z osobna, odkrywasz setki piosenek! Każdego wieczoru siadałem do komputera wchodziłem do iTunes, katalogu Universal czy Sony - i słuchałem coraz więcej i więcej... To frustrujące doświadczenie, bo na świecie jest tak wiele świetnych piosenek, których nie mogę zaśpiewać, ale które uwielbiam. Nieraz mówiłem sobie: Och, jak chciałbym móc to zrobić! - ale byłem bezradny. W efekcie znalezienie piosenek, które chciałem mieć na swojej płycie, zabrało mi prawie rok.

Porozmawiajmy o pozycjach numer jeden w popowych zestawieniach - jesteś pierwszym artystą jazzowym, który odniósł tak wielki sukces w Japonii, na tamtejszej pop liście. Gratulacje!

Dziękuję bardzo.

Co składa się na wielki sukces?

Nie wiem! Wydaje mi się, że to kwestia trafienia na właściwy czas. To, co próbowałem osiągnąć w tamtej piosence, "Back In Town", to dokładnie to samo, co robię na najnowszej płycie. W przypadku "Back In Town" sięgnęliśmy po włoską piosenkę - świetny utwór, który dobrze poradził sobie na krajowych listach, ale poza Włochami nikt o nim nie słyszał, ponieważ był napisany po włosku. Napisaliśmy zatem angielski tekst do tej piosenki, i z jakiegoś powodu kompozycja ta osiągnęła w Japonii zdumiewający sukces. Zdumiewający, bo wyprzedziła w notowaniach Justina Timberlake'a, Beyonce, i znalazła się na samym szczycie! To szaleństwo! Wydaje mi się, że muzyka, którą staram się tworzyć, trafia w gusta słuchaczy. A jeśli nawet nie, to tworzenie jej i tak sprawia mi radość - a to też jest ważne.

Na płycie "Good News" nic nie jest na swoim miejscu. Wszystko wiruje - zmieniłeś swój zespół, przechodząc od brzmień elektrycznych do gitarowych. Czy to dobry przepis na dobre wieści i dobrą muzykę?

Większość ludzi żyje dzisiaj w wielkich miastach. Radio serwuje nam mieszankę - jazzu, klasyki, rapu, hip hopu, wreszcie rocka. Gdybym spytał cię, jaki jest twój ulubiony gatunek muzyczny, odpowiedziałabyś, że każdy.

Fusion!

Tak, muzyka fusion, która jest właśnie kompilacją różnych rodzajów muzyki, zmieszanych niczym w blenderze. Na tej płycie moim zamierzeniem było utrzymanie linii wokalu na mniej więcej tym samym poziomie, tak, aby rozpiętość dźwięków była niewielka i by każdy mógł zaśpiewać te utwory. Jednocześnie postawiliśmy na zróżnicowanie produkcji: została zachowana płynna ciągłość, ale style są bardzo różnorodne: elektro, trochę swingu... W efekcie końcowym najważniejszy jest jednak rytm i wokal.

Wokal jest bazą.

Musi pozostać niezmienny. Dlatego w każdej piosence mój sposób śpiewania jest taki sam.

Często porównujesz tworzenie muzyki do kochania się! Słyszałam o tym!

To prawda (śmiech).

Czy w takim razie płyta "Good News" to swoista muzyczna orgia z udziałem twoich słuchaczy?

Taak... (śmiech).

O rany!

Wow, nie miałem o tym pojęcia! (śmiech) Myślę, że każdy, kto kiedyś spotykał się z dziewczynami czy chłopakami - zazwyczaj przecież mamy na koncie więcej niż jeden związek...

Fusion!

Dokładnie. Faceci, których poznałem w swoim życiu, mieli różne dziewczyny, a każda z nich była wspaniała i na swój sposób inna. Nie da się ich porównywać, bo są po prostu inne. To samo dotyczy tworzenia muzyki.

W każdej piosence trzeba odnaleźć piękno, a nie skupiać się na tym, czego w tym utworze nie ma. To tak, jak z winem czy whiskey. Jeśli chcesz się nią delektować, nie mówisz, czego jej brak - koncentrujesz się na tym, co w niej jest. Idąc tym tropem, można powiedzieć, że to muzyczna orgia.

Jakie jest motto twojego najnowszego albumu?

Dobre wieści - dlaczego wybrałem akurat ten utwór na utwór tytułowy? Cóż, bardzo łatwo przychodzą nam zdenerwowanie, wściekłość czy frustracja. Myślę, że muzyka powinna być ucieczką od takich emocji. Na obecnym etapie życia jestem bardzo szczęśliwy, i chciałem, żeby ta muzyka stała się odzwierciedleniem tego stanu rzeczy. Kiedy gram, a ty przychodzisz zobaczyć mój koncert, chcę, żebyś zapomniała o tym, że idziesz jutro do pracy, że musisz zapłacić rachunki, że kłócisz się z ciotką. Chcę, żebyś przyszła z nastawieniem, że w danej chwili problemy nie istnieją - teraz jestem tutaj. To jest więc motto tej płyty: Zapomnij o wszystkim i baw się dobrze!

Dobre wieści, szczęście i dobra zabawa! Dziękuję za wywiad.

(tłumaczenie: Katarzyna Kasińska)

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: muzyczne | Nie | utwory | utwór | piosenki | śmiech | wokalista | muzyka | muzyczna | podróż dookoła świata

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje