Reklama

Dawid Podsiadło: W muzyce nie ma dla mnie kompromisów

Na nowej płycie Dawid Podsiadło zmierzył się z pisaniem tekstów po polsku /Łukasz Ziętek /materiały prasowe

Muszę przyznać, że już po pierwszym przesłuchaniu twojej płyty, zostały mi w głowie te chwytliwe wersy czy zdania z polskich utworów. Jak wygląda u ciebie proces pisania słów? Najpierw wymyślasz temat, który chcesz poruszyć w utworze, potem nosisz go w sobie przez jakiś czas, a następnie zapisujesz, czy raczej łapiesz się konkretnych wersów i haseł, na których potem bazujesz i budujesz tekst?

Reklama

- Po angielsku jest tak, że improwizując, pojawiają się zdania, na których potem buduję resztę tekstu. A jeśli chodzi o polskie teksty, to konkretny temat miałem do singla "W dobrą stronę" i wiedziałem, że chcę o tym napisać. Tam bezpośrednim impulsem była ta wielokrotnie palona tęcza. [W tym momencie zza okna pokoju, w którym rozmawiamy, dobiegają chóralne głosy najpewniej nietrzeźwej grupy kibiców piłkarskich, na dźwięk których wybuchamy śmiechem] No właśnie, to chyba bohaterowie mojego teledysku i mojej historii w utworze "W dobrą stronę", "Robert" i koledzy.

A pozostałe dwa polskie teksty jaką mają genezę?

- W przypadku "Beli" chciałem opisać moje otoczenie, miejsce, w którym się teraz znajduję i moje relacje z sąsiadami. W tym wersie "z góry, z balkonu woda leje się" chodzi mi o to, że moje sąsiadki z góry dwa razy postanowiły zatrzymać spotkanie towarzyskie w moim mieszkaniu i ich najlepszym sposobem na to nie było przyjście i jakiś dialog, tylko wylanie wiadra, mam nadzieję, wody z góry na nasz balkon albo ludzi, którzy na nim stali. Chciałem opisać po prostu to, co teraz się dzieje - że nie mam łóżka, tylko śpię na materacu, a w sumie mógłbym je mieć - ten etap w życiu. Jednocześnie to również taka prywatna historia, czyli relacja z moją narzeczoną, gdzie w refrenie śpiewam o tym, że mówi przez sen i to jest bardzo zabawne. Outro tego numeru to relacja tego, co widziałem z balkonu, czyli bezdomnego kota, który chodzi i jest w bliskiej relacji z pewną panią. Obserwowałem to codziennie i jakoś mnie to wzruszyło i postanowiłem, że to będzie zakończenie. To było proste.

- Największy problem miałem z "Pastempomatem", bo w tym przypadku nie wiedziałem, o czym chcę pisać. Starałem się wymyślić temat. Jeszcze zanim ukradli mi samochód, to nim dużo jeździłem, zwłaszcza między Dąbrową a Warszawą, a bardzo to lubię. Jak jadę sam, to jest super, bo słucham sobie wtedy dobrej muzyki i to jest ekstra czas. Wtedy faktycznie dużo myślę, mijam inne samochody i myślę o tym, że w każdym tym samochodzie siedzi człowiek taki jak ja i też ma jakiś światopogląd, gdzieś jedzie i po coś. Ostatecznie stwierdziłem, że to może też być jakiś temat.

Czyli jednak zaczynałeś pisanie od znalezienia tematu.

- Tak, to był dla mnie ten przełom, że musiałem wymyślić temat utworu - to, o czym chcę napisać. Po angielsku te zdania tworzą się przypadkowo. Później oczywiście do tego tworzę jakąś historię, ale ten początek jest bardzo intuicyjny i naturalnie sam się stwarza. Gramy jakiś utwór dziesięć razy z rzędu, śpiewam i nagle zauważam, że śpiewam w kółko cały czas to samo zdanie. No więc myślę, że OK, o to chodzi i cyk, leci raczej szybko.

Po polsku nie zdarza ci się improwizować?

- Zawsze miałem ten problem, że nigdy nie improwizuję po polsku, więc to zdanie nigdy samo się nie stworzy. Czasami zapisuję coś w notatniku, jakieś przemyślenia, ale raczej rzadko z nich korzystam, bo ostatecznie są słabe. W końcu jednak udało mi się zrozumieć, że muszę mieć temat, nie mogę pisać o niczym i potem próbować nadać temu sens.

Słuchając "Annoyance & Disappoinment" odniosłam wrażenie, że muzycznie jesteś gdzieś w połowie drogi między pierwszą solową płytą a albumem Curly Heads. To jest ta muzyczna sfera, w której zagrzejesz miejsce i, w której jest ci najlepiej, czy raczej powinniśmy spodziewać się zmiany twórczego kierunku?

- Faktycznie czuję, że płyta z Curly Heads miała duży wpływ na to, co się stało z moją drugą płytą i utworami na niej. Czuję, że jest to wymieszany klimat, ale bardziej w stronę solowej twórczości. A myślę, że kolejna rzecz, którą zrobię, to będzie coś jeszcze innego. To zawsze oczywiście będzie blisko solowych rzeczy, bo zawsze tworzyłem coś takiego. Będzie się to rozwijało, będzie jakoś ewoluowało - mam nadzieję, że w dobrą stronę - ale zawsze będzie to miało taki pierwiastek, jaki był dotychczas na moich solowych płytach. Ale oczywiście będę się starał robić coś innego, żeby to nie było powtarzanie samego siebie.

Sprawdź tekst utworu "Reconcile" w serwisie Tekściory.pl!

Ewoluował też zdecydowanie twój głos. Nie dość, że się trochę zmienił, to jeszcze ty w inny sposób zacząłeś go używać. Na nowej płycie na więcej sobie pozwoliłeś, dużo eksperymentowałeś. Czy wokal traktujesz jako instrument taki, jak każdy inny? Czym jest dla ciebie wokal w piosence?

- Dla mnie wokal jest najważniejszą rzeczą, ale to wynika z tego, że śpiewam i lubię to robić najbardziej. Uważam to za moją najmocniejszą stronę w muzyce. Zdecydowanie postrzegam wokal jako instrument. Faktycznie na płycie słychać różne jego wersje i klimaty. To jest tak, jakbym zmieniał brzmienie gitary w zależności od utworu - czy ma być przester i ma być ostro, czy lirycznie i ma być delay, pogłos, przestrzeń, szept itd. O to chodzi. Ja bardziej wokal dopasowuję do tego, co się dzieje w muzyce i używam go tak, żeby się nie wybijał. Są takie utwory, jak na przykład "Focus", które bardzo trudno jest wykonać na koncercie tak, jak na płycie. To jest szybki, mocny i dynamiczny utwór, a w studiu zależało nam na tym, żeby zaśpiewać to bardzo subtelnie. To był jeden z niewielu utworów, które musieliśmy mocno szatkować . Nagrywałem kilka wersów i traciłem siłę albo nie wyciągałem. Musiałem skupiać się na poszczególnych fragmentach i zaśpiewać je doskonale, czyściutko, a jeszcze w tym subtelnym delikatnym sensie.

Jak więc dajesz radę na koncercie?

- Na koncercie nawet nie próbuję tego robić, bo nie dość, że bym się zmęczył trzy razy bardziej, to jeszcze nie byłbym w stanie później zaśpiewać dobrze innych piosenek. Żebym dał radę zaśpiewać wszystko na satysfakcjonującym poziomie podczas półtoragodzinnego koncertu, to trzeba poszukać jakich wyjść i rozwiązań. Więc w "Focusie" śpiewam mocno.

- Natomiast kończąc temat wokalu, to ja postrzegam go jako instrument i dla mnie to jest niesamowite, że można w tak różny sposób go używać. Nie tak, że to jest Podsiadło, a to Justyna Święs, a to Patrick the Pan i zawsze to słyszysz. Fajnie, żebyśmy jako wokaliści bawili się tym. Żeby to nie było tak, że zawsze jesteśmy tacy sami. Chociaż są ludzie, którzy mają swój styl, na przykład Maria Peszek, i to zawsze jest zajebiste i nie chcesz, żeby było inne. Więc nie wiadomo o co chodzi w sumie.

Podkreślałeś to, że zależy ci, aby utwory na koncertach dostały nowe, inne niż na albumie, aranżacje. Chodzi raczej o poszukiwanie nowych emocji na żywo czy to przez wzgląd na szacunek dla słuchacza, który przychodzi na koncert?

- Generalnie chodzi nam o to, żeby uszanować to, że ludzie, przychodzą na koncerty oraz, żeby dostali coś innego niż odtworzenie płyty. Byłem ostatnio na koncercie Tame Impala w Berlinie i tam dostałem dokładnie to, co na płycie, tylko że akurat na tej płycie, która jest tak produkcyjnie skomplikowana i słychać, że oni robią jakieś magiczne rzeczy, to odtworzenie tego na żywo, to jest i tak sztuka. To było fascynujące i starczyło, ale u nas to wynikało trochę z tego, że wszyscy razem nagrywaliśmy płytę. Każdy z zespołu rejestrował swoją partię i nie chciało nam się grać tego tak samo, każdy chciał dodać coś więcej, zrobić inaczej.

- A odnośnie przearanżowań starych utworów, to już od jakiegoś czasu zmieniamy i to jest właśnie fajne. To są utwory, które zostały zapamiętane, bo były często słyszane w radiu, reklamie czy gdziekolwiek, a nagle możemy je zagrać totalnie inaczej. Mnie się to bardzo podoba, że zmieniamy te rzeczy i wydaje mi się, że cały czas zmieniamy na lepsze.

Sprawdź tekst utworu "Trójkąty i kwadraty" w serwisie Tekściory.pl!

A kiedy wykonujesz po raz kolejny jakiś utwór na żywo, to jest to powrót do emocji, które towarzyszyły ci w trakcie jego powstawania, czy raczej szukasz wtedy jakichś nowych odczuć i doznań?

- Chyba nie jest to powrót do tych samych emocji. Chociaż, to też zależy. Są utwory, bardziej te ciche i spokojne, że kiedy je wykonujemy, to myślę o tym, kiedy je pisałem i o czym to jest.

Trochę jak konkretny zapach, który przypomina nam jakiś okres w życiu, osobę lub sytuację?

- Tak. Widzisz konkretne sytuacje, wyświetla się coś... Chociaż podczas koncertu jest tyle różnych emocji i są one tak intensywne, że czasami nawet nie wiem, czy myślę. Patrzę na ludzi, śpiewam i skupiam się na tym, co wychodzi ze mnie, co słyszę od chłopaków, widzę ich miny, czy się uśmiechają, czy nie. Jest tyle bodźców, że chyba bym nie powiedział, że zawsze czuję to, co czułem, gdy nagrywałem. Zwłaszcza, że jak się nagrywa płytę, to wcale nie jest takie ekstra. Znaczy, to jest super, gdy wspominasz trzy tygodnie spędzone w studiu, gdzie było cudownie, ale sam proces nagrywania jest męczący. Zwłaszcza przy takich utworach jak "Focus", o którym mówiłem, w którym musisz zaśpiewać doskonale, a jest to trudne. No i śpiewasz jedną rzecz dwadzieścia razy z rzędu i w pewnym momencie zaczynasz nienawidzić tej piosenki. I nie chcesz jej słuchać, ale mija kilka godzin i mówisz "OK, to jest ekstra".

- Wydaje mi się, że Dave Grohl powiedział, że najgorszą rzeczą, którą możesz zrobić nowemu kawałkowi, który lubisz, to nagrać go w studiu. Oczywiście później jest ekstra i uwielbiasz ten utwór. Ale sam proces rejestrowania - żeby to było dokładnie tak, jak sobie to wymarzyłeś - boli, ponieważ dużo trzeba poświęcić czasu i energii, żeby tak wyszło.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Dawid Podsiadło | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje