Reklama

Marcin Rozynek: Mięsa by mi nie sprzedali

Kolejny powód, żeby się do Warszawy nie przeprowadzać.

Reklama

A wiesz, że tak? Nawet wiem gdzie mieszkał, na którym zakątku Pragi, i jakbym się miał tam sprowadzić, to w dwa miesiące pożegnałbym się ze światem...

U Grochowiaka to było akurat "Rozbieranie do snu". W swoim wierszu pozbywał się po kolei organów w służbie śmierci, ale kiedy myślałem o tym, przyszło mi do głowy, że nasze życie jest właściwie ubieraniem się do snu. Daremnie zdobywamy nowe doświadczenia, uczymy się, konstruujemy swój świat, gromadzimy te wszystkie rzeczy materialne i duchowe. Niczym zegarmistrz światła purpurowy nakręcamy to wszystko, nastawiamy, składamy, montujemy, łączymy na swój sposób, a potem przychodzi finał. Dla wszystkich ten sam, bardzo demokratyczny.

Mroczne i pesymistyczne przesłanie. Nie nazbyt mroczne w ustach grzecznego chłopca od ładnych piosenek?

Trudno, myślę, że świat jakoś sobie z tym poradzi (śmiech).

Rozumiem, że ten stereotyp grzecznego chłopca nie bardzo cię uwiera?

Czasem uwiera. Strasznie i ogromnie. Na szczęście sam jestem sobie winien. Myślę jednak, że ani ja, ani moje piosenki nie jesteśmy jakoś szczególnie grzeczni. Stereotyp to uproszczenie, ale to nie ja je poczyniłem. Piosenek trzeba słuchać a nie myśleć o nich.

Pierwszym poważnym singlem z "Księgi urodzaju", mojego solowego debiutu, był "Siłacz" - i niech każdy mówi, co chce, ale uważam go za rewelacyjny kawałek. Jak będę umierał, to jeszcze z trumny głowę podniosę i zanucę: "Niech noc przykryje nas! (śmiech).

Poza tym to już tak chyba jest, że jedni debiutują płytą "Fire", przez co będą zawsze utożsamiani z wiarygodnym, gitarowym graniem prosto z serca, a inni debiutują fajnym, popowym singlem, który na ich nieszczęście jest ładnie sfilmowany i są w d**ie do końca życia.

Ciężka sprawa, przecież nie nagrasz płyty punkrockowej tylko po to, by zerwać z niechcianym wizerunkiem.

Byłem kiedyś gościem w radiu, a po mnie wywiad miał pewien polityk. Mijaliśmy się w drzwiach. Ponieważ darzę tego pana ogromnym brakiem szacunku, przyszło mi do głowy, żeby dać mu w papę. Tak z płaskiej, jak i on zamierzał w tamtym czasie uczynić jednemu z jakichś redaktorów, co to go niby obrazili.

Uuuu, pozbyłbyś się wizerunku grzecznego chłopca raz na zawsze!

No właśnie, ale po co? Coś takiego miałoby mnie uwiarygodnić? Mam kogoś opluć, albo nogę podłożyć, żeby zasłużyć na szacunek? Przecież nie będę robił z siebie pajaca przed kamerą tylko dlatego, że piszę piosenki. Poza tym ja potem muszę iść na wywiadówkę, do szkoły mojego syna i się z tego wszystkiego wytłumaczyć!

Weźmy taki "Taniec z gwiazdami"... Nie wiem ile tam płacą, ale powiedzmy, że sto tysięcy.

Chciałbyś tyle zarobić?

No, chciałbym. Każdy by chciał! Poszedłbyś więc do "Tańca z gwiazdami"? Przecież wszyscy znajomi wiedzą, że to i tak nie twoja bajka, a korona z głowy ci nie spadnie. Ale jak twój syn zobaczy cię w telewizji, to od razu zapyta: "Tato, ale co ty robisz w ogóle? Koledzy się ze mnie śmieją!". No i co mu wtedy powiesz? "Syneczku, zaczekaj, teraz tatuś będzie miał sto tysięcy i pojedziemy na wakacje do Włoch"?

Nawet to, że słabo tańczę, nie jest w tym momencie istotne. Najważniejsze, że spaliłbym się ze wstydu przed swoimi dziećmi.

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Rozynek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje