Reklama

Marcin Rozynek: Mięsa by mi nie sprzedali

To jest właśnie inspirujące, świadomość, że nie warto kombinować, ale trzeba być odważnym, trzeba próbować... Pasjonuję się bardzo różnymi rzeczami, od Kylie Minogue, aż po totalnie prawdziwych Bruce'ów Springsteenów czy Yeah Yeah Yeahs. Zasłuchuję się również w ostatniej płycie Coldplay, jest rewelacyjna, choć przyznaję, że nie od razu ją doceniłem. Ponad tym od zawsze unoszą się Radiohead, Bjork i Damon Albarn.

Reklama

Pytając o inspiracje, niekoniecznie miałem na myśli muzykę.

Zdradzę ci moją największą tajemnicę... Najbardziej w życiu lubię podsłuchiwać. To mnie inspiruje najmocniej. Dla mnie nie ma czegoś takiego, jak stracony czas. Mam dwie godziny na dworcu? Usiądę sobie na ławeczce, patrzę na ludzi, łowię strzępy rozmów, łapię taką jednostronną fazę. To, co wyłowię może być ledwie garścią detali, ale często to już wystarczy, by wywieść z tego kilka mniej lub bardziej udanych wniosków.

Często z tego bierze się zalążek tekstu czy pomysł na płytę. Chociaż u mnie słowa pozostają zawsze w służbie muzyki, ona jest pierwsza. Jestem muzykiem. Jakbym chciał być literatem, to bym pisał książki.

Dałbym sobie rękę uciąć, że przywiązujesz do tekstów znacznie większą wagę.

Wszystko, co śpiewam, podporządkowane jest muzyce. Czasami nawet dobieram wyrazy tak, by samogłoski pasowały do rytmiki, by nie zburzyły mi wersyfikacji. To pozostałość po Cocteau Twins.

Całe "Ubieranie do snu" nagrałeś sam?

Poza jedną piosenką, która została jeszcze z poprzedniej sesji, a więc słychać na niej dźwięki moich kolegów. Całą resztę skomponowałem, nagrałem, zrealizowałem... Tomek Bonarowski pojawił się na etapie miksów, choć wszystko już było z grubsza poukładane. Musiał zadbać głównie o techniczne szczegóły, o to żeby się wszystko zgadzało, żeby nie zginęły gdzieś stopy, albo żeby bas nie przykrył całości.

Tak już zostanie? Będziesz sobie sterem, żeglarzem i okrętem?

Nie chcę się zarzekać. Gdybyś w 1997 roku, przy chłopakach z Atmosphere, zapytał mnie, czy planuję nagranie płyty zupełnie sam, być może owijałbym w bawełnę, tylko dlatego, żeby nikogo nie urazić. Ale zawsze wiedziałem, że muszę to zrobić, to we mnie siedziało, chciałem spróbować.

Od dłuższego czasu zmierzałem w tym kierunku, stawiałem kolejne kroki. Nagrałem bas. Przychodzi kumpel, basista, i mówi: "O, fajny bas". No to zabieram się za gitary elektryczne... I tak krok po kroku, doszło do tego, że nagrałem całą płytę sam.

Oczywiście, fajnie byłoby mieć kumpla, który mógłby siedzieć w studiu, słuchać tego, co powstaje i raz na jakiś czas mówić: "Słuchaj, jakbyś to zrobił tak i tak, byłoby jeszcze fajniej". To na pewno byłoby miłe, ale u mnie na prowincji nie ma znanych zespołów i nikt taki mnie w studiu nie odwiedza.

Tytuł płyty, pozornie niewinny, to nawiązanie do poezji Stanisława Grochowiaka, prawda?

Grochowiak to ziomal. Urodził się w Lesznie, umarł niestety w Warszawie...

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Rozynek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje