Recenzja Judas Priest "Firepower": Moc metalowego ognia

Gdyby istniał boski Olimp dla zespołów metalowych, to Judas Priest wraz z Iron Maiden, Slayerem, Black Sabbath czy Megadeth z pewnością władaliby tym miejscem. Rob Halford jeździłby Harleyem po wiecznie zielonych polach, z niebiańskich głośników leciałaby sobie utwory "Dying To Meet You", "Rocka Rolla", czy "Victim Of Changes", a zamiast wina wszyscy piliby... nieco inny trunek.

Judas Priest nie zwalnia tempa

I nawet w takich dostatnich warunkach bytowania zespołu, moglibyśmy być pewni, że ekipa z Birmingham nie chciałaby przejść na zasłużoną emeryturę. Niektórzy mają po prostu muzykę tak głęboko wpisaną w swoje DNA, że nie potrafią bez niej żyć. Na szczęście dla nas wszystkich.

Reklama

"Firepower" to już 18. płyta studyjna Judas Priest. Poprzednie wydawnictwa grupy sprzedały się łącznie w liczbie 40 mln egzemplarzy, a wynik ten zdecydowanie ma szanse poprawić najnowszy album. Od razu postawię bowiem sprawę jasno, "Firepower" to obowiązkowa pozycja dla każdego szanującego się fana metalu. Szczerze powiedziawszy, to chyba najlepsza rzecz, jaką otrzymaliśmy z rąk Brytyjczyków, od wydanego w 1990 roku (to już 28 lat!) "Painkiller".

Aż ciężko uwierzyć, że zespół, który powstał w 1969 roku, potrafi nagrywać jeszcze tak dobre, świeżo brzmiące i intensywne albumy. Przecież niektóre kapele wypalają się już po trzech, czterech płytach - kończąc tym samym karierę - albo męczą fanów kiepskimi longplayami, będącymi jedynie niewyraźnym echem dawnych lat świetności.

A tutaj, proszę, niby grają starsi panowie, ale każdy numer z tracklisty ma w sobie tyle energii, jakby w struny uderzali młodzi, zapaleni adepci metalowej kuźni. Weźmy choćby taki singlowy "Lightning Strike", stanowiący chyba największy kaliber w najnowszym arsenale Judas Priest. Porywające riffy, wdzierająca się bezpardonowo do głowy melodyka, przeszywający krzyk Roba i już jesteśmy w 100% kupieni.

A te gniewne harmonie i wojenne gitarowe nawoływania w "Never The Heroes"? Toż to istny majstersztyk. Solówkami w monumentalnym "Rising from Ruins" można się jedynie zachwycać i przy okazji zastanawiać, czemu zespoły założone, powiedzmy, w ostatniej dekadzie, nie potrafią tak wspaniale grać. A jest jeszcze potężny w brzmieniu "Necromancer", Children of the Sun" z obłędnym, wyjętym jakby żywcem z wczesnego Black Sabbath riffem i porywający metalowy hymn w postaci "Lone Wolf".

Jeśli ktoś potrzebuje przy słuchaniu tych wszystkich agresywnych numerów na chwilę odpocząć, to proszę bardzo. Na pomoc przychodzi urokliwa ballada "Sea Of Red", rozpisany na fortepian "Guardian" i "Rising From Ruins", gdzie nieśpieszne zwrotki zderzają się z podniosłym, ale jednocześnie bardzo przyjemnie brzmiącym refrenem.

Warto zaznaczyć, że album został wyprodukowany przez duet Tom Allom/Andy Sneap. Ten pierwszy odpowiadał w przeszłości za brzmienie takich zespołów Def Leppard czy Genesis, a drugi ma na swoim koncie choćby współpracę z  Opeth i Arch Enemy. Co tu dużo mówić, Judas Priest nie mógł lepiej trafić, ta dwójka wykonała po prostu kawał znakomitej roboty i wydobyła z serc członków zespołu czystą esencję metalu, przelewając ją wprost do "Firepower".

Judas Priest "Firepower", Sony Music

9/10

PS Judas Priest 13 czerwca zagra w Spodku w Katowicach. Gościem specjalnym będzie grupa Megadeth.

Dowiedz się więcej na temat: Judas Priest | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje