Reklama

OFF Festival 2019. Relacja z pierwszego dnia. Dokąd zmierzamy?

Kolejna edycja Off Festivalu otwarta. Tegoroczny line-up zaliczał się do naprawdę mocnych i ciekawych, zainteresować mógł nawet festiwalowych sceptyków i malkontentów. Zdanie to podzielali zarówno wieloletni bywalcy jak i osoby, które po raz pierwszy przybyły do Katowic dla konkretnych nazwisk czy bandów. Spośród bogatego programu pierwszego dnia, nie zawiedli artyści, z których występem wiązano spore oczekiwania m.n. Jarvis Cocker, ale nie zabrakło też niespodzianek. Dzień ten należał do trzech bohaterów, z bardzo różnych bajek. Wszyscy przyjaźnie otworzyli publiczności drzwi do swoich światów, które nie zawsze były sielankowe, zawsze jednak pociągające, niejednoznaczne, podszyte jakąś historią, która nadawała im głębię.

Jarvis Cocker zachwycił nie tylko piosenkami, ale też teatralnym show

Katowice po raz kolejny stały się pulsującym sercem muzyki alternatywnej. Już od godziny 15 do Doliny Trzech Stawów ciągnęły tłumy kolorowych, często oryginalnie, a czasami ekscentrycznie ubranych ludzi, wśród których w oczy rzucał się nowy trend - fani i wyznawcy Piernikowskiego w dedykowanych mu koszulkach.

Reklama

Aż przyjemnie było patrzeć na tę różnorodność, pomysłowość i różne kanony piękna, a przede wszystkim na akceptację do wyrażania siebie na różne sposoby. Wszyscy, bez względu na przekonania, poglądy, kolor skóry, orientację etc. przyszli na OFF Festival dla muzyki, która była na pierwszym miejscu. Biorąc pod uwagę jej różnorodność i liczbę zespołów prezentujących się na każdej z pięciu scen, chyba nie było osoby, która nie wyszłaby pierwszego dnia czymś zachwycona i muzycznie spełniona.

Otwarcie z przytupem

Na samym początku przytup mógł być bardziej taneczny, w rytm tego, co grała Niemoc, lub ciężki i mocny, stawiany do brzmień Dynasonic. To były pierwsze zespoły, które zagrały w czasie, gdy  ludzie jeszcze się schodzili i rozgrzewali się przed długim wieczorem i nocą. Niemoc - trio z Zielonej Góry - zgromadziło naprawdę sporą publikę, która szybko weszła w klimat muzyki z długo wyczekiwanego krążka "Baśnie". Sporo tu było dyskotekowych, tanecznych rytmów doprawionych odrobiną melancholii i postpunkowego niepokoju. Panowie wyszli na tarczy z niełatwej sytuacji gry tego typu muzyki w otwartej, dziennej przestrzeni. Dynasonic było już zdecydowanie cięższym, mocniejszym i bardziej mrocznym brzmieniowo graniem z pogranicza dubu. Repetytywna, transowa i minimalistyczna w formie muzyka skupia się przede wszystkim na rytmie. To on był tu kluczem i przewodnikiem, który wciągał we wspólną medytację. 

Po takim wstępie publiczność znów rozpierzchła się na różne strony. Jedni poszli posłuchać rodzinnego składu Santabarbara, który tworzy kolejne pokolenie muzycznej rodziny Pospieszalskich. Łukasz, Szczepan i Nikodem wychowali się na muzyce punkowo jazzowego zespołu Tie Breaku i to właśnie ona stała się dla nich punktem wyjścia w stronę popu i tworzenia swojego, nowego języka. 

Podczas gdy część publiki słuchała niebanalnych piosenek Santabarbary, duża część wybrała igraszki z muzyką jednego z najoryginalniejszych i niepokornych reprezentantów jazzowo-improwizowanej (choć nie tylko) sceny artysty. Trio Jazzowe Marcina Maseckiego zagrało z nowym instrumentem, zamiast kontrabasu zabrzmiała bałałajka kontrabasowa, a grupa wykonała kompozycje lidera inspirowane płaczem i bieganiem. Zagrali dancingowo, ale jednak nie do tańca, było to bowiem coś, na miarę muzyki odbitej w krzywym zwierciadle. Masecki chętnie dokładał dysonanse i bawił się przetworzonym, elektronicznym brzmieniem, grając jednocześnie na swoim  lekko rozstrojonym pianinie. Sekcja natomiast z fantazją bawiła się rytmem i rozgrywała kolejne podania lidera. Klasa, fantazja i dobra zabawa, zarówno dla muzyków, jak i słuchaczy. 

W zupełnie innym kierunku odpłynął Perfect Son, czyli Tobiasz Biliński. Sporo osób przyszło, by posłuchać pierwszego Polaka, który wydał płytę w ulokowanym w słynnym amerykańskim labelu Sub Pop. Zabrzmiały utwory z albumu "Cast", a słuchacze otrzymali emocjonalne, wzbogacone wysokim wokalem, elektropopowe kawałki.

Przeciwieństwem dla tego raczej spokojnego grania było to, co zaserwowało eksperymentalno-metalowe The Body. Słychać ich było z naprawdę dużej odległości, a zbliżając się do namiotu, gdzie grali, człowiek ulegał złudzeniu, że w jego kierunku toczy się masywny walec. The Body na koncertach nie pozostawiają jeńców, a dobrym odzwierciedleniem atmosfery, którą i tym razem stworzyli, jest tytuł jednej z ich płyt - "No One Deserves Happiness". 

Trzy główne narracje

Opowieści z trzech różnych bajek, które okazały się tymi najbardziej wciągającymi, poprzedziło jeszcze kilka innych koncertów. Przyjemną brzmieniowo, ale nieco gorzką w przekazie była muzyka Pablopavo i Ludzików z Naprawdę Dużym Zespołem. Pablopavo fantastycznie przekuwa myśli na słowa, a z Ludzikami oprawia je w atrakcyjną muzyczną formę. Podczas tego koncertu wniósł jeszcze jedną wartość – większy skład złożony z ciekawych muzyków, którzy słowa przeplatali swoimi solowymi improwizacjami.

Zaraz po nich zagrał Durand Jones & The Indications, z liderem, który swoją twórczością nawiązuje m.in. do spuścizny Marvina Gaye'a oraz OM - kalifornijskie trio, które postawiło na medytacyjne, momentami psychodeliczne, ciężkie i posępne brzmienia. To, że mocne gitarowa muzyka nie umarła, pokazać miało londyński Black Midi. Miało być punkwo-noisowe uderzenie, były momenty, wyłaniające się z nieco chaotycznego grania, dlatego też po kilkunastu minutach, wraz z częścią uczestników, udałam się sprawdzić, co dzieje się na innych scenach. Później słyszałam jednak głosy, że warto było poczekać dłużej. 

A teraz do sedna…

Pierwszą z ważniejszych, a dla niektórych najważniejszą tego dnia historię otworzył raper slowthai, zwany czasami też jako "brexit bandit". Nazywają go głosem niższej klasy w Wielkiej Brytanii. To głos gorzki, bezkompromisowy, głos, który nie przebiera w słowach, uderza celnie i bez znieczulenia w czułe punkty brytyjskiej społeczności. Nie niesie nadziei, a obnaża to, z czego zdecydowanie nie można być dumnym.

Zabiera głos z pozycji "człowieka ulicy", swojego, kogoś, kto jest blisko i tak też się zachowuje na scenie. Zero barier, niesamowita energia i umiejętność nawiązania żywego kontaktu z publicznością. Wciągnął na scenę nawet jednego z fanów, pozwalając mu ze sobą wykonać kawałek. Czuł się tak swobodne, że szybko zaczął się rozbierać ostatecznie biegając po scenie w samej bieliźnie. Jego niesamowita energia, kontakt z ludźmi, muzyka i jej przekaz sprawiły, że to on dla wielu osób (dało się to słyszeć w komentarzach), był nadrzędnym głosem pierwszego festiwalowego dnia. Świetny koncert, z którego chyba nikt nie wyszedł rozczarowany, fani wyglądali na wniebowziętych, a ci, którzy dopiero poznali rapera, na mile zaskoczonych.

Kolejny koncert był jednym z ważniejszych i przez wielu wyczekanych. Przy ostatnich promieniach zmierzchającego dnia grać rozpoczął iście kosmiczny skład – The Comet is Coming. Jego lider - saksofonista i klarnecista Shabaka Hutchings - King Shabaka – to jedna z czołowych postaci brytyjskiej sceny jazzowej. Ten jednak skład jest najmniej jazzowym z tych, które tworzy. To muzyka pozostająca pod wpływem twórczości Sun Ra, sam lider zresztą współpracował z Sun Ra Arkestra. Jego saksofon w tej kosmicznej grupie spotyka się z electro-funkowym duetem: syntezatorami Danalogue (Dan Leavers) i perkusją Betamaxa (Max Hallett).

Pełne pasji zespołowe, przestrzenne i bardzo głośne granie, trochę psychodelii i swego rodzaju przebojowość sprawiły, że tej muzyce nie sposób było się oprzeć. Nie było osoby, która choć przez chwilę nie uległaby bujaniu do zmasowanej, potężnej fali rytmu. "Nadciąga Kometa, niesie kres życia w znanej nam formie, obwieszcza świt nowej ery. Dzięki nieuniknionemu fizycznemu zniszczeniu naszej planety powstanie przestrzeń, gdzie wszystkie pozostałości politycznej, społecznej i ekonomicznej hierarchii zostaną wymazane i przekroczone" – napisali w swoim oświadczeniu muzycy i nie, nie przesadzili. Swoją muzyką i postawą mają szansę przekonać do jazzu bardziej, a niżeli natchniony, rzucając hasła miłości i pokoju, przereklamowany Kamasi Washington. Ogień! 

Po tych koncertach wydawało się, że już nic nie przebije wcześniejszych doświadczeń, a jednak, wisienką na torcie, która stanowiła doskonałe i bardzo smaczne zwieńczenie pierwszego dnia OFF Festivalu, okazał się występ Jarvisa Cockera, który prezentował swój nowy, enigmatyczny projekt JARV IS... To co pokazał, było czymś więcej niż koncertem, jego głos, ruchy, pozy nosiły znamiona teatralnego widowiska, momentami  przypominającego to, co robi późny Nick Cave, tyle że Jarvis robił to po swojemu. 

Kiedyś skandalista, członek kultowego Pulp, teraz już łagodniejszy, ale nadal niepokorny, chwilami natchniony, zabawny, prawdziwy showman wciągnął wszystkich do swojego nieco mrocznego świata. Kiedyś był podobno bardzo nieśmiałym chłopcem, dlatego matka wysłała go do pracy na targu rybnym, by poćwiczył kontakty interpersonalne. Dziś, choć nie gwiazdorzy, na scenie jest prawdziwą gwiazdą, która w uroczy sposób uwodzi słuchacza. Podczas jego koncertu wszystko było zaplanowane i przemyślane, cała dramaturgia z grą świateł, gawędami między kawałkami i dokarmianiem publiczności lizakami włącznie.

Jarvis odrobił też konkretną lekcję z języka polskiego, by zapowiadać kolejne utwory. Uroczemu liderowi towarzyszyło kilku muzyków, m.in. skrzypaczka i harfistka, które wprowadziły do jego muzyki dodatkowe smaczki. Jarvis zaprezentował bardzo różnorodny materiał, od romantycznych piosenek z chórkami, przez przebojowe, trochę dyskotekowe wycieczki, po poetyckie i natchnione utwory. Nie było szans na nudę, wszyscy wpatrzeni byli tylko w niego, kolejne jego ruchy i pozy. Świetny nieco mroczny koncert z piosenkami, które oscylowały wokół tematów ewolucji, zgubnego wpływu technologii i niemożności porozumienia między ludźmi. 

Trzy tak fantastyczne występy, to naprawdę sporo jak na pierwszy festiwalowy dzień. Gdyby możliwe było rozdwojenie, być może takich chwil byłoby jeszcze więcej, festiwale to jednak sztuka wyboru, a opisany wyżej zestaw był idealny, by opuścić teren Doliny Trzech Stawów z poczuciem spełnienia. 

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Jarvis | slowthai | Yhe comet is coming

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje