Recenzja Deep Purple "InFinite": Solidny pomnik

Nagrać solidny album po niemal 50 latach od powstania zespołu? To robi wrażenie.

Grupa Deep Purple prezentuje nowy album "InFinite"

Wyczekiwanie na nagrania nowe legend muzycznych wiążą się ze sporym ryzykiem. Z jednej strony to ciekawe dowiedzieć się, jak radzą sobie dzisiaj doskonale opisane wszędzie grupy - z drugiej trudno spodziewać się czegoś rewolucyjnego, chyba że mówimy o Davidzie Bowie'em lub Michaelu Girze. Co więcej, nawet przy takim podejściu często okazuje się, że oczekiwania swoje, a rzeczywistość swoje. I na nic wówczas myślenie, że pewnych pomników nie warto burzyć. Aż tu nagle, proszę: Deep Purple nagrywają album, z którego słuchacz może czerpać sporą radość. Nawet jeżeli - nie ukrywajmy tego - wad na "InFinite" nie brakuje.

Reklama

Co nie zgadza się na nowym albumie Brytyjczyków? Przede wszystkim niepotrzebne nakładanie efektów na wokal Iana Gillana. A przecież mimo gorszych możliwości głosowych niż w czasach świetności Deep Purple wokalista radzi sobie za mikrofonem bardzo swobodnie - ba, najlepiej od kilku pozycji ze swoim udziałem! W "All I Got Is You" i "One Night in Vegas" nabiera bluesowej zadziorności, a w refrenie "Johnny's Band" podśpiewuje południowo. Po co więc te wszystkie chorusy, pozbawiające partie wokalne części charakteru?

Można przyczepić się również zbyt jasnego brzmienia. Garażowa solówka w "Hip Boots" bardzo miło łechce ucho, ale przydałoby się tu więcej brudu. Mocno osadzona, sprężająca perkusja zwiastuje "Get Me Outta Here" jako numer cięższy - przez wyjałowione z ciemniejszych barw brzmienie trudno poczuć w pełni jej moc. Od strony produkcyjnej razić może niska dynamika nagrań, co szczególnie powinno zwrócić uwagę starszych fanów niż słuchaczy przyzwyczajonych do współczesnego trendu miksowania utworów jak najgłośniej.

Sprawdź tekst "All I Got Is You" w serwisie Teksciory.pl!

Za co z kolei można pokochać "InFinite"? Na pewno za podążenie w stronę tradycyjnych rockowych form. Wspomniane już "Hip Boots" to kawał hardrockowego grania w stylu wczesnych lat 70. W podobne tony uderzają chociażby "On Top of the World" czy pierwsza część "Birds Of Prey", przywołując czasy, gdy gitarowe zespoły masowo inspirowały się bluesowymi wykonawcami. Aż szkoda, że dzisiejsza skala głosu Gillana nie pozwala mu na "wydarcie się", wszak przydałaby się w tym wszystkim odrobina starego szaleństwa; młodzieńczej werwy, która wyrwałaby słuchacza z jego strefy komfortu.

Jednocześnie fani progresywnych inklinacji w twórczości brytyjskiego zespołu nie muszą narzekać - dla nich powstało "The Suprising". Rozpoczęta syntezatorami kompozycja zgrabnie przechodzi w stronę heavymetalowej ballady, odbija w uniesiony refren, a po zakończeniu części piosenkowej nabiera barokowej przesady. W trakcie oczekiwania na powrót głównego motywu, trafiamy na vangelisowe pejzaże sprzężone z natchnionymi klawiszami i z wolna płynącym basem.

Na sam koniec albumu otrzymujemy rzecz najbardziej zaskakującą. Muzycy z Deep Purple postanowili bowiem nagrać cover "Roadhouse Blues" - bez specjalnego eksperymentowania, blisko oryginału The Doors. Można spytać "po co?", ale to jak pytać, dlaczego Deep Purple nagrywają dalej muzykę. Wszyscy doskonale wiedzą, że nie odkryją Ameryki i nie powiedzą nic nowego, ale muzycy to robią... bo to lubią i chcą to robić. Miło, że na "InFinite" to słychać.

Deep Purple "InFinite", Mystic Production

7/10

Sprawdź tekst i tłumaczenie utworu "Time For Bedlam" w serwisie Teksciory.pl!

Dowiedz się więcej na temat: Deep Purple | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje