OFF Festival 2018: Relacja z pierwszego dnia. Dolina Trzech Stawów nie bez niespodzianek!

M.I.A. była największą gwiazdą pierwszego dnia OFF Festivalu /Mike Coppola /Getty Images

Kto będzie największą gwiazdą pierwszego dnia tegorocznej edycji OFF Festival, a może i całego festiwalowego weekendu, było wiadomo już po zobaczeniu rozpiski koncertów. I faktycznie, M.I.A. nie zawiodła. O ile to była rzecz pewna, o tyle piątkowe koncerty "inaugurujące" trzydniową imprezę odbywającą się na terenie katowickiej Dolinie Trzech Stawów, obfitowały w naprawdę wiele niespodzianek.

Reklama

Jak co roku, Katowice na trzy dni zmieniają się w stolicę muzyki alternatywnej. Czuć to już w centrum miasta, gdzie w większości młode osoby snują się po okolicach dworca kolejowego w poszukiwaniu odjeżdżającego stamtąd darmowego autobusu na teren festiwalu. Czuć to tuż przed wejściem na teren samego wydarzenia, wszak już przed pierwszymi koncertami dało się zauważyć ciągnącą się, długą kolejkę przed kasami biletowymi. W końcu najbardziej odczuwać to można było przechodząc już przez bramki imprezy - już przy pierwszych występach, mimo ogromnej przestrzeni wydarzenia, należało się już przeciskać między pozostałymi uczestnikami festiwalu.

Pozytywne rozpoczęcie

A trzeba przyznać, że warto było pójść już na pierwsze występy. Czerpiąca pełnymi garściami ze trójmiejskiej sceny yassowej, Pokusa grała jako absolutnie pierwsza i... zdecydowanie za wcześnie. Godzina 15 to nie najlepszy moment, aby rozkoszować się improwizowanym szaleństwem serwowanym przez Teo Oltera, Tymona Bryndala i Natana Kryszka. Dobrze przynajmniej, że dział się w namiocie sceny eksperymentalnej, to pozwoliło zachować bardziej sprzyjający występowi klimat. A jeżeli rozpoznajecie nazwiska członków zespołu, nie jest to przypadek: Teo jest synem zmarłego samobójczą śmiercią, legendarnego polskiego perkusisty Jacka Oltera (m.in. Miłość, Łoskot, Kury), natomiast Tymon to syn satyryka i dziennikarza Rafała Bryndala.

Reklama

Później było równie ciekawie: czy to Nanook of the North prezentujące nieco bardziej intensywne podejście do materii koncertowej aniżeli można było spodziewać się po ambientowym, wygładzonym krążku, czy to Sonbird stanowiące pocztówkę dla osób tęskniących za Myslovitz i szukających odpowiedzi na mainstreamowy indie-rock w duchu Kings of Leon albo ostatniego albumu Mumford and Sons. Fani nieco subtelniejszych, choć jednocześnie znacznie odważniejszych klimatów indie, dostali z kolei Muchy grające materiał ze wzbogaconej reedycji debiutanckiego "Terroromansu".

Poszukiwaczy rapowych klimatów uradował z kolei występ Meek, Oh Why?-a, prezentującego w drugiej części swojego koncertu zachwycający, trzymający się cudownie tematu fristajl, opowiadający historię na podstawie zadanych przez publiczność tematów. Takich umiejętności improwizacji dawno nie można było usłyszeć u żadnego rapera i aż dziwne, że Mikołaj nie jest z nich powszechnie znany. Z drugiej strony, mamy do czynienia z muzykiem, który ukończył Akademię Muzyczną na kierunku trąbka jazzowa - improwizację ma poniekąd we krwi, a i umiejętność grania na instrumencie chętnie wykorzystuje podczas swoich występów.

Energetyczny strzał

To i tak nic w porównaniu do tego, co zaserwował pochodzący z Sankt Petersburga kwintet Shortparis. Ośmiobitowe, elektroniczne dźwięki, industrialne wpływy i postpunkowego podejście do kompozycji, serwowane dodatkowo w zestawie z dwoma bębniarzami oraz zupełnie nieokiełznanym wokalistą kazały zadać sobie pytanie: czy to jeszcze genialny występ, czy już szaleństwo proszące się o wizytę w szpitalu psychiatrycznym? Niestety, nie zebrał on tyle osób pod sceną, ile powinien i prawdopodobnie zostanie zapamiętany jako jeden z najbardziej niedocenionych w historii wszystkich edycji OFF Festivalu. Warto poznać, bo o Shortparis będzie jeszcze głośno!

Chwilę później pod Sceną Leśną można było usłyszeć okrzyki "Hańba!". Bynajmniej nie z powodu wyjątkowo słabego występu: połączenie folkowego instrumentarium (banjo, akordeon, tuba, dwumembranowy bęben z talerzem) z rewolucyjnymi tekstami, odnoszącymi się do tradycji literackiej II Rzeczypospolitej oraz sytuacji ówczesnych robotników to już rzecz niespotykana. Nic dziwnego, że pod Sceną Leśną, na której grała Hańba! w chwilę utworzyło się miejsce dla osób tańczących pogo. A nie było ich wcale tak mało.

Tuż po Hańbie! należało szybko zbierać się na główną scenę, na której Kult prezentował materiał z jednej ze swoich najbardziej rozpoznawalnych (i najlepszych) płyt, "Spokojnie". Niewątpliwie był to koncert potrzebny: nie brakowało osób chodzących po festiwalu w koszulkach zespołu. Zapewne część z nich zjawiła się na OFF Festival specjalnie dla posłuchania na żywo legendarnego materiału grupy Kazika. Sami muzycy zaprezentowali dokładnie to, czego należało się po nich spodziewać. Jedynym eksperymentem było w zasadzie "Do Ani" - utwór, któremu w oryginale bliżej do nowej fali, co najwyżej czerpiącej nieco z jazzu, w wersji koncertowej przybrał szaty utworu lounge'owego.

Czarne rytmy z najwyższej półki

Kto jednak poszedł na Kult nie z fascynacji grupą, a zaledwie po to, aby wypełnić sobie jakoś czas, powinien żałować, że nie wybrał grającego na Scenie Trójki w tym samym czasie Bishopa Nehru. Cały namiot skaczący jednocześnie do zarówno nowocześniejszych, jak i nieco bardziej tradycyjnych hiphopowych rytmów (znalazło się nawet miejsce na hołd dla zmarłego w 2006 J Dilli) to zaledwie jeden z wielu elementów składających się na to ogniste show. Płynięcie po rękach fanów do niemal końca namiotu, aż w końcu niesamowity odbiór i doskonała znajomość tekstów przez uczestników wydarzenia sprawiły, że raper zapewne zapamięta swoją wizytę w Katowicach na długo. Przy czym jego DJ na pewno powinien ograniczyć puszczanie dźwięków wuwuzeli.

Połączenie Bishopa z występującymi po nim i prezentującymi bardzo tradycyjne podejście do czarnej muzyki The Como Mamas też była nie lada gratką. Po pochodzących z miasteczka Como w stanie Missisipi "mamuśkach" od razu słychać ich korzenie. Był soul, był blues, aż w końcu było gospelowe podejście do wokali, wieńczone otoczką w postaci soczystych przemów o szacunku do tradycji, religii, rodziny oraz szaleństwach młodości zasłaniających to, co w życiu tak naprawdę ważne. Szkoda, że o ile sama pulsacja piosenek porywała, o tyle na dłuższą metę kawałki okazywały się zwyczajnie... monotonne. Kilka utworów, w których od początku do końca nie zmienia się w zasadzie nic, to jednak za dużo.  

Kiedy show kradną tamburyniści

W kategorii największego rozczarowania pierwszego dnia OFF Festival 2018 - a kto wie, czy nie okaże się, że całej tegorocznej edycji - wygrywa prezentujące neopsychodelicznego rocka The Brian Jonestown Massacre. Szkoda, bo przecież grupa ma na koncie kilka albumów studyjnych, które są prawdziwą gratką dla każdego wielbiciela gitarowej muzyki. Niestety, sam występ pozbawiony był zupełnie energii. A za odpowiednią wizytówkę niech posłuży fakt, że show skradł muzykom skradł ich... tamburynista.

Nikt nie był w stanie zrozumieć układu na scenie, jaki postanowili wybrać członkowie zespołu. To właśnie człowiek od tamburynu i marakasów był bowiem postawiony na samym środku Sceny Muzyki Miasta; właśnie na niego świeciły światła, a do tego najczęściej był widoczny na telebimach. Dodając do tego jego nieco kuriozalny wizerunek, trudno było się nie uśmiechnąć. Kompozytor i lider amerykańskiej grupy, Anton Newcombe, gubił się gdzieś w tle, a prezentowane przez niego okazjonalne fałsze nie wzmacniały pozytywnego wrażenia. Dodajmy do tego wybitnie niekoncertowy materiał i otrzymujemy dobry powód, aby udać się na The Mystery of the Bulgarian Voices.

Chór przebranych w tradycyjne stroje bułgarskich pieśniarek z ich instrumentalistami oraz panią dyrygent zaprezentowali się z kolei nad wyraz dobrze: z odpowiednim smakiem i gracją. Nie skłamię, jeżeli napiszę, że najlepszym określeniem na ich koncert będzie określenie... uroczy. Chociaż - co ciekawe - jak w przypadku The Brian Jonestown Massacre, najbardziej wszystkim w pamięć zapadnie tamburynista, który niespodziewanie wyszedł na pierwszy plan sceny, aby zagrać na swoim instrumencie... solówkę. Może to brzmieć nieco absurdalnie, ale na żywo nie było w tym cienia żartu. Wielki szacunek.

Najlepsze na koniec

Kilka minut po północy na scenę wyszła M.I.A. i stało się dokładnie to, czego wszyscy się spodziewali: skradła cały piątek. Wulkan dzikiej, rave’owej energii doprawionej przez szaloną choreografię dwóch tancerek, rzucających od czasu do czasu kwiaty w stronę publiczności (kwiaty oplatały zresztą statyw do mikrofonu, przy którym przez chwilę śpiewała M.I.A.). Równie dużo było w tym występu, co szalonej imprezy, która stanowiła niezłą kontrę w porównaniu do występujących wcześniej na tej samej scenie, sennych The Brian Jonestown Massacre. Kilka tysięcy ludzi skaczących i podnoszących ręce w górę przy refrenie "Paper Planes" to nie "jakaś tam" obecność na koncercie - to doświadczenie.

M.I.A. prowokowała słowami, seksualnością, ale przede wszystkim pokazała po prostu, że wie, jak grać koncerty. Ze swoją DJ-ką i jednocześnie hypemanką, były duetem nie do pobicia, przy czym warto wiedzieć, że już sam materiał brytyjskiej artystki na takie wydarzenia nadaje się idealnie. Grunt to dobrze to wykorzystać, co udało się niemal w stu procentach.

Świetnego wrażenia nie zakłócił nawet fakt okazjonalnych problemów wokalistki z mikrofonem i jej rozmów z dźwiękowcami w celu naprawy tego stanu rzeczy. Podobnie zresztą jak przewijające się przemowy na temat plastikowych butelek oraz kręcenia filmów w trakcie koncertu w celu wrzucenia go na serwisy społecznościowe.

Występy Jona Hopkinsa oraz Egyptian Lovera na sam koniec zdawały się dobrym wyborem na swoiste "afterparty". Pierwszy prezentował głównie twardą elektronikę spod znaku ambitnego techno, wiedział jak budować klimat i zmusić publiczność do ruszenia ciałami, przez co OFF Festival na chwilę przypominał bardziej Audioriver. Drugi natomiast na Scenie Eksperymentalnej serwował mający korzenie w latach osiemdziesiątych synth funk, który w czasach powrotu rapu do tego typu dźwięków zabrzmiał zaskakująco świeżo. Dwa różne, równie taneczne podejścia do jednej materii. Idealne zakończenie pierwszego dnia festiwalu. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje