Mikkey Dee: Koniec Motorhead bez Lemmy’ego

Perkusista grupy oznajmił, że po śmierci swojego lidera Lemmy’ego Kilmistera, nie wyobraża sobie, aby zespół miał dalej funkcjonować.

Lemmy Kilmister zmarł krótko po 70. urodzinach

Przypomnijmy, że muzyk zmarł 28 grudnia po przegranej walce z bardzo agresywnym nowotworem. 24 grudnia świętował 70. urodziny.

Reklama

Po śmierci artysty jego menedżer, Todd Singerman, przyznał, że lekarze dawali Lemmy’emu od dwóch do sześciu miesięcy życia.

Perkusista zespołu, Mikkey Dee, przyznał, że to koniec działalności Motorhead i nie będzie prób zastąpienia Kilmistera kimś innym.

"To koniec Motorhead. Lemmy to Motorhead. Nie będziemy już nagrywać i koncertować. Ale marka przetrwa i Lemmy pozostanie na zawsze w naszych sercach" - stwierdził muzyk.

Hołd muzykowi po jego śmierci oddali m.in. Ozzy Osbourne, Flea, Motley Crue, Foo Fighters (Dave Grohl zdecydował się nawet na tatuaż upamiętniający Kilmistera), Dave Navarro, Gene Simmons, Tom Morello, Matt Sorum, Billy Idol oraz Fred Durst.

W Polsce Lemmy’ego wspomnieli także m.in. Titus oraz Grabaż:

"Lemmy z Motorhead zawsze grał szybie kawałki: dwie zwrotki, refren, mostek, zwrotka refren, góra 3 minuty kurzu i spier*alać. Kiedy dopadł go rak, uporał z nim się w ten sam sposób, błyskawicznie przenosząc się na tamten świat. Lemmy Kilmister - zawsze będziesz Gościem. I salut You!" - napisał lider Pidżamy Porno.

W sieci popularny stał się również fragment ostatniego koncertu Motorhead, który nakręcony został na występie zespołu w Berlinie (11 grudnia).

Zobacz fragment koncertu w Berlinie:

Dowiedz się więcej na temat: Kilmister Lemmy | Motorhead

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje