Kreator: Nie oglądać się za siebie!

Kreator nie jest jeszcze po drugiej stronie rzeki. Zamiast odgrzewać stare kotlety i zagrać na przykład na żywo całe "Terrible Certainty" w kilkunastu miejscach na świecie, ku uciesze gawiedzi, która podczas powstawania tegoż albumu nie była jeszcze w planach rodziców, Niemcy (i Fin) zdecydowali się na wydanie czternastego albumu. Do kanonu muzyki metalowej ta płyta raczej nie wejdzie, ale "Gods of Violence" trzyma poziom. Na krótko przed wyjazdem w trasę koncertową, nie tylko o nowym wydawnictwie Kreatora porozmawialiśmy z gitarzystą zespołu Samim Ylim-Sirnio.

Kreator w akcji

Płyta "Gods Of Violence" do sprzedaży trafi w piątek 27 stycznia. Materiał zarejestrowano pod okiem i uchem Jensa Bogrena (m.in. Opeth, Amon Amarth, Katatonia) w szwedzkim studiu Fascination Street.

Reklama

Dodajmy, że ten album Kreator promować będzie na koncercie w warszawskiej Progresji (15 lutego). Niemcom towarzyszyć będą brazylijska Sepultura, Szwedzi z Soilwork oraz Aborted z Belgii.

Adrian Drygalski, Interia: Pamiętam koncert Samaela z okazji dwudziestej rocznicy wydania "Ceremony of Opposities". Ostatnio bracia Cavalera w podobny sposób wspominali "Roots". Nie chodziło wam po głowie, żeby odegrać "Terrible Certainty", bo w tym roku stuknie tej płycie trzydziestka? Patrząc na to pragmatycznie, pieniądze leżą na ulicy.

Sami Yli-Sirnio (Kreator): - Ależ my nawet nie mamy żadnego utworu z tego albumu w setliście! Nie nagrywałem tej płyty, nie było mnie jeszcze wtedy w zespole, więc po prostu o tym zapomniałem. Ale racja, może wypadałoby coś z tego zagrać? Szczerze mówiąc, nigdy na poważnie nie myśleliśmy o tego typu rocznicach. Może nie jesteśmy nostalgiczni a może po prostu wolimy patrzeć do przodu a nie wstecz, dlatego z "Gods of Violence" wybraliśmy aż pięć, czy sześć utworów na najbliższe koncerty.

Na 25-lecie istnienia zespołu fani wybrali na Facebooku stare piosenki, które chcieliby usłyszeć w ramach wspomnieniowej trasy, ale było to coś innego niż granie na żywo płyty od deski do deski.

W czasach, gdy nagrywanie kultowych płyt jest już passe, wam przytrafił się cztery lata temu "Phantom Antichrist". Album, którego nikt się chyba po was nie spodziewał. Te rewelacyjne opinie przełożyły się też na nowe wydawnictwo. Nagraliście je w tym samym miejscu, z tym samym producentem. Liczycie na podobny efekt?

- Od poprzedniej płyty upłynęły aż cztery lata. To najdłuższa przerwa w historii grupy. Dużo koncertowaliśmy, zdążyliśmy nabrać dystansu do "Phantom Antichrist". Krótko po wydaniu płyty, nie jestem w stanie jej ocenić. Teraz wydaje mi się, że wykonaliśmy naszą pracę lepiej, ale tylko upływ czasu, pozwala muzykowi, w miarę obiektywnie odnieść się do jego dokonań.

Otwarcie płyty i "Totalotarian War", to są utwory, które świadczą o tym, żeśmy się nie zestarzeli. A co do Jensa Borgrena, który pracował z nami po raz drugi, to mogliśmy zrezygnować z większości konwenansów, które towarzyszą na początku znajomości. Może nie byliśmy dla siebie aż tak mili, ale z pewnością bardziej konkretni.

Cztery lata to szmat czasu. Nie tylko w muzyce. Życie wokół nas zmieniło się na pewno bardziej, niż wasza muzyka. Podczas tej trasy zagracie w Bataclanie. Jeszcze kilka lat temu, byłby to taki sam koncert, jak każdy inny. Teraz nie sposób nie mieć oczywistych skojarzeń.

- Tydzień przed tą tragedią byłem w tym klubie. Nie pamiętam już dokładnie, po co pojechałem do Paryża, ale skorzystałem z okazji i poszedłem na koncert Children of Bodom. Kiedy zobaczyłem w telewizji migawki spod Bataclanu, nie mogłem uwierzyć. To trochę tak, jak z samolotem, który się rozbił a ty utknąłeś w korku i nie zdążyłeś wejść na pokład.

Cieszę się, że ten klub jest otwarty, bo to oznacza, że ludzie nie dali się zastraszyć złu. Te i podobne tragiczne wydarzenia z bliskiej przeszłości stały się inspiracją do napisania utworu "World War Now". Europa nie jest teraz najbezpieczniejszym miejscem do życia, ale na pewno dającym dużo do myślenia.

15 lutego wystąpicie w warszawskiej Progresji. W Polsce zagrały już chyba wszystkie możliwe metalowe kapele i to po kilka razy, ale nie każdy ma takie wspomnienia, jak wy. Na Przystanku Woodstock daliście koncert dla około trzystu tysięcy ludzi. Myślę, że nawet na Rolling Stonesach zrobiłoby to wrażenie.

- To był największy festiwal, na jakim kiedykolwiek zagraliśmy. Skończyliśmy wtedy pracę nad "Hordes of Chaos". Pamiętam, że wyszliśmy ze studia i od razu pojechaliśmy do Kostrzyna. Stamtąd w zasadzie od razu trafiliśmy na Wacken Open Air. Trudno sobie wyobrazić bardziej intensywny tydzień. Mam nadzieję, że Przystanek Woodstock ma się cały czas bardzo dobrze!

Dowiedz się więcej na temat: Kreator

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje