Reklama

Piotr Cugowski: Nigdy nie mów nigdy

Piotr Cugowski wystąpi podczas Polsat SuperHit Festiwal w Sopocie /Michał Pańszczyk /materiały promocyjne

Reklama

Piotr Cugowski wystąpi podczas tegorocznego Polsat SuperHit Festiwal w Sopocie. W czasie Koncertu platynowego syn lidera Budki Suflera wykona piosenkę "Kto nie kochał". Wokalista opowiedział nam o współpracy z bratem, Wojtkiem Cugowskim, o swoim planach na przyszłość oraz o swoim pozamuzycznym hobby.

Mateusz Kamiński, Interia: Trzy lata temu z albumem "40" rozpocząłeś solową karierę. Co czuje muzyk, który zaczyna działać poza zespołem, na własną rękę?

Piotr Cugowski: - Dla mnie nadal w jakiś sposób to jest nowa sytuacja, ale czuję się fantastycznie, bo jestem sam sobie sterem i okrętem. Wiem już, że nie znudzi mi się to, bo jest dużo swobodniej i spokojniej. Ale zespół Bracia był i jest dla mnie najważniejszy, dzięki niemu wypłynąłem. Mieliśmy fantastyczne chwile, mieliśmy też chwile gorsze - jak w każdym zespole. Długo walczyliśmy o naszą pozycję na rynku. I po prostu przyszedł czas na to, żeby zrobić coś solowego.

Reklama

W tej chwili jestem w trakcie prac nad drugą płytą. Nie wiem jeszcze, kiedy się ukaże, bo okres pandemii pokrzyżował wiele planów. Po premierze pierwszej płyty mieliśmy zaplanowaną całą trasę i musieliśmy te plany odłożyć. W tej chwili, praktycznie od kilku miesięcy, odgrywamy dopiero tę płytę po raz pierwszy na koncertach.

Sądzisz, że rynek muzyczny wróci teraz do normy? Jak się czułeś wtedy, gdy zdałeś sobie sprawę, że wszystko co zaplanowałeś trzeba będzie przenieść na nieokreśloną przyszłość?

- Wiesz, nie tylko ja miałem plany, wszyscy planowali różne rzeczy, a pandemia pokazała nam, że można coś zaplanować, dopiąć, a przychodzą okoliczności niezależne od nas, silniejsze i wszystko trzeba zmienić, planować od nowa, a przede wszystkim poukładać sobie w głowie. Na pewno było to bardzo trudne na początku pandemii, bo w zasadzie nie było wiadomo, ile to potrwa. Więc był to na pewno bardzo trudny okres, ta cała huśtawka emocjonalna... Ale dzisiaj spoglądam z wielką nadzieją, że cały rynek koncertowy, muzyczny wróci do stanu sprzed pandemii. Oczywiście nie stanie się to od razu. Będzie to na pewno wieloletni proces, z tego względu, że mnóstwo osób ucierpiało z tytułu braku wpływów - mam na myśli tutaj firmy zajmujące się techniką sceniczną, ekipy oświetleniowe, dźwiękowe. Więc ten proces będzie trwał. Ale tak, jak rozmawiamy w gronie zawodowym - wszyscy patrzymy w przyszłość z wielkimi nadziejami.

Powiedziałeś, że Bracia to dla ciebie najważniejszy projekt. Czy to oznacza, że to nie jest jeszcze zamknięty rozdział?

- Mam nadzieję, że nie, ale na pewno jest jeszcze za wcześnie, żeby o tym rozmawiać. Aktualnie obaj z Wojtkiem sprawdzamy się na polach solowych, Wojtek właśnie wydał swoją pierwszą płytę, ja przygotowuję drugą, to się po prostu toczy swoim torem, który nam obu bardzo odpowiada. Moja droga solowa jest teraz dla mnie najważniejsza i to jest naturalna sprawa. Natomiast jest takie powiedzenie, żeby nigdy nie mówić nigdy, kto wie co się zdarzy.

Gdy zawiesiliście działalność czytałem w internecie wypowiedź waszego taty [Krzysztof Cugowski - przyp. red.], że rozpad Braci jest błędem. Niektórzy plotkowali, że się pokłóciliście. Jak to było?

- Byliśmy po dziesięciu latach bardzo ciężkiej i intensywnej pracy, spędzaliśmy ze sobą 3/4 roku, graliśmy czasem do stu koncertów rocznie. Nagraliśmy płytę, później kolejną z projektem "Cugowscy", a gdy zasiedliśmy do kolejnego albumu, po kilku próbach po prostu uznaliśmy, że nastąpiło tzw. zmęczenie materiału i że powinniśmy trochę odpocząć od tego trybu. To jest naturalna sprawa i zdarza się to dość często w grupach ludzi, którzy spędzają ze sobą tyle czasu non stop. Czy to był błąd? Nie wiem, na ten moment jestem bardzo zadowolony ze swojej drogi solowej, bo to był dla mnie wielki sprawdzian.

W swoje okrągłe urodziny wydałem płytę "40", mam wspaniały zespół i już w piątek 20 maja, będziemy mieli okazję pokazać się w Sopocie na festiwalu Polsat SuperHit Festiwal 2022, gdzie na "Koncercie platynowym" wystąpimy z utworem "Kto nie kochał", który pokrył się platyną. Więc mam nadzieję, że ta dobra passa będzie się utrzymywała jak najdłużej, ale podstawą jest praca i pokora, a ja staram się do wszystkiego podchodzić z pokorą i z dystansem.

Jeśli chodzi o solowe występy, to czasem z takich rozwodów wynika też sporo dobrych rzeczy - wystarczy spojrzeć na solową twórczość Beatlesów zaraz po rozpadzie...

- Wiesz, ja nie będę się absolutnie porównywał z Beatlesami (śmiech), ale to pokazuje, że zespół kilku ludzi to oprócz kompetencji muzycznych również emocje, które zawsze pojawiają się między ludźmi, którzy mają bardzo silne osobowości. I już.

Pochodzisz z naprawdę rockowej rodziny. Pamiętasz kiedy zacząłeś się interesować muzyką, albo zdałeś sobie sprawę, że twój tata to ten słynny lider Budki Suflera?

- Dla mnie to było normalne, nic w tym dziwnego nie było (śmiech). Dorastałem w domu pełnym muzyki - tej muzyki było zawsze naprawdę bardzo dużo. Jakoś naturalnie i prawie od zawsze ciągnęło mnie, nawet nie tyle na scenę, ale do śpiewania. Nie potrafię powiedzieć, kiedy nastąpił ten moment, ale działo się to naturalnie - szkoła muzyczna, pierwsze składy półamatorskie i występy, nagrania. Nie wiem, czy był taki moment, że powiedziałem sobie "od dziś będę zawodowym muzykiem".

Na pewno pamiętam taki moment dwadzieścia kilka lat temu, kiedy zaczęliśmy już grać regularnie i pojawiały się różne występy w mediach, że nastąpił moment, w którym zaczęliśmy być rozpoznawalni. I pojawiła się obawa - czy ja będę gotowy na to, żeby też nie być już anonimowym. Pamiętam, że ta myśl nie dawała mi spokoju. Że już nie będzie jak było, że ludzie będą nas porównywać. Natomiast przez te lata nigdy nie oszukiwaliśmy słuchaczy i obraliśmy swoją drogę. Nie była to łatwa droga, ale myślę, że nic bym nie zmienił.

Wśród twoich inspiracji gdzieś przewijał się zespół Queen, a jako Bracia wydaliście album-hołd: "A Tribute To Queen". Czy widzisz siebie jeszcze kiedyś robiącego coś podobnego, podobny hołd dla innych artystów? Albo śpiewający Queen z tej bardziej popowej ery? (śmiech)

- Zespół Queen nigdy nie był tak naprawdę moją inspiracją i naszą inspiracją zespołową. Było nam bliżej zawsze w stronę Led Zeppelin, Deep Purple, innej klasyki lat 70. Natomiast jakoś w 2007 roku dostaliśmy propozycję nagrania takiego albumu-hołdu. Biliśmy się z myślami, co zrobić i nie chcieliśmy iść na łatwiznę, czyli robić czegoś, na czym naturalnie wzrośliśmy. Daliśmy sobie ciężkie zadanie próby zmierzenia się z repertuarem Queen, który zawsze docenialiśmy, bo lata 80. to były niepodzielne rządy właśnie Queen. Okazało się to naprawdę bardzo trudne, a ja trochę świadomie chciałem postawić sobie wysoko poprzeczkę, bo wiedziałem, że oprócz głównych linii melodycznych zespół specjalizował się w wielogłosach, w chórkach, w nietuzinkowym podejściu harmonicznym do kompozycji.

Pracowaliśmy nad tą płytą bardzo długo. Czy z sukcesem czy nie, tego nie wiem... To było wiele lat temu, płyta jest pamiątką tamtych czasów i czasem do niej wracam. Jeśli chodzi o drogi zespołu Queen, to zdecydowanie skłaniam się w stronę lat 70., w ich hardrockową część, nie tę lekko popową z lat 80. Nagrywając krążek musieliśmy zawrzeć też największe przeboje z lat 80., których bardzo tylko łatwo i przyjemnie się słucha, ale bardzo trudno się je wykonuje i nagrywa. Na dzisiaj to jest temat zamknięty i nie widzę powodu ani sensu powielania tego pomysłu.

Przez najbliższy czas jesteś na co dzień w trasie, a czym zajmujesz się poza nią?

- Tak, teraz wracamy do grania, prób, nagrywamy nowe rzeczy, gramy koncerty. Ten okres pandemiczny - wielu ludzi mówi, że był to dobry okres na nagrywanie, zbieranie materiałów na jakieś takie "przygotowanie się" na przyszłość. Powiem szczerze, że dla mnie ten okres nie był płodny muzycznie, bo żebym mógł skupić się na komponowaniu i tworzeniu, muszę mieć spokojną głowę. Więc teraz zapominamy już o tym czasie jak o złym śnie - mamy nowe pomysły i nową energię. Natomiast przez ten czas jedyne, co udało mi się zrobić, to prawo jazdy na motocykl (śmiech). Kiedyś jeździłem jako dzieciak motocyklami. Ale w końcu postanowiłem robić to legalnie (śmiech). Co nie było wcale takie proste. Egzamin na kategorię A jest bardzo trudny, ale udało mi się i teraz już mogę rozwijać moją motoryzacyjną pasję na tzw. legalu (śmiech).

Każdy musi mieć jakąś poboczną pasję, jakiś taki "wentyl bezpieczeństwa"...

- Tak, to jest moja pasja od dzieciństwa. Nawet dzisiaj miałem trochę czasu, żeby trochę podłubać przy motocyklu. Ja lubię majsterkować i bardzo mnie to relaksuje, wycisza i dystansuje.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama