Måns Zelmerlöw wygrał Konkurs Piosenki Eurowizji 2015 przebojowym i mocnym utworem "Heroes". Publiczność zachwyciła porywająca melodia, inspirujące brzmienie chóru, ale też świetne interaktywne wizualizacje i niewątpliwie - uroda samego piosenkarza. - Uważam, że każdy może zrobić "coś" - mówi Szwed o przesłaniu swojej eurowizyjnej piosenki w jedynym polskim wywiadzie udzielonym Interii.

Reklama

O Månsie w Polsce wiedzieli ci, którym spodobały się jego dyskotekowe przeboje - "Cara Mia" i "Brother Oh Brother". Ale choć my nie znamy go dobrze, w rodzinnej Szwecji artysta jest rozpoznawalny a nawet - wzbudził kontrowersje. O samozadowoleniu, o przepisie na idealną piosenkę i o mocy pozytywnego przekazu, rozmawiamy z Månsem Zelmerlöwem przy okazji promocji najnowszej płyty - "Perfectly Damaged".

Jadwiga Marchwica, Interia.pl: Eurowizja to niełatwy konkurs - rozstrzał między artystami jest ogromny, a komentatorzy nierzadko - bezlitośni. Nasz polski komentator słynie z uszczypliwych uwag na temat eurowizyjnych wystąpień. O twoim powiedział, że "piosenki jak ta, są przyszłością Eurowizji".

Reklama

Måns Zelmerlöw: - Bardzo dziękuję waszemu komentatorowi, to bardzo miłe. Ale też potwierdza, że Eurowizja się zmienia i od jakichś trzech lat idzie w coraz lepszym kierunku. Coraz więcej jest na niej dobrego nowoczesnego popu. Dla mnie, dobre lata Eurowizji zaczęły się od wygranej Loreen, która zaprezentowała nowy rodzaj spektaklu - archaicznego, mrocznego, a to nie są kolory i emocje kojarzące się z Eurowizją. Zauważam, że jest w eurowizyjnych prezentacjach coraz mniej kiczu, a coraz więcej dobrej muzyki i że ta muzyka wychodzi poza konkurs - trafia do szerszej publiczności i na listy przebojów na całym świecie.

Czy decydując się na udział w Eurowizji myślałeś o tym, że zmierzysz się z legendą, siłą Conchity? To była niezwykła zwyciężczyni, z bardzo silnym przekazem i bardzo kontrowersyjna.

- Nie da się "zmierzyć" z Conchitą, to jest artystka wyjątkowa i nie myślałem o tym, żeby jej dorównać, czy być "bardziej wyjątkowym". To niemożliwe. Mogę być tylko sobą, mogę trzymać się swoich wartości i przekonań i tak samo, jak każdy artysta, mówić o nich na scenie, przez muzykę. Tak na eurowizyjnej scenie, jak i poza nią, chcę być człowiekiem, z którego można być dumnym i którego można uważać za swój wzór. Nigdy nie będę tak ważną postacią, jak Conchita, bo z oczywistych względów nie będę walczyć o swoje przekonania tak, jak ona. Ale zdecydowanie popieram, jako artysta i prywatnie równouprawnienie i chcę, żeby przekaz tolerancji i równych praw dla wszystkich płynął z mojej muzyki. [Pod koniec 2014 roku w jednym z wywiadów Mans Zelmerlow powiedział, że "nie jest naturalnym, by jeden mężczyzna chciał uprawiać seks z drugim". Za tą wypowiedź wielokrotnie potem przepraszał, zaangażował się też w pracę ze szwedzkimi grupami LGBT - przyp. red.].

Sam przyznałeś, że "Heroes" to mocna piosenka z ważnym przekazem.

- Bo naprawdę uważam, że każdy może zrobić "coś" - może nie każdy może zrobić wszystko, ale coś na pewno. Możemy wspierać słabszych, a dzięki temu wzmacniać całe społeczeństwo. Każdy może być wzorcem, a im więcej takich wzorców, tym lepszy świat. To jest właśnie przekaz "Heroes" i taka myśl przyświecała mi, gdy zaczynałem prace nad tym utworem.

Zobacz występ Månsa Zelmerlöwa w finale Eurowizji:

"Heroes" to tylko jeden z utworów na "Perfectly Damaged". Ten album pokazuje, że niezwykle dojrzałeś - to słychać w muzyce, ale także w ciekawych i mądrych tekstach.

- Dojrzałem - to dobre słowo. Jeszcze kilka lat temu, pracę nad tekstem zaczynałem od jakiegoś fajnego zdania, sentencji, która wpadła mi w ucho i dopisywałem do niej całą historię. Teraz chcę, żeby słowa coś wyrażały - żeby opisywały mnie, odzwierciedlały to kim jestem, co myślę, jaki jestem. Ten proces zaczął się jeszcze podczas pracy nad "Barcelona Sessions" - wtedy postanowiłem, że słowa utworów pokażą prawdziwego mnie.

Dobrze, że wspominasz o tej płycie, bo właśnie wczytałam się w tekst "Run For You Life" i zauważyłam, że to nie jest wesoły tekst o miłości, chociaż tak mogłaby sugerować muzyka.

- Myślę, że ludzie coraz bardziej świadomie i dojrzale słuchają muzyki, zwłaszcza tekstów piosenek. Już nie trzeba podpowiadać im nastrojów i emocji charakterem melodii. Najbardziej cieszy mnie, kiedy połączenie dobrej popowej melodii i trudnego poetyckiego tekstu trafia do ludzi. Widzę, że ma na nich wpływ i ich dotyka. To bardzo inspiruje i rozwija.

Różnica między twoimi ostatnimi płytami, a albumem debiutanckim jest kolosalna. Ale nie bez znaczenia jest, że na "Stand By For..." niewiele jest twoich kompozycji. Teraz jesteś współtwórcą wszystkich utworów, które wykonujesz.

- Kiedy nagrywałem debiut jeszcze nie umiałem pisać, komponować, to było trudne. Chodzi o wprawę - jak we wszystkim. Zaczynałem dziesięć lat temu - to dużo czasu, żeby nauczyć się, że nie chodzi tylko o chwytliwe zdanie i wpadający w ucho rytm. Dalej potrafię napisać coś lekkiego i wesołego, ale też umiem w to wpleść własne uczucia. Jeszcze nie jestem wybitnym kompozytorem i tekściarzem, ale staram się być coraz lepszy. I będę lepszy!

Chyba masz w sobie dużo samodyscypliny, ciągle czegoś się uczysz. Ponoć nad nauką choreografii i synchronu z wizualizacjami do "Heroes" spędziłeś dwa miesiące!

- Tak, to prawda! Prace nad całą wizualną oprawą "Heroes" zaczęliśmy w listopadzie 2014 roku. Ale nie ćwiczyłem z tymi wizualizacjami tak długo, bo każda sesja ze specjalnym projektorem była bardzo droga, miałem ich więc tylko kilka. Ale choreografię szlifowałem dwa, a może nawet trzy miesiące bez przerwy, zanim wystąpiłem na Melodifestivalen w Szwecji, który otworzył mi drzwi do Eurowizji.

Zobacz teledysk "Heroes":

Twoje podejście do efektu na scenie przypomina mi podejście Michaela Jacksona - chyba słusznie, bo mówiłeś nie raz, że Jackson jest twoją inspiracją. A on był perfekcjonistą i nie pozwalał sobie na żadne błędy na scenie.

- Ja też jestem takim perfekcjonistą...  Prawie nigdy nie jestem z siebie zadowolony i uważam, że zawsze mogłem coś zrobić lepiej. Zawsze znajdę jakiś dźwięk, który zaśpiewałem nieczysto, jakiś moment, w którym zabrakło odpowiedniej energii. Może to dobrze - takie podejście sprawia, że ciągle się rozwijasz, ciągle od siebie wymagasz, chcesz być lepszym od samego siebie.

Tak samo wymagający jesteś dla współpracowników? Zdarzyło ci się zdenerwować podczas prób?

- Nie, ja nigdy nie szukam błędów u innych - podważam tylko swoje działania. Poza tym jestem bardzo spokojny i miły...

Oglądający wywiady z tobą, przyglądając się zdjęciom pomyślałam, że chyba jesteś nieśmiałym facetem...

- Tu mnie masz. Jestem nieśmiały i cichy, tak naprawdę. Prywatnie nie skupiam na sobie uwagi, jestem zazwyczaj poza centrum zainteresowania. Nie stresuję się, jestem spokojny. Całą tę energię zachowuję dla sceny - wydaje mi się, że mam jakiś taki włącznik. Kiedy wchodzę na scenę, cała ta energia się uwalnia i nie mogę jej zatrzymać. A tego podczas występów potrzeba najbardziej. Przed koncertem nie odcinam się od ludzi, nawet jeśli mam zły dzień, jestem zmęczony, nie robię nic specjalnego. Wiem, że kiedy wyjdę na scenę, energia pojawi się sama.

Jakiś czas temu przyznałeś, że na początku kariery mogłeś podczas koncertu pogubić nogi w tańcu, a publiczność i tak nie była do końca zadowolona. Teraz skupiasz się na śpiewie, mniej na choreografii.

- Tak naprawdę chcę być dobry i w tym i w tym. Kilka lat temu uważałem, że ruch sceniczny musi być jak najbardziej zróżnicowany, ale to był błąd. Nie byłem zadowolony z mojego głosu, z tego jak śpiewam, więc postanowiłem odłożyć taniec na bok i skupić się na śpiewie. Dużo trenowałem, chciałem się rozwinąć i zacząć w pełni panować nad głosem. Dziś uważam, że jest dużo lepiej, więc mogę wrócić do kwestii tańca. Ale, jak mówiłem wcześniej - najważniejsza jest energia, to ona tworzy na scenie artystę. Przechodzi przez głos, ruchy, spojrzenie, całe ciało - nie trzeba wykonywać specjalnych choreografii tanecznych, jeśli potrafisz przekazać tę energię w inny sposób.

To dość odważne stwierdzenie, jak na zwycięzcę pierwszej szwedzkiej edycji programu "Let's dance".

- Tak, ale to był inny taniec... Taki taniec niewiele ma wspólnego z tym, co robię na scenie podczas koncertów [śmiech].

Ale jednak wygrałeś, z jakiegoś powodu! Myślisz, że zasłużyłeś na tę wygraną?

- Myślę... że byłem w porządku... [śmiech]. Czasem wracam do nagrań z tego programu i myślę "Ups... wcale nie byłem tak dobry, jak mi się zdawało...". Bardzo się zmieniłem i rozwinąłem od tamtego czasu, ale myślę, ze wygrałem sprawiedliwie.

W Polsce ten program to "Taniec z Gwiazdami"...

- Wiem, nawet zaśpiewałem w nim gościnnie.

Właśnie, więc wiesz, że u nas w tym programie biorą udział gwiazdy z dużym dorobkiem - aktorzy, muzycy, sportowcy... Ty dopiero co pokazałeś się w szwedzkim “Idolu", zająłeś w nim 5. miejsce i wskoczyłeś do "Let's Dance". Wygląda na to, że stałeś się gwiazdą, zanim zacząłeś być artystą.

- Moja kariera faktycznie potoczyła się trochę odwrotnie, niż u innych, ale nie utrudniało mi to specjalnie życia. Nie wiedziałem, co przyniesie udział w "Idolu". Przyniósł niewiele, bo nie dostałem żadnej propozycji od wytwórni, nie osiągnąłem jakiegoś spektakularnego sukcesu. Ale zaproszono mnie do "Let's Dance" - kilka razy odmówiłem, bo nie do końca podobała mi się idea programu. Ale w końcu zgodziłem się i nie żałuję. To właśnie ten program przyniósł kontrakty, zainteresowanie publiczności, rozpoznawalność. Ten program też pokazał mi, co naprawdę chcę robić - chcę być artystą. Wcześniej byłem trochę leniwy, a "Let's Dance" mnie obudziło, pokazało, jak walczyć, żeby spełnić swoje marzenia.

Po programie tanecznym wydałeś debiutancką płytę - utrzymaną w stylistyce disco. Teraz tworzysz dobry, nowoczesny pop. Ta zmiana wynika z potrzeb słuchacza, panujących trendów muzycznych?

- Przede wszystkim wynika z mojej potrzeby - potrzeby występowania z zespołem. Chcę, żeby na każdym koncercie mógł grać cały zespół muzyczny i żeby brzmiało to dobrze i prawdziwie. To jest punkt wyjścia do każdego utworu, który teraz komponuję. "Perfectly Damaged" ma bardzo organiczne brzmienie, chociaż dodaliśmy do niego trochę elektroniki. Trzonem jest jednak organiczność, żywe instrumenty. Utwory z tej płyty świetnie gra się na koncertach i cieszy mnie, że cały zespół czerpie przyjemność z tych występów.

Masz jakieś triki, które stosujesz przy pisaniu utworów? Bo niektóre wydają się wręcz skrojone na radiowe hity...

- [śmiech] To nie są triki, raczej... podkreślanie walorów! Od kilku lat staram się pamiętać o tym, że mój głos w niskim rejestrze brzmi bardzo dobrze, ma moc, a jest przy tym miękki. Wplatam też partie fortepianowe - komponuję przy fortepianie, więc potem trudno nie umieścić go w piosence. Poza tym fortepian ma piękne brzmienie i uważam, że każdy utwór, który zaczyna się od partii fortepianu, jest świetny [śmiech]. Ale zupełnie poważnie mówiąc - wszystko wywodzi się z serca, z emocji. Jeżeli piosenka jest napisana szczerze, zawiera prawdziwe emocje, będzie dobra. Efekt końcowy poznajemy w studio, ale zacząć trzeba zawsze od serca.

Na końcu utworu "Kingdom in the Sky" słychać afrykański chór. Podobno, jako dziecko uczyłeś się afrykańskiego tańca...

- [śmiech] Tak, to prawda, moja mama zmusiła mnie do udziału w takich lekcjach... Ale to nie dlatego. Jeżdżę do Afryki 3-4 razy w roku, odwiedzam szkoły, którymi opiekuje się moja fundacja. Znam więc, ze słyszenia, język zulu, który słychać na końcu tej piosenki. Uważam, że jest to bardzo mocny język, przykuwa uwagę i trafia w serce.

Twoja fundacja - Zelmerlöw & Björkman Foundation - to ważny element twojego życia.

- Założyłem ją trzy lata temu, zacząłem od wsparcia istniejących szkół w południowej Afryce, zagrożonych regionach, z najwyższymi wskaźnikami analfabetyzmu.  Dziś w szkołach w Ntuthukoyamazulu i Hluhluwe uczy się po kilkaset uczniów, a donacje na ich rzecz ciągle rosną. Kiedy zbiórka funduszy na te szkoły okazała się sukcesem, a pieniędzy zostało sporo, pomyślałem, żeby założyć nowe szkoły w Kenii. Dziś budujemy kolejne szkoły, obok już istniejących, zbieramy fundusze na szkolne stroje i przybory - to mnie ogromnie cieszy. Spotkania z tymi ludźmi są inspirujące i pomagają mi spojrzeć inaczej na swoje życie, na karierę. Niesamowite są też dzieci - żyją w ciężkich warunkach, a mają w sobie tyle radości, nadziei, wierzą w lepszą przyszłość.

Skąd zainteresowanie Afryką, problemami edukacji w Afryce?

- Jeździłem do Afryki z rodzicami, jako dziecko - moi rodzice uwielbiają ten kontynent, więc bywaliśmy tam dość często. Zawsze, kiedy tam jechaliśmy, brałem ze sobą długopisy dla dzieci - wiedziałem, że uczniowie często nie mają czym pisać w szkołach, więc dawałem im te długopisy. Za każdym razem brałem ich więcej niż poprzednio i za każdym razem było ich za mało. To mi utkwiło w pamięci. Kilka lat temu organizacja Star for Life [szwedzka organizacja non-profit, której głównym celem jest edukacja seksualna w szkołach i zmniejszenie liczby zachorowań na AIDS - przyp. red.] poprosiła mnie, żebym został jej ambasadorem. Zgodziłem się, ale pod warunkiem, że pokażą mi, na czym polega ich działalność. Pojechałem do szkół w Afryce, w których działają i byłem wstrząśnięty tym, jak szeroki jest zakres ich działań, jak wiele trzeba zrobić, jak potrzebna jest pomoc. Zapytali, czy chciałbym wziąć pod opiekę jedną ze szkół - zgodziłem się od razu, bez zastanawiania się nad kosztami. Dopiero potem dowiedziałem się, jak działa takie zbieranie pieniędzy, ale też - jak dużo dobrego można dzięki temu zrobić.

Uważasz, że jesteś ważnym głosem Europy? Że możesz pchnąć ludzi do działania, zmienić coś w myśleniu?

- Eurowizja daje takie możliwości, ale Eurowizja to przede wszystkim muzyka. Wierzę, że artyści mają wpływ na ludzi, ale nie sądzę, żeby Eurowizja wpłynęła na moje dotychczasowe działania. To nie Eurowizja sprawia, że ciężko pracuję - szkoły w Afryce mam cały czas w pamięci i niezmiennie zbieram dla nich fundusze, a muzycznie chcę się nieustająco rozwijać. Ale może dzięki rozgłosowi Eurowizji uda mi się przyjechać na koncert do Polski! Bardzo bym tego chciał, bo minęło już sporo czasu.