"Życzenie, które się spełniło"

Patrząc z dzisiejszej perspektywy, już wydany w 2004 roku album "rEVOLVEr" był wyraźnym sygnałem, że The Haunted zaczyna się zmieniać. O ile jednak tytułowe EWOLUOWANIE, wciąż było jeszcze powolnym procesem przeobrażeń, o tyle na płycie "The Dead Eye" wydaje się, że naładowany wówczas "rEWOLWEr" postępu odpalił dopiero teraz. Sławni Szwedzi, w tym rozmówca Bartosza Donarskiego, gitarzysta Anders Björler, bardzo wszystkich zaskoczyli. Muzyk legendarnego At The Gates zdradził nam szczegóły powstawania piątego, rewolucyjnego longplaya The Haunted, który w barwach Century Media Records ujrzała światło dzienne 30 października 2006 roku.

Jestem pod wrażeniem tego, jak brzmi wasz świeży album. "The Dead Eye" to zupełnie nowa jakość.

Reklama

Od zawsze chcieliśmy coś takiego zrobić. Zresztą, jeśli posłuchasz starych albumów At The Gates, to przecież to też było bardzo melodyjne. Kiedy dołączyliśmy do The Haunted, Jensen (perkusja) miał do tego bardziej thrashowe podejście, a ja w pewien sposób starałem się dopasować, pisząc muzykę w starym thrashowym stylu, powiedzmy w guście Slayera.

To był pierwszy album, ale już na "...Made Me Do It" znalazło się więcej melodii, głównie dzięki mnie i Jonasowi (Björlerowi, bas). Gdy Peter (Dolving, wokal) wrócił do zespołu, postanowiliśmy pójść z tym jeszcze dalej, kolejny krok do przodu. Tak stało się już na "rEVOLVEr".

Nie chcieliśmy się ograniczać, tworzyć muzykę bardziej różnorodną i chyba bardziej dynamiczną. Szczerze mówiąc, już "rEVOLVEr" miał być taką płytą, jak "The Dead Eye", ale chyba byliśmy trochę zbyt spięci i chcieliśmy się wyładować, nagrywając naprawdę szybką muzykę. Na "The Dead Eye" mieliśmy znacznie więcej czasu na zastanowienie i pobawienie się z eksperymentami. Wejście głębiej, choćby w samo aranżowanie utworów, ich budowę.

Świetne w tej płycie jest to, że każdy utwór ma własną tożsamość, a w przeszłości nie było to aż tak zauważalne. Dzięki tej różnorodności "The Dead Eye" można o wiele dłużej smakować. Ten album potrzebuje czasu, dojrzewa w nas wolniej.

Zgadzam się. Jak powiedziałeś, każdy z tych trzynastu utworów brzmi inaczej, jest odmienny. To nie jest jedna, zbyta papka. Właśnie tego chcieliśmy uniknąć. Owszem, każdy nasz album jest inny, ale np. na "...Made Me Do It" wiele kawałków jest do siebie podobnych. To samo na "One Kill Wonder".

Poza tym również produkcja nowej płyty była dla nas celem samym w sobie. Za bardzo nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale powiedzmy, że o wiele bardziej się postaraliśmy, daliśmy z siebie maksimum, włączyliśmy dopalacze. Szczególnie niektórym utworom chcieliśmy nadać nieco innego wyrazu, a nie jak to było na chociażby "rEVOLVEr", gdzie miksy były wszędzie takie same, a wszystko brzmiało identycznie. Tego też chcieliśmy uniknąć.

Spójrzmy na to trochę innej strony. Nie sądzisz, że ten album jest nieco zbyt oddalony od waszych korzeni, które - jak sam wspomniałeś - mają swe początki w death i thrash metalu? Ja nie mam z tym najmniejszego problemu, ba, cieszy mnie to, zastanawiam się jednak, czy starzy fani The Haunted będą z "The Dead Eye" równie zadowoleni.

Wiem do czego pijesz. Ja zawsze chciałem rozwijać melodyjną stronę tego zespołu, tej muzyki. Zawsze chciałem pracować z wokalistą, który potrafi czysto śpiewać. Prawdę mówią, nawet już w At The Gates nie byłem wielce zachwycony wokalami Thomasa (Lindberga). Nie bardzo mi to pasowało, jego głos był dla mnie zbyt wrzaskliwy. Podobnie sprawy miały się z Marko (Aro, poprzedni wokalista The Haunted). Fakt, był dobrym wokalistą, ale operował cały czas tylko jedną barwą.

Dowiedz się więcej na temat: Peter

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje