Brit Floyd w Warszawie: "Ciemna strona..." i hity (relacja z koncertu)

Oglądając i słuchając Brit Floyd nie sposób zapomnieć, że na scenie nie stoją autorzy wykonywanej muzyki. Niemniej, dopracowany do perfekcji muzyczno-wizualny spektakl nie rozczarowuje. 3 grudnia Brit Floyd wystąpili w Sali Kongresowej.

Zainspirowany twórczością Pink Floyd, ich bijącą rekordy popularności trasą "Division Bell" z 1994 roku oraz pragnąc uczcić 40-tą rocznicę wydania płyty "The Dark Side of The Moon", dowodzony przez muzycznego dyrektora Damiana Darlingtona zespół Brit Floyd przygotował "P-U-L-S-E 2013 - The Pink Floyd Ultimate Light & Sound Experience" - widowisko, podczas którego wykonuje utwory z pięciu albumów: "Wish You Were Here", "Animals", "The Wall", "The Division Bell" oraz - rzecz jasna - "The Dark Side of The Moon".

Reklama

Monumentalne, blisko trzygodzinne (podzielone na dwie części) show formacja Brit Floyd rozpoczęła od utworów z legendarnej "Ściany". Niestety, nie wypadły do końca udanie. Choć od strony muzycznej wszystko się zgadzało zabrakło dramatyzmu, który emanuje z kompozycji Rogera Watersa. Dodatkowo wplecione w wizualizacje, pojawiające się co jakiś czas na okrągłym telebimie (identycznym, jak ten używany podczas trasy "Division Bell") komputerowo wykreowane ludzkie postacie wrażenie sztuczności pogłębiały.

Później było znacznie ciekawiej. Reakcja na zapowiedź "The Dark Side of The Moon" nie pozostawiała wątpliwość, że to fani tego albumu przeważają w Kongresowej. Zaryzykuję stwierdzenie że "Ciemna Strona..." jest także ulubioną płytą Brit Floyd. Grając "Money", "Us and Them" czy "Brain Damage" skupieni do tej pory na perfekcji wykonania artyści pozwolili sobie ponieść się muzyce, a to dało możliwość głębszego zaangażowania się w koncert także słuchaczom.

Dobrze wypadły utwory z "The Division Bell", albumu o mniejszym ładunku emocjonalnym. Towarzyszyły im prostsze efekty świetlne, a muzycy pozwolili sobie na więcej luzu. Zwłaszcza gitarzysta Bobby Harrison wykazywał się naturalną dla rockowych koncertów ekspresją.

Oczywiście emocje jakie towarzyszą publiczności przy tego typu widowiskach nie są tożsame z atmosferą, jaka wytarza się podczas koncertu oryginalnego zespołu. To raczej generalna zasada, nie tylko przypadek pomysłodawców "P-U-L-S-E 2013".

Miałem możliwość uczestniczyć w koncercie Davida Glmoura w Stoczni Gdańskiej w 2006 roku, gdzie oprócz solowych wykonał także kompozycje swojej macierzystej formacji (ponadto towarzyszył mu wtedy Richard Wright i kilku stałych współpracowników Pink Floyd); mimo niesprzyjających warunków pogodowych (przed koncertem spadł rzęsisty deszcz, a w trakcie mocno wiało) emocje były zupełnie inne niż we wtorek w świetnie przygotowanej i nagłośnionej Sali Kongresowej. Oglądać muzyków, których utwory zna się niemal na pamięć, patrzeć jak wydobywają dźwięki, które stworzyli, podejrzeć co czują i jak je przeżywają, to doznanie o wiele bardziej ekscytujące niż oglądanie najlepszego nawet cover bandu. Niekomfortowe otoczenie czy brak perfekcji wykonawczej nie mają wówczas znaczenia.

Do tych ostatnich wniosków przychylił się zresztą sam David Gilmour - przygotowując materiał na album "Live In Gdańsk", będący zapisem tego koncertu, zrezygnował z edycji mniej rażących uchybień, które muzykom się przytrafiły.

Nie znaczy to bynajmniej, że imponujące widowisko "P-U-L-S-E 2013" to tylko pokaz umiejętności technicznych artystów zaangażowanych w projekt. Równie znakomicie co utwory z płyty z pryzmatem na okładce wypadły kompozycje zagrane po zakończeniu oficjalnej części koncertu - jak zapowiedziała Ola Bieńkowska, jedyna Polka w zespole - "hity Pink Floydów".

"Wish You Were Here", "The Great Gig In the Sky" (z popisową partią naszej wokalistki) czy "Comfortably Numb" zostały wykonane nie tylko na większym niż kompozycje z oficjalnej części luzie, ale i z większą energią i spontanicznością. Dopiero teraz można było zobaczyć jaką ogromną radość sprawia muzykom granie twórczości gigantów z Pink Floyd. I to na publiczność podziałało.

Po finałowym secie nie było już chyba w Sali Kongresowej osoby niezadowolonej z możliwości celebrowania twórczości swoich idoli w sposób zaproponowany jej przez Brit Floyd. Dowód: zagrany na bis "Run Like Hell" brytyjska grupa wykonywała przy gromkich oklaskach fanów Watersa, Gilmoura i spółki.

Olek Mika, Warszawa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje