Recenzja Blackfield "V": Nadzieja na przyszłość

Kiedy przed paroma laty Steve Wilson zapowiedział, że ogranicza do absolutnego minimum swoje działania w Blackfield, pewnie niewielu sądziło, że Aviv Geffen zdoła pociągnąć ten projekt własnymi siłami. I rzeczywiście nagrana praktycznie bez udziału lidera Porcupine Tree "IV" nie była już tak zjawiskowa i nie posiadała tej magnetycznej siły przyciągania, jak poprzednie albumy duetu. Tym bardziej elektryzującym okazał się news, że Wilson zatęsknił za pełniejszą współpracą ze swoim izraelskim kolegą i postanowił ponownie wybrać się z nim na dłużej do studia. I tak właśnie powstała "V".

Okładka płyty "Blackfield V" nawiązuje do debiutu grupy

Historia Blackfield sięga początku XXI wieku. Właśnie wtedy Wilson i Geffen mieli w planach nagrać wspólną EP-kę, ale pracowało im się tak dobrze, że postanowili założyć pełnoprawny zespół i nagrać długogrający album. Longplay zatytułowany "Blackfield" ukazał się w roku 2004 i z miejsca skradł serca entuzjastów lirycznych, łagodnych i melodyjnych piosenek.

Reklama

Stojący w wyraźnej opozycji do stylistyki Porcupine Tree materiał przyciągnął uwagę krytyki i słuchaczy niekoniecznie gustujących w progresywnym rocku. Na kolejnych krążkach duetu Wilson coraz bardziej oddawał pole Geffenowi, co, niestety, dało się odczuć. Izraelczyk po prostu nie jest  tak zdolnym kompozytorem i muzykiem jak jego kolega. Tym razem panowie podzieli się robotą po równo. Zarówno przy majsterkowaniu w studiu, jak i przy podziale partii wokalnych i instrumentalnych. Jednym słowem, pełen powrót do korzeni.

Zresztą zdradza to już sama okładka (zaprojektowana przez Lassego Hoilego, długoletniego współpracownika Wilsona) na której widzimy słoik farmaceutyczny na tle błękitnego nieba i statycznego oceanu. Podobny motyw znajdziemy na debiutanckim krążku grupy. Przypadek? Nie sądzę.

Choć muzykę zawartą na "V" można scharakteryzować, bardzo ogólnie, jako nowoczesny pop-rock, to łajba kierowana przez Wilsona i Geffena nad wyraz chętnie skręca w stronę klasycznego artrocka i rocka. Dzięki temu przebojowe i "czyste" melodie stanowią zaledwie szkielet obudowany następnie przez rozwlekłe gitarowe solówki, przestrzenne klawisze czy melancholijne dęciaki.

Efekt tego momentami bywa bardzo przekonujący, jak w przypadku "A Family Man", "We'll Never Be Apart" i "Lately", momentami zaś zespół zbliża się niebezpiecznie blisko kiczu i przerysowania własnej stylistyki. Naprawdę ciężko nie zaczerwienić się ze wstydu, słuchając zagranego na pianino, natchnionego niczym książki Paula Coelho, "October", czy rozwleczonego, akustycznego "Sorrys". Płyta jest nierówna i słychać, że muzycy nie mieli na nią do końca pomysłu. Może zamiast trzynastu utworów tracklistę należało ograniczyć do dziewięciu tytułów? Wtedy z dużo większą przyjemnością chłonęlibyśmy te wszystkie barwne, pastelowo dźwięki z urzekającymi partami wokalnymi. Z jeszcze większym zaangażowaniem wyłapywalibyśmy wszystkie drobne, kunsztowne detale w bogatych brzmieniowo kompozycjach.

Tak czy inaczej, "V" słucha się naprawdę przyjemnie. Nie jest to dzieło wybitne i nie zbliża się do poziomu debiutanckiego wydawnictwa Blackfield, jednak ma swoje bardzo jasne strony. Dzięki nim ma się ochotę przesłuchać płytę co najmniej kilka razy. Powrót do formy i nadzieja na przyszłość - tak w skrócie możemy podsumować wspólne działania Wilsona i Geffena w 2017 roku.

Blackfield "V", Rock-Serwis

6/10

Dowiedz się więcej na temat: Blackfield | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje