Reklama

"Bitwa na głosy": Zobacz kulisy castingów!

W premierowym odcinku "Bitwy na głosy" poznaliśmy cztery z ośmiu startujących w programie zespołów: wokalną reprezentację Warszawy pod wodzą Nataszy Urbańskiej, ekipę z Zielonej Góry z Urszulą Dudziak na czele oraz drużyny Michała Wiśniewskiego (Łódź) i Piotra Kupichy (Katowice). Nasi wysłannicy towarzyszyli gwiazdom "Bitwy..." podczas zimowych przesłuchań. Oto, co udało nam się podejrzeć!

Wzruszona Urszula Dudziak - czytaj relację z pierwszego odcinka "Bitwy na głosy"!

Reklama

Z wszystkich castingów, na których byliśmy, najmniej talentów wychwyciliśmy w Katowicach, gdzie kandydatów przesłuchiwał Piotr Kupicha. Ale można to częściowo usprawiedliwić faktem, że był to dopiero drugi casting i o "Bitwie..." nie było jeszcze głośno.

Rozbawił nas za to 30-letni jegomość, który dobre półtorej godziny analizował umowę z TVP - każdy uczestnik musi ją podpisać przed wyjściem na scenę - podnosząc wątpliwości przy wszystkich niemal punktach. Akcji "waham się, czy podpisać" przyglądało się pięciu rosłych kolegów, których ze sobą przyprowadził. Krótko po tym, jak zdecydował się przyłożyć długopis do umowy, okazało się, że do finałowej szesnastki jednak nie wszedł.

Kandydaci nie byli świadomi, że sygnały o ich zachowaniu za kulisami docierają do realizatorów. Gdy pojawiała się informacja, że uczestnik w "poczekalni" nie jest skory do współpracy z ekipą show - nie chce brać udziału we wspólnych akcjach, zastanawia się, czy na pewno ma ochotę wystąpić - był to poważny argument na jego niekorzyść.

Najbardziej "rozbrajającym" uczestnikiem katowickiego castingu - oprócz faceta, który śpiewał "Jozina z Bazin" - był Mateusz Piecowski, który zaimponował liderowi Feel, wykonując rockowy klasyk "Knockin' On Heavens Door".

- Dostałem się do szesnastki, jest bombastycznie, normalnie emocje jak na grzybach - podzielił się wrażeniami po zejściu z planu.

Predyspozycje do zostania gwiazdą katowickiej reprezentacji ma z pewnością 17-letnia Sara Kurzyńska, która na casting przyjechała z chłopakiem i tatą.

- Pan reżyser dał mi sposób na tremę: mam być podekscytowana, a nie zdenerwowana - powiedziała nam młoda wokalistka.

- Usłyszałam też, że mam potencjał, ale muszę się przemóc z pewnością siebie - dodała odrobinę speszona Sara.

17-latka śpiewa bardzo soulowo, zapytaliśmy więc, na kim się wzoruje.

- Dla mnie ludzie, którzy wrzucają swoje filmiki na YouTube są często bardziej kreatywni niż ci prawdziwi artyści.

W Zielonej Górze Urszula Dudziak miała nie lada kłopot. Kłopot bogactwa. Chyba w żadnym innym mieście nie było takich problemów z wybraniem finałowej szesnastki. Długo naradzano się, co zrobić z rodzeństwem Iwaniec - 24-letnią Natalią i 29-letnim Łukaszem. Z jednej strony Natalia zaprezentowała się lepiej od brata, a z drugiej - gdy wystąpili w duecie, widać było świetną chemię między nimi. Ostatecznie Dudziak zdecydowała się nie rozdzielać rodzeństwa.

Spory aplauz od realizatorów show zebrał po jednym z przesłuchań operator kamery, który w pewnym momencie "zagotował się". W takim stanie - rozpaczliwie powstrzymując śmiech - udało mu się przetrwać kilka minut. Po haśle "kamery stop" z gratulacjami pospieszyła cała ekipa, a on mógł dać wreszcie upust "głupawce".

Za kulisami furorę robił niejaki "Żwirek", który tym razem kazał tytułować się Wolfgang. "Żwirek" zajmował się przede wszystkim rozweselaniem uczestników, instruował ich też, jak się zachowywać przed kamerami, zachęcał do wspólnych akcji. Jak na wszystkich poprzednich castingach, był dobrym duchem "Bitwy...", a uczestnicy odwdzięczyli się, skandując na koniec jego ksywkę.

W zielonogórskiej palmiarni finalistom udało się dwa razy wzruszyć piosenkarkę do tego stopnia, że pojawiły się nawet łzy. Trzeba przyznać, że Dudziak doskonale zniosła trudy całego dnia na planie zdjęciowym - o godzinie 18 Piotr Kupicha był już w Katowicach wyraźnie znużony, tymczasem Dudziak tryskała humorem do samego końca, czyli do 21. W finale zielonogórski zespół wykonał utwór "The Lion Sleeps Tonight", doskonale korespondujący ze scenografią castingu.

Przesłuchaniom w palmiarni uważnie przysłuchiwały się rozmaite stworzenia wodne i żółwie.

Michał Wiśniewski, który sprawdzał łódzkie talenty (sam uczciwie przyznał, że wszyscy śpiewają lepiej od niego), miał na sam koniec wybrać dwie dziewczyny z trzech. Lider Ich Troje im intensywniej się nad decyzją zastanawiał, tym bardziej nie wiedział, co zrobić. Wszystkie trzy były bardzo dobre. A miejsca pozostawały tylko dwa.

W końcu zdecydował, że weźmie energiczną Magdę Kusiak (występowała kiedyś w "Feriach z Jedynką" i w "5-10-15"), a o losie pozostałych dwóch zdecyduje... rzut monetą. Reżyser pomysł podchwycił i rozpoczęła się wielka narada. Trzech operatorów, reżyser, producenci, wreszcie Wiśniewski zgromadzili się w kółku i dyskutowali, jak to pokazać: który operator pokaże monetę, który zbliżenie twarzy, a co jak moneta spadnie na ziemie, a czy Michał mógłby najpierw monetę pokazać operatorowi, a potem dziewczynom, niech trochę przedłuży ogłoszenie werdyktu... Ze zdumieniem, ale też podziwem oglądaliśmy, jak kwestia rzutu monetą staje się przedmiotem długiej, ożywionej dyskusji.

Ekipa programu często próbowała przewidywać, jak uczestnicy będą reagować na różne nietypowe wydarzenia i jak to najlepiej pokazać. Do tych przewidywań dopasowywany był na bieżąco scenariusz dalszych wydarzeń. Gwiazdy "Bitwy..." otrzymywały szczegółowe instrukcje, jak wydobyć z uczestników jak najsilniejsze reakcje.

Gdy w Zielonej Górze trzy dziewczyny, które weszły do szesnastki po wyciągnięciu identycznych słomek, rzuciły się na siebie i przewróciły razem na ziemię, gdzie kontynuowały szał radości - realizatorzy byli z siebie wyraźnie zadowoleni. Gdy natomiast po wspomnianym rzucie monetą reakcją było lekkie zdziwienie i niedowierzanie - widać było w ekipie spory niedosyt. Na ekranie miało przecież kipieć od emocji. Krzyk, pisk, łzy, śmiech, podskoki, taniec radości - to najbardziej pożądane zachowania.

Na pożegnanie Michał Wiśniewski, który podobnie jak Urszula Dudziak, do późnego wieczora był w świetnej formie, podarował nam swoje karty do pokera.

Nataszy Urbańskiej na castingu w warszawskim teatrze Studio Buffo doradzał Janusz Józefowicz - mąż wokalistki i dyrektor artystyczny Buffo. Warto podkreślić, że Józefowicz jako pierwszy w Polsce organizował przesłuchania młodych wokalistów z prawdziwego zdarzenia - w ten sposób rekrutował na początku lat 90. załogę słynnego już musicalu "Metro".

- Wiele razy podglądałam Janusza jako jego asystentka, jak on to robi... Czy ja też tak potrafię? Bardzo bym chciała - powiedziała Natasza portalowi INTERIA.PL.

Natasza sceptycznie patrzyła na bardzo młodych adeptów śpiewania. Wokalistka uważa, że 11, 12 lat to jeszcze za wcześnie, by robić karierę na scenie.

- Pamiętam, jak miałam 13 lat, też mi się wydawało, że już jestem gotowa i to było dla mnie za wcześnie. Wtedy wariujesz, nie wiesz, co jest ważne, nie chcesz wracać do szkoły, wydaje ci się, że świat do ciebie należy - wspomina gwiazda Buffo.

Podczas warszawskiego castingu najbardziej towarzyskim miejscem okazały się toalety, gdzie uczestnicy organizowali sobie rozśpiewanie.

Urbańska trochę żałowała, że przesłuchania rozpoczęły się z samego rana. - Wczesne wstawanie mi nie służy - kręciła głową.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama