Reklama

Open'er Festival 2012

Open'er 2012: Jakby kto pytał, to wszystko wina Świetlickiego

Open'er Festival 2012 dobiegł końca i od razu zrobiło się jakoś smutniej. Sprawdźcie, co działo się ostatniego dnia gdyńskiego święta muzyki alternatywnej!

I znów jesteśmy zmuszeni zacząć od raportu meteorologicznego, bo to, co wydarzyło się z pogodą na godzinę przed występem Mumford & Sons, było istnym armagedonem. Burza połączona z naprawdę potężną ulewą w ciągu kilkudziesięciu minut zamieniła teren festiwalu w koszmarną, błotnistą rzekę.

Burzo, precz, Mumford & Sons idą

Reklama

Na szczęście tuż przed 20 sytuacja się poprawiła i udało się rozstawić sprzęt zespołu. Małe opóźnienie nie zniechęciło fanów, którzy stojąc miejscami po kostki w wodzie i błocie, przywitali zespół owacyjnie. A Mumford & Sons najpierw przeprosili za przywiezienie z Wysp Brytyjskich deszczowej pogody, a potem dali pełen pasji i radości z muzykowania koncert.

Zaczęli od nowego kawałka "Lover's Eyes", by po chwili przejść do dwóch pewniaków ze swojego debiutu - "Little Lion Man" i "Winter Winds". I tak przez cały koncert przeplatali świetnie znany materiał z kompozycjami, które na płycie ukażą się jeszcze w tym roku. Kompozycje te zabrzmiały bardzo przebojowo i już po pierwszym przesłuchaniu można zaryzykować stwierdzenie, że Mumford & Sons poradzą sobie z presją przy nagraniu następcy "Sigh No More".

Początek koncertu ozdobiła efektownymi piorunami dopiero co odchodząca burza, potem zaświeciło słońce i pojawiła się piękna tęcza. Gdy kończyli porywającym "The Cave", nikt już nie pamiętał, jak wiele działo się tego wieczoru w temacie pogody. Wygrała muzyka, wygrały melodie, wygrały świetne piosenki Mumford & Sons.

Eksperymentalna wolta

Przeglądając line-up tegorocznego festiwalu, zwracało uwagę, że dwóch wykonawców ze sceny głównej troszkę odstaje od standardowej "linii muzycznej" Open'era. To Krzysztof Penderecki oraz sobotni headliner - The Mars Volta. Muzyka Amerykanów to nie jest rock, który najczęściej słyszymy na tym festiwalu, to nie jest brzmienie Franz Ferdinand, czy Friendly Fires. The Mars Volta to muzyczne szaleństwa, awangarda, eksperyment i łamanie wszelkich barier. Tutaj rock jest tylko punktem wyjścia, a że ci muzycy to wspaniali instrumentaliści, tylko od ich wyobraźni zależy, gdzie ze swoim graniem dojdą.

Nie ma co ukrywać, dla większości show The Mars Volta okazał się zbyt dużym wyzwaniem i przed główną sceną tłumów nie było. Najbliżej niej pojawiało się sporo fanów grupy, ale widzieliśmy też przy barierkach wiele twarzy przerażonych dźwiękami dochodzącymi ze sceny. Trzeba też przyznać, że wielu, którzy dali szanse Mars Volcie, zespół przekonał do siebie. Bo show dał imponujący. Psychodelia, gitarowe riffy, progresywne konstrukcje piosenek, połamane rytmy, potęga brzmienia i jazzowy feeling. Tak było podczas tej godziny.

Szalał na scenie charyzmatyczny wokalista Cedric Bixler-Zavala, który raz po raz schodził do publiczności i podejmował z nią dialog. Jedną z jego zdobyczy podczas takich wypraw była maska kurczaka, którą pożyczył na kilka minut i zaśpiewał w niej całą piosenkę. Otrzymał też od fanów bukiet słoneczników, który z rockową furią kilka minut później roztrzaskał o perkusję. Na scenie na pewno nie wiało nudą.

Fascynująca ostrożność

Minimalizm na scenie głównej letniego festiwalu? To działa! Różnorodność reakcji na londyński zespół The xx - od słuchania w skupieniu po hipnotyczny, taneczny trans - dowodzi, jak wielopłaszczyznowa paradoksalnie jest ich muzyka.

Paradoksalnie, ponieważ The xx są tak oszczędni w formie, że ich ulubionym instrumentem zdaje się być powietrze. Wielowymiarowość została więc zaklęta w najostrożniej stawianych dźwiękach. The xx z ostrożności i delikatności uczynili swój dogmat, a za największego wroga obrali instrumentalny i treściowy przepych.

Magnetyczny występ The xx, podczas którego usłyszeliśmy również nowe, obiecujące utwory grupy, utwierdził nas w przekonaniu, że jest to zespół nie tylko dobry, ale przede wszystkim ważny.

Bat na nudę

Jeśli na kilka minut przed występem artysty w namiocie, namiot jest pełny, to wiedz, że coś się dzieje. W festiwalową sobotę, co chwilę słyszało się wśród dyskutujących o wydarzeniach tego dnia, że "idą na Bat For Lashes".

Natasha Khan, która występuje pod pseudonimem Bat for Lashes, to dziś jeden z najlepszych i najbardziej oryginalnych kobiecych głosów muzyki alternatywnej. Poza budującym wspaniałe emocje wokalem, ma też po prostu świetne piosenki. Czy to te z debiutu, jak otwierający set "What a Girl To Do?", czy też z kolejnej płyty, która wprowadziła ją do muzycznej ekstraklasy, albumu "Two Suns". Ba, wokalistka swoimi znakomitymi nowymi utworami udowodniła, że ma coraz więcej świetnej muzyki o brzmieniu godnym najlepszych wykonawców muzyki alternatywnej. Chyba nikt nie wychodził z przepełnionej sceny namiotowej rozczarowany.

Odwieczny dylemat festiwalowicza

Nałożyły się na siebie występy Janelle Monae i Friendly Fires. Były to koncerty artystów wszechstronnych, choć w zupełnie innych wymiarach: Monae postawiła na broadwayowską oprawę i soulowo-funkową frywolność ze szczyptą Nowego Orleanu, a ci drudzy roztoczyli pełen wachlarz swoich etnicznych inspiracji.

Oba koncerty warte uwagi, choć osadzone w warunkach ostrej konkurencji, bo rywalizować o względy festiwalowiczów musiały również w kontekście wydarzeń na scenie głównej. Ale niech walczą o nasze względy, proszę bardzo. Niech kupczą utworami, niech zachęcają polotem czy charyzmą. Wszystkim wyjdzie to na dobre.

Jakby kto pytał...

Zaskakującym wyborem w tegorocznym open'erowym zestawie były dwa polskie zespoły: legenda punk rocka Brygada Kryzys i poezja na rockowo - Świetliki.

Choć nie pasowali, to się wpasowali. A właściwie zostali wpasowani przez samą publiczność, która nogami, rękami i gardłami przyznała zasłużonym grupom wotum zaufania.

Marcin Świetlicki z nieodłącznym papierosem w ręku wykonał najpierw utwory z płyty "Ogród koncentracyjny", a potem połechtał publiczność przebojami: "Filandią" i "Nieprzysiadalnością".

Okazało się, że oberwanie chmury, które zwaliło się festiwalowiczom na głowę, jest winą Świetlickiego właśnie.

"Pomyślałem dzisiaj, że fajnie by było, jakby o 19 (godzina występu Świetlików - przyp. red.) spadł deszcz. Także jakby kto pytał, to ja za to odpowiadam" - oznajmił ze sceny poeta, który jak na siebie kokietował widownię bardzo.

"Cicho, cicho. I tak wiem, że czekacie na inne zespoły" - droczył się Świetlicki, słysząc burzę oklasków.

Koniec!

11. edycja Open'er Festival dobiegła końca. Cztery dni pozwoliły uczestnikom zapomnieć o Bożym świecie i oddać się muzyce i/lub konsumpcji piwnej. Choć nie było gwiazd-gigantów (takich jak Prince, Coldplay czy Pearl Jam), to do Gdyni ściągnęły tłumy. I za rok też przyjadą.

Z Gdyni: Mateusz Smółka, Michał Michalak

(Adnotacja do filmiku - oczywiście wyjątkiem w kategorii piętna jest Krzysztof Penderecki! Co do zespołów zdania nie zmieniamy.)

Czytaj relacje z poprzednich dni w naszym raporcie specjalnym!

INTERIA.PL

Reklama